Recenzje
CZŁOWIEK ROKU
W filmie CZŁOWIEK ROKU satyra polityczna spotyka się z humorem, obnażając absurdy władzy i społeczne mechanizmy z lekkością i dystansem.
Satyra polityczna jest wdzięcznym tematem dla kina. Zawsze była. Daje twórcom możliwość ukazania wad i przywar swoich rządów, a także mechanizmów i paradoksów, które nimi rządzą. Pozwala na wyszydzenie konkretnych osób, zdarzeń czy sytuacji – na całym świecie „materiału” przybywa dość systematycznie (a w takiej Polsce przynajmniej raz na kilka dni). Posługując się językiem filmowym można opisać dosłownie wszystko, a i sposobów, w jaki da się to osiągnąć, jest mnóstwo. Farsa, groteska, komediodramat czy nawet komedia pomyłek. No po prostu idealny nośnik przekazu. Mając tę świadomość, dziwny wydaje się fakt, że mało mamy w kinie porządnych satyr politycznych (nie wspominając już o kraju nadwiślańskim, w którym twórcy wolą się szkolić w ukazywaniu wszelkich możliwych dołów społecznych.
..). Dziwny i dość niepokojący, bo jeśli nie potrafi się mówić o polityce z pewnym dystansem, jeśli nie ma nikogo, kto poprzez zdrową kpinę ukazałby mechanizmy władzy w krzywym zwierciadle, to dobrze nie jest. Wiadomo, że polityka z zasady jest dosyć poważna (choć czasami oglądając telewizyjne wiadomości mam co do tego pewne wątpliwości), lecz do wszystkiego należy umieć odnieść się z dystansem. To naprawdę pomaga. Ale wracając do tematu – jasne, że można znaleźć przykłady dobrych politycznych satyr, lecz ostatnio większość tego typu filmów rozbija się jedynie o ciekawy pomysł wyjściowy i kilka śmieszniejszych gagów. I tyle. A to zdecydowanie za mało. Tak samo jest niestety w przypadku Człowieka Roku.
Mogłoby się wydawać, że taki doświadczony twórca jak Barry Levinson nakręci inteligentne i „cięte” kino – to przecież ten sam człowiek dekadę temu popełnił genialne Fakty i Akty z De Niro i Hoffmanem, w których to wywołana sztucznie wojna z Albanią miała odwrócić uwagę opinii publicznej od zamieszanego w erotyczny skandal prezydenta. A jednak w swojej najnowszej produkcji Levinson proponuje dosyć dziwną mieszankę, przypominającą cud sałatkę, doprawioną solą, miast pieprzem – i nie pomaga tu nawet doświadczona obsada pod batutą wspaniałego komika Robina Williamsa. Reżyser i scenarzysta w jednym sam nie wie czego chce od swojego obrazu, wrzuca na ekran jakiś temat i rozwija do pewnego momentu, by porzucić na rzecz zabawy z kolejnym. Wygląda to tak, jakby Levinson chciał zrobić szybki przegląd możliwych do wykorzystania tematów, nie zwracając uwagi na ich jakość. W efekcie za dużo tego wszystkiego, za dużo motywów i motywików, które giną pod nawałem całości, niczym przemówienie dyrektora na szkolnym apelu. Mamy tu więc przede wszystkim satyrę na cały demokratyczny system wyborczy: puste słowa i obietnice, wydumane frazesy, politykę głosowania i samą bezmyślność wyborców, którzy wielokrotnie oddają głosy na charyzmę kandydata lub sposób, w jaki jest kreowany przez mass media.
Dalej – na same media (w tym przede wszystkim opiniotwórczą telewizję), cyrkowy show, jaki tworzą i pełen ulotnego blichtru świat gwiazd, który promują. Do tego dochodzą jeszcze uwagi na temat wielkich korporacji pozbawionych kręgosłupa moralnego oraz dziwne refleksje nad przekrętami wyborczymi. I tak dalej, aż do znudzenia (znalazło się nawet miejsce dla Gibsona seniora oraz Paris Hilton). W założeniu miało się dostać wszystkim, w efekcie nie dostało się nikomu, bo w tym całym natłoku potencjał rozbił się o każdy pojedynczy temat i temacik. W satyrze Levinsona paradoksalnie zabrakło… samej satyry.
Co gorsza wygląda na to, że reżyser bał się przekroczyć pewną niewidzialną linię, która za oceanem stanowi o poprawności politycznej i w efekcie gotowy produkt jest niepokojąco wygładzony. Bo gdy się temu wszystkiemu przyjrzeć z bliska, to okazuje się, że tak naprawdę żadne ryzyko nie było wpisane w ten obraz. Levinson osiągnął tu efekt podrzędnej iluzji – efektowne szyderstwa jedynie ślizgają się po powierzchni satyry, a całą resztę dość toporny scenariusz stara się nadrabiać masą one-linerów i ciętych ripost. Atrakcyjne to – nie powiem – ale na dłuższą metę niestrawne. Reżyser poprzez postać Toma Dobbsa nie pokazuje tak naprawdę nic, czego już i tak nie wiemy, nie mówiąc już o umiejętnym przedstawieniu tego pod szyderczą maską satyry.
A jeśli już pojawia się coś bardziej kontrowersyjnego, usiłuje to szybko zatuszować, zmuszając swoją gwiazdę do kolejnych nic nie wnoszących gagów; jak gdyby zamierzał kandydować na jakiś wysoki urząd i bał się komuś narazić. W efekcie od pierwszej do ostatniej minuty widz zastanawia się, co tak naprawdę przyszło mu obserwować na ekranie i dlaczego to było takie nudne. Tym razem ostrze satyry Levinsona zostało dziwnie stępione.
Podsumowanie będzie krótkie i bolesne – nie warto się na Człowieka Roku wybierać do kina, bo oprócz wyczynowego komizmu Williamsa oraz kilku cennych uwag (dosłownie kilku!) film nie ma absolutnie nic do zaoferowania. No, może jedynie dla amerykanistów-pasjonatów znajdzie się kilka dodatkowych smaczków. Poza tym jest przeciętnie jak tylko się da. Człowieka Roku rekomenduję więc dopiero w wydaniu dvd/vhs, a na wypad do kina polecam 300, który już samą stroną wizualną ma więcej do zaoferowania niż średniawka Levinsona.
Tekst z archiwum film.org.pl (22.03.2007).
