Recenzje
AMBULANS. Tylko zdrowi umierają szybko…
W filmie AMBULANS zdrowi umierają szybko, a chorzy czekają na szalonego doktora. Szybka jazda przez życie i śmierć z odrobiną czarnego humoru!
…chorzy męczą się długo, zwłaszcza ci z cukrzycą, dopóki nie zabierze ich diabelski ambulans do szalonego lekarza, który zwykł mawiać: Lubię dotykać ludzkiej skóry przez rękawiczkę. Przecież to jeden z najlepszych cytatów pornogore, jakie słyszałem w filmach. Szkoda, że fiksacja tajemniczego doktora (Eric Braeden) nie została rozwinięta w bardziej kontrowersyjną jatkę, ale i tak nie ma wstydu. Ambulans nie jest szmirą, ale arcydziełem go również nie można nazwać. W ramach swojego gatunku zwanego „thriller sensacyjny VHS” (to VHS jest bardzo ważne) zajmuje pozycję średniaka, czasem śmiesznego i sentymentalnego, czasem nawet strasznego, niemniej wciąż skutecznie budzącego głęboki respekt przed karetkami.
Kilka razy jechałem karetką, ale na szczęście zawsze dowiozła mnie tam, gdzie trzeba, to znaczy do szpitala bez żadnych szalonych lekarzy. Jednego z Izby Przyjęć mogę co najwyżej nazwać opryskliwym, ale w sumie przecież nie byłem jego matką, żoną ani kochanką, żeby mnie całował i przytulał. Generalnie jestem zadowolony z państwowej obsługi, nawet z delikatności, z jaką pielęgniarki zakładały mi wenflony – i to nie reklama zlecona przez NFZ, a luźna refleksja zgodna z moim osobistym doświadczeniem.
Bohaterowie Ambulansu raczej nie mogą tego powiedzieć. Jak stwierdza na samym początku główny bohater i narrator, Josh Baker (Eric Roberts), historia opowiada o tym, co może spotkać faceta, który zdecydował się zaczepić na ulicy nieznajomą. Trudno stwierdzić, czy to sugestia, żeby w realnym życiu jednak tego nie robić, czy wręcz przeciwnie. Nie ulega za to wątpliwości, że początek filmu jest ciekawy, a towarzysząca ujęciom zatłoczonego Nowego Jorku solówka na saksofonie tworzy klimat wzięty niemal z kina neo-noir. Niestety, jak to mówią, im dalej w las, tym więcej drzew, a więc i ta uwodząca widza atmosfera z czasem zaczęła się rozmywać w prącej naprzód z szybkością myśliwca F-35 akcji.
Nie wiem, po co tak szybko nastąpiło rozwinięcie. Wątpię, by kończyła się taśma, raczej zabrakło treści w scenariuszu czy też pomysłów, przez co suspens okazał się zbędnym dodatkiem do fabuły. W niektórych spokojniejszych scenach próbowano go jeszcze reanimować, jednak wszelkie jego zaczątki były natychmiast pochłaniane przez bijatyki, pościgi i zupełnie lekkomyślne postępowanie załogi tajemniczej karetki marki Cadillac, rocznik 1973. Na ich dyletanctwo można jednak przymknąć oko, bo jest w filmie niewątpliwy smaczek – Stan Lee.
Gra on właściciela studia rysującego komiksy, w którym pracuje jako ilustrator główny bohater. Na ścianach wiszą rysunki herosów ze znanych nam dzisiaj produkcji superbohaterskich, a przy wejściu znajduje się wielkie logo Marvela. Ciekawe, czy twórcy Ambulansu przeczuwali, jakie zatrzęsienie produkcji z tymi postaciami będzie panowało w dzisiejszym kinie. Czy Stan Lee już śnił blockbusterowy sen? Tego nie wiem, lecz pokazanie Marvela jako niewielkiego studia, w którym pracują osobliwie niedostosowane do życia w wielkim mieście jednostki, przywodzi mi na myśl moje dziecięce uwielbienie do komiksów, nie tylko Marvela, ale DC, Baranowskiego, Christy, Polcha.
Wiele lat później zjawiły się kinowe maszynki do zarabiania pieniędzy na widzach i Marvel automatycznie stracił u mnie niegdysiejszy wartościowy nimb. Mam nadzieję, że nigdy się to nie zdarzy z Baranowskim czy Polchem. Ambulans przypomniał mi tamte preblockbusterowe czasy.
Jeśli chodzi o aktorów w Ambulansie, to całą uwagę widza skupił na sobie Eric Roberts. Swoją wszędobylskością, gestykulacją i nerwowym mówieniem przyćmił nawet Jamesa Earla Jonesa, chociaż miał on swój niepowtarzalny urok, zwłaszcza gdy ciągle żuł gumę (albo jakieś cukierki czy chrupki), nawet wtedy, gdy miał nóż w klatce piersiowej. Wyglądało to trochę gore, ale widocznie tak miało być.
Wracając do Erica Robertsa, wcielającego się w Marvelowskiego grafika, Josha Bakera, jest to bardzo specyficzna postać. Josh jest niewątpliwie zdolnym rysownikiem, ale za rozbuchaną pracę swojej fantastycznej wyobraźni płaci określoną cenę. Jest neurastenikiem, samotnikiem, za bardzo chce to zmienić, przez to popada w tarapaty, nie tylko z kobietami w rolach głównych. Generalnie jako bohater Ambulansu jest społecznie niedostosowanym dziwakiem, wiecznie bez pieniędzy (Marvel tak skąpo płaci?), słabo mówiącym przez skłonność do zacinania się lub wręcz jąkania oraz dziwne zawieszenia, które zalicza, kiedy o czymś intensywnie myśli.
Warto zwrócić uwagę na Bakera w kontekście samego Erica Robertsa. Mniej więcej w tym okresie w życiu osobistym aktora znów pojawiły się narkotyki i oddziaływały na to, jak się zachowywał. Przez nie nabawił się częściowej afazji, stracił dykcję, zaczął się jąkać i zostały mu wyłącznie filmy klasy B, takie jak Ambulans. W roli Josha Bakera musiał naprawdę się starać, żeby dać radę – stąd ta gestykulacja, imperatywny ton głosu, rozbiegany wzrok, usilnie kontrolowany, jednak bezskutecznie, i wiele innych cech w zachowaniu świadczących o uzależnieniu i problemach osobowościowych.
Ogólnie jednak dał radę, a bardzo pomogła mu w tym ekranowa partnerka, policjantka Sandra Malloy (Megan Gallagher), wykreowana stylistycznie na kwintesencję lat 80., co w niczym nie umniejsza jej ówczesnej atrakcyjności. Sandra była równowagą dla Bakera, a właściwie Robertsa. Film dzięki temu zyskał, chociaż, żeby go całkiem wyciągnąć z szamba klasy B, trzeba by o wiele więcej.
Np. dokręcić jeszcze z pół godziny, inaczej zmontować film, dać szansę Ericowi Robertsowi, żeby nieco się uspokoił i nad niektórymi scenami jeszcze raz popracował, no i przede wszystkim pogłębić charakterystykę antagonisty, czyli tajemniczego doktora z misją uratowania świata od cukrzycy – zapewne wtedy Ambulans okazałby się filmem co najmniej dobrym, a tak jest sentymentalnie znośny z całym bagażem niedoskonałości i żenady. Jedynie zdjęcia, światło i muzyka przetrwały próbę czasu.
Za dystrybucję filmu w latach 90. odpowiadało NVC (Neptun Video Center). Firma uchodziła za jedną z lepszych, przynajmniej w mojej osiedlowej wypożyczalni. Nie był to oczywiście dystrybutor tak wyszukany jak np. ITI czy później Best Film, ale w porównaniu z Video Rondo wyglądał jak rasowy, angorski królik miniaturka. Taki jest też Ambulans. Nie wiadomo, po co powstał. Chodzi w kółko, bez przerwy je, gubi małe kupy, ale w gruncie rzeczy jego obecność cieszy, a nawet sprawia przyjemność, więc nie sposób się go z głowy pozbyć.
Co ciekawe, jest pewien związek między dystrybutorem (NVC) a jakością gatunkową Ambulansu. NVC prowadził w latach 90. Jacek Samojłowicz. Kiedy rynek wypożyczalni kaset zaczął nieubłaganie podupadać, z właściciela firmy dystrybuującej kultowe dzisiaj VHS-y Samojłowicz zmienił się w producenta i scenarzystę. Udało mu się wypuścić na rynek kilka projektów, głośnych raczej ze swojej kiszkowatości, a nie wartościowego dla historii kina artyzmu. Szczególny prym wiedzie tu symboliczny już gniot – Kac Wawa (2011), do którego napisał scenariusz, uhonorowany zresztą antynagrodą Wężem.
Niewiele lepiej prezentują się Skorumpowani (2008) i Wojna polsko-ruska (2009), nie wspominając już o Tajemnicy Westerplatte (2013).
Jak wspominałem wcześniej, NVC aspirowało do bycia dystrybutorem znacznie lepszych produkcji niż np. Video Rondo czy Elgaz. Częściowo się to udało. Finalnie nie zmieniło się jednak w ITI czy Vision, a kiedy przestało funkcjonować, u samego jej byłego szefa gdzieś zniknęła wizja stania się producentem, który wyrwał się z tego kapitalistycznego dorobkiewiczostwa, kojarzącego się ze zwykłym spekulanctwem cwaniaczków z czasów transformacji ustrojowej oraz robieniem kasy na kiczowatym byle czym i kreowaniu tego na najwyższe osiągnięcia kultury.
Wtedy, na początku lat 90., ludzie tak byli zachłyśnięci wszystkim, co zachodnie, że łykali bezkrytycznie nawet najgorszy szajs, byle miał nalepkę „made in USA”. Wymienione filmy są tego bolesnym dowodem, a Ambulans z całą jego pretensją do bycia trzymającą w napięciu sensacją z horrorem w tle wypada dzisiaj nieco śmiesznie, chociaż z upływającym czasem ma szansę na kultowość dzięki specyficznemu Ericowi Robertsowi i umiłowaniu nerdów urodzonych po 2000 roku do kultury przełomu lat 80. i 90.
A na koniec pewna refleksja. Okładki dystrybuowanych w Polsce filmów nigdy nie grzeszyły jakąkolwiek graficzną jakością. Zdarzały się jednak o dziwo perełki robione po kosztach przez studentów ASP. Okładki Ambulansu niestety żaden artysta nie dotykał, bo przoduje ona w kiczowatości i photoshopowej amatorszczyźnie, a poza tym w opisie filmu są literówki. Można powiedzieć, że grafik płakał, kiedy ją projektował, a poza tym miał w głębokim poważaniu zasady składu w języku polskim. Wspominam o tym dlatego, że warto patrzeć na projekty okładek kaset VHS, DVD i BD.
Są one znakiem przemian w polskim ustroju – od bezkrytycznego zachwytu tanim efekciarstwem po z wolna kształtujące się do dzisiaj wyczucie smaku i zasad skutecznej reklamy graficznej. Z drugiej strony, kiedy się popatrzy na zachodnie plakaty Avengers, no, szkoda słów.
