Plebiscyt
Najlepsze POLSKIE FILMY XXI wieku! Ranking czytelników
Oto wyniki głosowania czytelników!
Narodowe Święto Niepodległości to doskonała okazja, aby przyjrzeć się wszystkiemu, co polskie. Dwa tygodnie temu oddaliśmy w Wasze ręce listę rodzimych filmów powstałych w XXI wieku. Spośród ponad 250 tytułów wybraliście te, które są Waszym zdaniem najdoskonalsze. Oto 50 najlepszych polskich filmów XXI wieku według czytelników portalu Film.org.pl. Gdzie w tym rankingu znajdują się Wasi indywidualni faworyci? Jesteście zadowolenia z wyników? Koniecznie dajcie nam znać w komentarzach!
50. „U Pana Boga w ogródku” (2007)
W 2007 roku Jacek Bromski po 10 latach ponownie zaprosił widzów do Królowego Mostu. Znów udało mu się zagwarantować publiczności sielankową historię o miejscu, w którym czas płynie powoli, i ludziach, którzy wiodą spokojną egzystencję z dala od wielkomiejskich dżungli. U Pana Boga w ogródku do dziś broni się idylliczno-nostalgicznym klimatem, serdecznym humorem i mnóstwem przyjemnego ciepła. [Przemysław Mudlaff]
49. „Teściowie” (2021)
Czyż można sobie wyobrazić temat do żartów bardziej wyeksploatowany w gronie rodzinnym niż konflikty z teściami? Jakub Michalczuk w swoim debiucie fabularnym wraz z mistrzami polskiego aktorstwa przenosi ten, wydawałoby się oklepany motyw na zdumiewający wręcz poziom. Jego Teściowie to artystyczna jazda bez trzymanki, szalona mieszanka gatunkowa, w klimacie groteski przedstawiająca niesnaski między tytułowymi rodzicami państwa młodych, jednocześnie ani na chwilę niepozwalająca widzowi odpocząć i trzymająca go w niepewności w najbardziej nieoczywistych momentach. Dramaturgia, choć momentami nieco przeszarżowana, z każdą kolejną weselną katastrofą buduje wyjątkowe napięcie i niesamowicie bawi, a rywalizujący między sobą bohaterowie o kompletnie różnych statusach i przywilejach stanowią mocny społeczny komentarz i bezbłędnie odnotowują „typowo” polskie przywary. [Mary Kosiarz]
48. „Sala samobójców” (2011)
Sala samobójców to film, który z pewnością nie jest pozbawiony wad. Nie zmienia to jednak faktu, że od 2011 roku stanowi jeden z najważniejszych i najciekawszych rodzimych debiutów reżyserskich. Już wtedy bowiem Jan Komasa doskonale czuł filmową materię, potrafił doskonale opowiedzieć historię, wyróżniała go niezwykła wyobraźnia i odwaga, świetnie prowadził aktorów. Do dziś Sala samobójców to ponadto doświadczenie niezwykle mocne, trudne, intensywne i ważne. [Przemysław Mudlaff]
47. „Rewers” (2009)
Rewers to kino piekielnie inteligentne; dzieło zbudowane przede wszystkim na detalach. Borys Lankosz w swoim debiucie z niezwykłą łatwością miesza gatunki (dramat, komedia, dokument), wykorzystuje groteskę. Okazało się, że taka forma przedstawienia historii Sabiny doskonale odzwierciedla grozę stalinowskich czasów. Doskonale pamiętam premierowy seans Rewersu na gdyńskim festiwalu filmowym. Pamiętam nieśmiałe reakcje widzów, odrobinę zakłopotania i wreszcie euforię. Tylko świetne tytuły z doskonałą grą aktorską gwarantują takie emocje. [Przemysław Mudlaff]
46. „Jasminum” (2006)
Film 2D, podczas oglądania którego można uruchomić zmysł węchu. Takie rzeczy w polskim kinie potrafi robić tylko Jan Jakub Kolski! Jasminum to opowieść magiczna, tajemnicza, traktująca o pięknie miłości. Mnóstwo tu wdzięku, uroku i humoru. Idealny seans na poprawę nastroju. [Przemysław Mudlaff]
45. „Generał Nil” (2009)
Film Ryszarda Bugajskiego z Olgierdem Łukaszewiczem w tytułowej roli to jedna z chwalebnych prób przedstawienia młodym Polakom przy pomocy kina bohaterskich postaci z historii ich kraju, o których mówi się zdecydowanie za mało. Generał Nil robi to dobrze, mocno, dosadnie i jest przy tym realistyczny. Łukaszewiczowi udaje się tu stworzyć bohatera, w którego postawę i poświęcenie można uwierzyć, a na pewno je podziwiać. [Przemysław Mudlaff]
44. „Demon” (2015)
Jeden z najciekawszych dialogów z polską historią, ale i kulturą (romantyzm, Wesele) w rodzimym kinie ostatnich lat. Film osobny i osobliwy, któremu dzisiaj towarzyszy czarna legenda związana z tragiczną śmiercią reżysera. To jeden z wielu przykładów tego, że prawdziwą oryginalność często docenia się zbyt późno. [Katarzyna Kebernik]
43. „Pieniądze to nie wszystko” (2001)
Pieniądze to nie wszystko to dość zaskakujący film w dorobku Juliusza Machulskiego. Zwrócenie uwagi na Polskę popegeerowską, na trudną sytuację polskiej wsi po transformacji z dużą czułością, humorem i ciepłem było przedsięwzięciem dość ryzykownym. Machulski wyszedł jednak z tego z klasą. Wraz ze scenarzystą Jarosławem Sokołem stworzył film, który nie tylko bawi, ale często dokonuje pełnych współczucia celnych społecznych obserwacji. [Przemysław Mudlaff]
42. „Obława” (2012)
Rodzimi twórcy rzadko przykładają tak wielką uwagę do zdjęć, montażu, kolorystyki kadrów. U Krzyształowicza strona wizualna idealnie wpasowuje się w to, co dzieje się w warstwie fabularnej – zdjęcia są szaro-brązowe, wyprane z kolorów, ale jednocześnie rewelacyjnie skomponowane, a cięcia montażowe następują dokładnie wtedy, kiedy powinny, żeby utrzymać widza w odpowiednim nastroju. Klimat pomagają też budować aktorzy, obsadzeni w większości na przekór ich dotychczasowemu emploi – Marcin Dorociński może nie zaskakuje, bo miał już kilka podobnych ról, ale wielkie wrażenie robi znany z komediowego repertuaru Maciej Stuhr i nadzwyczaj skromna Weronika Rosati, zupełnie nieprzypominająca tej Weroniki Rosati, którą znamy z rubryk towarzyskich i mało elokwentnych wypowiedzi w wywiadach.
Krzyształowicz nakręcił film mądry i dojrzały, zostający w głowie na długo (widziałem go pół roku temu, a do dziś pamiętam prawie każdą scenę), wypełniony bohaterami, w których po prostu chce się wierzyć. To właśnie na Obławę, a nie na żenującą Bitwę pod Wiedniem, powinny pójść polskie szkoły. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]
41. „Nigdy w życiu!” (2004)
Nigdy w życiu! to kino sympatyczne, miłe, zabawne i podnoszące na duchu. Czy można chcieć czegoś więcej od komedii romantycznej? No właśnie! Film Ryszarda Zatorskiego często przyrównywany był do słynnych przygód Bridget Jones. Trudno się z tym nie zgodzić, ale mam wrażenie, że nasza Judyta Kozłowska jest tak wspaniała, że żadne porównywanie jej do Bridget nie było wcale potrzebne. [Przemysław Mudlaff]
40. „Znachor” (2023)
Znachor pozostaje, rzecz jasna, historią zadłużoną, niemogącą się uwolnić od ciężaru nostalgicznego powrotu i mierzenia się z oryginałem. Dlatego twórcy wybrali jedyną możliwą i słuszną ścieżkę podejścia do ponownego ukazania tej historii – postanowili stworzyć ją na nowo, po swojemu, jednocześnie szanując jej wymowę i zachowując emocjonalny charakter. Na tym polu wygrywają. Nikomu nie chciałoby się oglądać tego samego, tylko bez ukochanych aktorów. To byłby przepis na artystyczną porażkę. Dlatego tę historię eksploruje się z zaciekawieniem, szuka się różnic i ocenia bez wielkiego oburzenia, bo dokonano je odważnie, ale z poszanowaniem oryginału. [Marcin Kończewski, fragment recenzji]
39. „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” (2006)
Po Dniu świra przed Markiem Koterskim stało duże wyzwanie w postaci realizacji kolejnego rozdziału z jego antologii o zubożałym inteligencie Adamie Miauczyńskim. Tym razem twórca postawił na osobiste sportretowanie choroby alkoholowej, a tym samym zabrał Adasia z uniwersalnego świata problemów Dnia świra do przejmującego, bolesnego i nieziemsko prawdziwego zderzenia z konkretnym tematem. Bez wątpienia wyszedł jednak z tego obronną ręką. Świetni Andrzej Chyra i Marek Kondrat (jedna z ostatnich ról tego emerytowanego, wspaniałego aktora) w roli Miauczyńskiego. Bardzo często wracam myślami do kwestii wypowiadanej przez głównego bohatera tej historii w kontekście drogi krzyżowej: „w Chrystusie upadło to, co ludzkie”. Mocne kino. [Filip Pęziński]
38. „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” (2020)
Czy warto zobaczyć 25 lat niewinności. Sprawę Tomka Komendy? Tak. Andrzej Gołda i Jan Holoubek wzięli na warsztat naprawdę ważną i straszną historię, która zasługuje na opowiedzenie w atrakcyjny i rzetelny sposób. I to właśnie robią twórcy w swoim filmie. Oddają symboliczną sprawiedliwość Komendzie, a nawet jeśli są dość zachowawczy (by nie powiedzieć przesadnie ostrożni) w krytyce systemu, który go zniszczył, to po seansie na pewno nie wychodzi się z kina mniej wyczulonym na możliwość krzywdy wyrządzanej jednostce przez patologiczny aparat państwowy. I – jako że film Holoubka prowadzi do klasycznych konkluzji – to jest morał tej historii.
Na niektóre ludzkie (lub filmowe) słabości można przymknąć oko, ale na realną niesprawiedliwość już się nie powinno. [Tomasz Raczkowski, fragment recenzji]
37. „Pod Mocnym Aniołem” (2014)
Między kolejnymi aktami filmu następują płynne przejścia, niezauważalnie zmieniając charakter kolejnych scen na coraz poważniejszy, mroczniejszy i drastyczniejszy. To działanie przypomina równie subtelne przejście od jednego piwa po pracy do alkoholowych ciągów – zaczyna się lekko i zabawnie, a może skończyć obrzydliwym nałogiem i koniecznością picia. I choć trudno podejrzewać Smarzowskiego o tak ordynarne umoralnianie, nie da się ukryć, że po seansie Pod Mocnym Aniołem zostaje w pamięci sporo trunkowych scen, z czego większość jest dość przykra. Reżyser, jak sam przyznał, uważa, że „robienie filmów ma sens wtedy, kiedy te filmy prowokują, czy emocjonalnie, czy intelektualnie, czy wzruszają”.
Jego bezkompromisowe i barwne studium alkoholizmu zasługuje na uwagę przede wszystkim dlatego, że nie zabrakło tu odwagi realizacyjnej, by opowiadanie konkretnej historii zostawić na dalszym planie, a skupić się na wrażeniach i emocjach związanych z uzależnieniem oraz ukazaniem go z perspektywy pijanego pisarza. [Jan Dąbrowski, fragment recenzji]
36. „Komornik” (2005)
Historia z morałem, niekiedy mocno nachalnym. Broni się jednak z uwagi na poruszany temat, jak i główną rolę Andrzeja Chyry. Aktor z jednej strony powtarza tu znany z Długu wizerunek pozbawionego duszy i żerującego na innych, nieprzyjemnego faceta, z którym lepiej nie zadzierać, a z drugiej potrafi nawiązać nić porozumienia z widzem i sprawić, że jego przemiana nie kłuje w oczy. Nie jest to może wielkie kino, ale ma parę natchnionych momentów i jest z pewnością warte uwagi – dobre po prostu. [Jacek Lubiński, fragment plebiscytu]
35. „Cześć, Tereska” (2001)
Chociaż dramaty społeczne w najnowszym kinie polskim uchodzą raczej za plagę, to film Roberta Glińskiego – mistrza gatunku – nadal robi wrażenie i w żadnym miejscu nie ociera się o paradokumentalny kicz. Historia Tereski poraża, zwłaszcza kiedy zestawimy je z podobnie pogmatwanymi losami aktorki nieprofesjonalnej, która wcieliła się w tę rolę. Zło u Glińskiego jest takie jak w życiu: banalne, proste, wszechobecne. [Katarzyna Kebernik]
34. „Najlepszy” (2017)
Najlepszy to brawurowa historia o przełamywaniu ograniczeń, której wartością dodatkową jest antynarkotykowe przesłanie; niemniej jest to także film z przepisu, według którego tworzy się oscarowe dramaty. Nie nudzi, w ani jednej sekundzie nie zniechęca do kontynuowania seansu. [Jarosław Kowal, fragment recenzji]
33. „Kos” (2023)
Nowy film Maślony to triumf wyobraźni i narracyjnej swobody. Środkowy palec wymierzony we wszystkie pompatyczne, nieznośne freski historyczne. A jednocześnie dowód na to, że najlepsze scenariusze wcale nie muszą być pisane przez absolwentów ekskluzywnych szkół filmowych. Dyplom nigdy nie zastąpi kreatywnego myślenia. Do świata kina można trafić na wiele różnych sposób, o czym na polskim podwórku przypominają nam dzisiaj takie osoby jak Jakub Żulczyk, Szczepan Twardoch czy Michał A. Zieliński. Każdy film zaczyna się w końcu od zapisanego na kartce papieru bądź na ekranie smartfona pomysłu – a pomysł scenarzysty Kosa był, co tu dużo mówić, wybitny. [Janek Brzozowski, fragment recenzji]
32. „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” (2019)
I chociaż w pewnym momencie reżyser, podobnie jak w przypadku Underdoga, szarżuje, wkładając w swoje ciasto chwyty narracyjne podpatrzone w reklamach piwa, czyli spowolnienia, pompatyczne, sentymentalne sceny, to okazuje się, że potrafi tworzyć zachodnie kino na polskiej zasmażce. Nic tutaj nie wywołuje efektu „wow”, ale bardzo trudno stworzyć w tym kraju kino środka, które nie zaczyna się w pewnym momencie zataczać niczym pijany wujek na weselu. Kawulski, co jest przedziwne i na swój sposób cudowne, kręci bez zająknięcia takie filmy, jakie chce oglądać. A chce oglądać filmy oglądalne. [Jakub Koisz, fragment recenzji]
31. „Skazany na bluesa” (2005)
Filmowa biografia charyzmatycznego wokalisty Dżemu to pogłębiony i przeszywająco dotkliwy portret kultowej postaci polskiej sceny muzycznej – Ryśka Riedla. Reżyser w swoim filmie pokazuje go jako człowieka przede wszystkim poszukującego wolności. Z drugiej strony obnaża jego słabości jako człowieka nieumiejącego odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości, zatracającego się w nałogu. W stworzeniu tak przejmującej i autentycznej ekranowej postaci Ryśka pomogła świetna gra aktorska Tomasza Kota, który – choć trudno w to uwierzyć – debiutował tą rolą na dużym ekranie. To, jak odbierzemy film Jana Kidawy-Błońskiego zależy głównie od emocjonalnego zaangażowania się w historię.
Podejrzewam, że fani Dżemu uznają Skazanego na bluesa za film o wiele bardziej wartościowy niż widzowie, którzy z historią rockmana nie mieli wcześniej styczności. Mimo wszystko należy przyznać, że Skazany na bluesa to przejmujący film biograficzny, który z autentycznością oddaje obraz nie tylko intrygującego muzyka, ale i postaci tragicznej, nieposkromionej i wyalienowanej. [Maja Budka]
30. „Listy do M.” (2011)
Okres świąt to czas magiczny, w którym dzieją się różne cuda. Dałem się przekonać na seans polskiej komedii romantycznej, która okazała się być świetnym filmem. Bawiłem się znakomicie, historia mnie zaangażowała, bohaterowie nie byli mi obojętni, a przy piosenkach zdarzyło mi się radośnie tupać nogą do ich taktu. Na twarzy zamiast grymasu zniesmaczenia zagościł uśmiech, który trzyma mnie do teraz. Listy do M. to nie jest kino ambitne, ale też nie stara się takim być. To typowy feel good movie ze świetnym klimatem, na który o dziwo mam ochotę iść jeszcze raz. W okresie świątecznym pozycja obowiązkowa. Jednak dobrze się czasami pomylić. [Szymon Pająk, fragment recenzji]
29. „Jesteś Bogiem” (2012)
Najgłupszym zarzutem, jaki słyszałem, jest to, że Jesteś Bogiem nie próbuje wytłumaczyć, jaki jest popkulturowy fenomen Paktofoniki. Ten zespół to coś więcej niż nędzna popkulturka – to oddanie stanu umysłu młodzieży końca lat 90., ich społecznego nieprzystosowania i braku pomysłów na to, co potem. Brzmi znajomo? Nie potrzeba tutaj dogłębnej analizy warstwy tekstowej utworów, bo ta muzyka intuicyjnie działa na ludzi wchodzących w dorosłość. Paktofonika to ulica, zgnieciona pod nogami puszka po piwie i ostatni papieros z kolegą, który za kilka dni wyjeżdża do Wielkiej Brytanii na budowę.
Dzieło Leszka Dawida, choć daleko mu do ideału, oddaje ten klimat nieźle, nie bawiąc się w łopatologiczną socjologię, robi nawet więcej – zwraca wiarę w to, że w Polsce o dobrych scenariuszach się nie zapomina. [Jakub Koisz, fragment recenzji]
28. „Jestem mordercą” (2016)
Jeden z najlepszych polskich kryminałów ostatnich lat – między innymi dlatego, że oparty na prawdziwej historii seryjnego mordercy, a nie grafomańskiej książce seryjnego pisarza. Dojmujący, naturalistyczny film Macieja Pieprzycy pod wieloma względami przypomina mi wyśmienitą Zagadkę zbrodni Joon-ho Bonga. Jestem mordercą to portret beznadziei PRL-u, wciągającego śledztwa zmagającego się z systemem prostego milicjanta, a także odczarowanie mrocznej legendy Wampira z Zagłębia, który najprawdopodobniej był tylko kozłem ofiarnym. [Katarzyna Kebernik]
27. „Kariera Nikosia Dyzmy” (2002)
Jacek Bromski, wraz ze scenarzystą Tomaszem Kępskim, w 2002 roku wskrzesił postać Nikodema Dyzmy z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, tyle że zrobił to po swojemu. W ten sposób Nikodem stał się Nikosiem o ufarbowanego na rudo twarzy Cezarego Pazury. Cały film został zrobiony na modłę głupiej komedii i do dzisiaj ubolewam, że wielu widzów wyłącznie tak postrzega ten, naprawdę udany, obraz. Bromski jednak wiedział, co robi, nie bez powodu Kariera Nikosia Dyzmy jest kolorowa, głośna, wulgarna i pełna roznegliżowanych kobiet. To doskonale oddaje klimat polskiej polityki przełomu XX i XXI wieku, która była i niestety wciąż jest niewyszukana i ordynarna. [Krzysztof Połaski, fragment zestawienia]
26. „Chce się żyć” (2013)
Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami obraz niesprawiedliwości i ignorancji świata, widziany oczami młodego Mateusza cierpiącego na porażenie mózgowe. Bohatera obserwujemy od maleńkości – jego walkę o godność, zrozumienie, prawo do przyziemnych przyjemności i udowodnienie, iż mimo panujących w świadomości jego opiekunów przekonań bez trudu jest w stanie komunikować się z otoczeniem. Dzieło Macieja Pieprzycy bezsprzecznie zawdzięcza swoją obecność pośród najlepszych rodzimych filmów fabularnych przełomowej, niezwykle wymagającej roli Dawida Ogrodnika, który z dbałością o każdy detal i niesłychaną wrażliwością wszedł w skórę i umysł swojego bohatera i dokonał przy tym jednej z największych transformacji aktorskich w polskim kinie ostatnich lat. [Mary Kosiarz]
25. „Testosteron” (2007)
Siedmiu aktorów stworzyło siedem zapadających w pamięć postaci. Dwóch reżyserów stworzyło jeden rewelacyjny film! Strona techniczna stawia Testosteron w jednym rzędzie z produkcjami zachodnimi, doganiając światowe standardy jakości wykonania. Gag goni gag, śmieszne teksty lecą jeden za drugim, niczym serie z karabinu, bez czasu na zmianę magazynka! Ze śmiechu można dostać zadyszki, a gdy film się kończy, chciałoby się jeszcze! [Rafał Donica, fragment recenzji]
24. „Katyń” (2007)
Katyń nie jest Szeregowcem Ryanem. Nie jest też Listą Schindlera. Krytyka, jaka spotkała ten film Wajdy, często odnosiła się do braku uniwersalizmu, jaki charakteryzuje kino popularne, do fasadowych charakterów, jakimi okazali się bohaterowie, do bogojczyźnianego klimatu, który wylewa się z kadrów. Wajda chciał jednak osiągnąć coś zgoła innego – chciał przywołać emocje, uczucia, wartości i potrzeby tych, którzy wówczas walczyli i umierali. Z Bogiem na ustach, z pamięcią o Ojczyźnie, z czytelnie zdefiniowanym Honorem. Typowi bohaterowie romantyczni pogodzeni ze swym losem, ale widzący jednocześnie celowość swej śmierci.
Jeśli przyjmiemy tę optykę, Katyń może nabrać nowych barw. Nie do przecenienia jest również diametralna zmiana klimatu opowieści w ostatnich minutach – nostalgia zamienia się w brutalny realizm. To z pewnością jedne z najbardziej wstrząsających obrazów wojny w historii kina. [Rafał Oświeciński, fragment artykułu]
23. „Plac Zbawiciela” (2006)
Rzeczywistość tym straszniejsza bywa od koszmaru, że nie da się z niej wybudzić, ani od niej uciec, choćby nie wiem jak się tego chciało. Zdarza się jednak również tak, że jedno i drugie nie różni się od siebie niczym. Plac Zbawiciela to jeden z wybitnych utworów polskiego kina, nadający sformułowaniu „realizm” zupełnie nowy wymiar. Nie jestem w stanie przywołać w swej pamięci żadnego obrazu, który był dla mnie równie trudnym kinowym przeżyciem. [Przemysław Brudzyński, fragment recenzji]
22. „Miasto 44” (2014)
Film Jana Komasy bierze na tapet temat wdzięczny, ale i niezwykle trudny do ukazania na ekranie. Szczególnie patrząc na to, jak mocno sprawa powstania dzieli polskie społeczeństwo. Reżyser pokazuje powstanie warszawskie jako zryw wywołany nie przez niezłomnych bohaterów, ale młodych, lekkodusznych, śmiertelnych ludzi, którzy w większości zasilali powstańcze szeregi. I to jest największą siłą Miasta 44. Komasa opowiada o powstaniu, rezygnując z nadmiernego patosu, nie uderzając w martyrologiczne tony.
Wyrwał powstanie ze sztywnych ram historii i uwspółcześnił, przybliżając tym samym temat młodszej, szczególnie szkolnej publice, która z tematem zapozna się w inny sposób niż z beznamiętnych kart podręczników historii. Mimo wszystko Komasa nie bawi się w rozliczanie historii, nie obarcza bohaterów winą za wydarzenia ani nie składa im laurów. Jego zadaniem było przybliżyć widzom ludzkie dramaty. Ukazać powstańców jako ludzi, którzy w obliczu zagłady targani są skrajnymi emocjami. [Maja Budka]
21. „Jack Strong” (2014)
Chociaż historia pułkownika Kuklińskiego jest powszechnie znana i jej zakończenie nie jest żadną tajemnicą, to jednak Pasikowskiemu udało się stworzyć trzymający w napięciu do ostatniej sekundy thriller szpiegowski. To się po prostu chce oglądać! Bardzo sprawne kino. Oczywiście, pojawiają się typowe dla gatunku schematy, ale reżyser wie, co ma w ręku, przez co potrafi z nich umiejętnie korzystać, finalnie tworząc dzieło dla niego wręcz charakterystyczne. [Krzysztof Połaski, fragment recenzji]
20. „Ida” (2013)
Oglądanie filmu Pawła Pawlikowskiego pt. Ida jest ogromną przyjemnością, od początku do samego końca i uwzględniając wszystkie elementy. W trakcie seansu można się poczuć, jakby wyświetlano nam stary polski film, z tym że w dobrej jakości (o aluzjach formalnych tego obrazu do starych filmów pisano już w niejednej recenzji). W czasie cofniemy się dzięki akcji i formie Idy: filmowa historia rozgrywa się w Polsce lat 60., a przedstawiona została za pomocą czarno-białych zdjęć, długich i wolnych ujęć oraz precyzyjnie zaplanowanym kadrom, dodatkowo okraszona muzyką ze wspominanej „epoki”.
Treść i forma współgrają ze sobą. Na myśl przychodzi mi Rewers, gdzie czarno-białe zdjęcia przenosiły nas do Warszawy lat 50. Chociaż w Idzie atmosfera i tempo akcji są oczywiście inne niż w filmie Lankosza. [Ewelina Świeca, fragment recenzji]
19. „PitBull” (2005)
PitBull – przede wszystkim – to rzetelne kino społeczno-obyczajowe, gorzkie w smaku i nieprzyjemne dla oczu. Jest to jednak ten rodzaj niewygody, który odczuć można przy okazji Miasta Boga, Very Drake, Cześć, Tereska czy Marii łaski pełnej. Twórcy tychże, wśród nich i Patryk Vega, penetrują te rejony struktury społecznej, o których usłyszeć szalenie trudno, bo nie tak wygląda świat, z którym widz chciałby obcować, wychodząc do kina, dla większości będącego mekką rozrywki. Wystarczy, że życie każdemu daje kopa, a cios ten niekoniecznie musi być analizowany poprzez celuloid.
Czymże jednak byłoby kino, gdyby proponowało wyłącznie pustą deliberację o problemach błahych, banalnych, powierzchownych? Wrażliwość, z jaką obserwuje gliniarzy Patryk Vega, pozwala poczuć tę wspomnianą niewygodę wynikłą z obcowania z rzeczywistością pozbawioną rozrywkowego sztafażu. Niektórych takie lekko socjalistyczne podejście do tematu może irytować i zniechęcać, lecz Pitbull jest na szczęście pozbawiony trywialnego komentarza, który mógłby w tego typu kinie bardzo drażnić. [Rafał Oświeciński, fragment recenzji]
18. „Pokłosie” (2012)
Mój ulubiony polski film. Dlatego, że jest jednocześnie bardzo polski, mocno zakorzeniony w naszej burzliwej historii i trudnej kulturze, a przy tym świetnie uniwersalny, mocny, stylistycznie nawiązujący do najlepszych europejskich kryminałów. Co wcale nie dziwi, bo Władysław Pasikowski przez całą swoją karierę dał się poznać jako autor, który znakomicie Polskę portretuje, zaciągając przy tym na nią filtr kina zachodniego. Często i regularnie wracam do Pokłosia. Zawsze robi na mnie piorunujące wrażenie. [Filip Pęziński]
17. „Cicha noc” (2017)
Prostota pomysłu, od której reżyser wychodzi, ostatecznie urzeka i porusza. Być może dla wielu widzów to będzie ten tytuł, który po zakończonym seansie siedzi w człowieku niczym zadra, przeszkadzająca i nieprzyjemnie drapiąca od środka, domagająca się przemyśleń. Dla innych być może festiwalowe zachwyty to ledwie wiele hałasu o nic… Jednak ten film to więcej niż dobre aktorstwo i kolejna historyjka o problemach przy świątecznym stole. Cicha noc zdaje się dziełem bardzo intymnym, osobistym. Chropowatym w obrazie i bliskim polskim realiom. Trochę jest w niej artefaktów z przeszłości, całkiem spora graciarnia tego, co jeszcze może się przydać, trochę rodzinnych fotografii, kilka dowodów na to, że życie jest znośne i drugie tyle na to, iż tak naprawdę coś się po drodze zgubiło i przegrało. [Karolina Dzieniszewska, fragment recenzji]
16. „Zimna wojna” (2018)
Dzieło bezsprzecznie zasługujące na miano współczesnego klasyka. Zimna Wojna nie bez przyczyny trafiła w końcu do serc odbiorców na całym świecie. To intymna ballada o miłości w wyjątkowo smutnych i beznadziejnych czasach. Paweł Pawlikowski, czerpiący inspirację z historii własnych rodziców, z troską maluje portret dwójki zagubionych introwertycznych artystów, skazanych na wewnętrzną samotność i życie w sprzeczności z własnymi przekonaniami, jedynie w swoich ramionach odnajdujących choć ułamek normalności. Od zespołu ludowego na Mazowszu po paryskie kluby muzyczne, Zula i Wiktor przechodzą długą, skomplikowaną drogę, nie zawsze ramię w ramię, jednak jedno wiedzą na pewno: na jej końcu – dla jednych rozczarowującym, dla innych nieuniknionym – nie pragną nikogo innego oprócz siebie nawzajem. [Mary Kosiarz]
15. „Wołyń” (2016)
Smarzowski nakręcił film ogromnie bolesny, ale przygotowany niezwykle rzetelnie i w jak najlepszych intencjach. Reżyser pragnął rzucić wreszcie światło na sprawy, które przez dekady zamiatane były pod polityczny dywan. Wołyń robi ogromne wrażenie nie tylko ze względu na tematykę, ale też inscenizacyjny rozmach – realizacja scenografii i kostiumów zasługuje na największe uznanie, a duża w tym zasługa całego zastępu ekspertów i konsultantów, którzy dbali o to, by Wołyń przedstawiony został jak najwierniej. Smarzowski zdecydował się w swym najnowszym dziele na zastosowanie technik edycyjnych, które przywołują na myśl Eisensteinowski montaż atrakcji – wielokrotnie w filmie mamy do czynienia z nietypowymi zestawieniami kadrów, elipsami i szybkimi cięciami, które nadają Wołyniowi odpowiednią dla tej historii dynamikę.
Reżyserowi należą się brawa za to, że – nie chcąc zrobić kolejnej historyczno-filmowej czytanki – miał w sobie odwagę do pewnych eksperymentów formalnych. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]
14. „Drogówka” (2013)
Drogówka jest znakomitym filmem, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Oczywiście, znajdą się wyklinający Smarzowskiego za brak wyobraźni (albo jej nadmiar) w kwestii portretowania polskiej Policji, że znów sami pijacy, brutale i gwałciciele. Za pesymizm. Za Białego misia. Za te same nazwiska w obsadzie. Ale to się sprawdza, po raz kolejny. Świeża jest natomiast skala, bo po raz pierwszy w karierze twórcy Wesela wychodzimy z chaty, opuszczamy wieś. Lądujemy w stolicy, która jest tak samo swojska, jak tamte miejsca, co niekoniecznie musi się podobać. Ale że jest to Warszawa, bohaterowie chcą być trochę lepsi, bardziej światowi.
Intryga też musi przylegać do takiej rzeczywistości, a jej rozwiązanie sprawić, że dowie się o tym cała Polska, a nawet Bruksela. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]
13. „Kler” (2018)
Bardzo duże zaskoczenie i dla mnie, osobiście, lekcja pokory. Przyznam, że nieco dałem ponieść się medialnej wrzawie wytworzonej wokół filmu, jak i pochopnie oceniłem jego trailer, który okazał się mylący. Jeszcze pierwsze trzydzieści minut Kleru utwierdza w przekonaniu, że Smarzowski idzie na dużą łatwiznę. Płonący kościół i trzy kieliszki wódki w jednym z pierwszych ujęć są banalną metaforą tego, co oglądamy na ekranie. Ale potem jest już tylko lepiej. Postacie nabierają wyrazu, ich historie zaczynają wciągać, ich dramaty nagle stają się bardzo ludzkie. Przez jakiś czas widzowie są wodzeni za nos i utwierdzani w błędnych przekonaniach co do zachowań i decyzji filmowych bohaterów.
Na koniec mamy porządny, scenopisarski twist, który odwraca nasze przekonania, a Kler wychodzi obronną ręką z pojedynku z bojownikami, którzy filmu nie widzieli, ale są święcie przekonani, że jest albo paszkwilem na kościół, albo filmem w stylu Vegi. [Szymon Skowroński, fragment zestawienia]
12. „Vinci” (2004)
Czy można w Polsce nakręcić solidny film gatunkowy z pogranicza komedii kryminalnej i świetnego heist movie inspirowanego amerykańskim kinem sensacyjnym, nie wpadając przy tym w pułapkę nieudolnej podróbki? Można – gdyby to było niemożliwe, w 2004 roku Juliusz Machulski nie stworzyłby Vinci. Reżyser, bez wahania czerpiąc z dokonań swoich bardziej znanych i utytułowanych kolegów po fachu z Zachodu, zrealizował film oparty na schemacie skoku i poradził sobie z tym doskonale. Dzieło twórcy Seksmisji ma wciągającą, wielowątkową intrygę ze znakomicie wyważonym tempem, perfekcyjnie łączy humorystyczną lekkość z adrenaliną, a dobrze napisane postaci, w które bez trudu weszli choćby Robert Więckiewicz, Borys Szyc czy Marcin Dorociński, przesądzają o tym, że Vinci to jeden z najciekawszych filmów w dorobku Machulskiego. [Dawid Konieczka, fragment plebiscytu]
11. „Poranek kojota” (2001)
Po sukcesie Chłopaków nie płaczą reżyser Olaf Lubaszenko, scenarzysta Mikołaj Korzyński i aktor Maciej Stuhr po raz kolejny połączyli siły i w ciągu roku zrealizowali kolejną kryminalną komedię – Poranek kojota. Ponownie młodzi, kochający, niewinni i prawdziwi bohaterowie zostali wmieszani w świat brudnych interesów. Wydaje się, że Korzyński i Lubaszenko wyraźnie sugerowali zmianę pokoleniową, jaka zachodziła w społeczeństwie, krytykując jednocześnie kapitalistyczne zapędy niektórych biznesmenów starego pokolenia – dokładnie tak, jak w Chłopakach, tak i w Poranku zwycięstwo odnoszą ci, którzy wierzą w siłę miłości i pozwalają jej kwitnąć.
Film Lubaszenki jest produktem wielorazowego użytku, który ze swoich wad: namiętnej odtwórczości amerykańskich schematów, drewnianego aktorstwa Michała Milowicza, niesmacznego humoru i widocznej rychłości realizacji – czyni swoje największe atuty, mówiąc niemal wprost: „a weźcie wy wszyscy wrzućcie na luz!” [Szymon Skowroński, fragment plebiscytu]
10. „Chłopi” (2023)
Chłopi to świetnie zrealizowana adaptacja, będąca interesującym wglądem w życie i zwyczaje małej społeczności oraz w rządzące nią prawa. Realizacja robi wrażenie, a technika animacji przepięknie sprawdza się szczególnie w scenach, w których widzimy plenery i/lub zmieniają się pory roku. Wrażenie robią też sceny tańca. Do tego piękna muzyka (i piosenka promująca Koniec lata) i wspaniała Kamila Urzędowska w roli głównej. [Łukasz Budnik]
9. „Ostatnia rodzina” (2016)
Film, który daje nam poczucie, jakbyśmy udali się z wizytą do Beksińskich i obcowali z nimi na dobre i na złe. Znakomicie napisany – wiele jest tu powiedziane nie wprost, lecz między wierszami – przejmujący i przygnębiający, robiący wrażenie odtworzeniem epoki, ale chyba przede wszystkim cudownie zagrany. Rolę Andrzeja Seweryna uważam za jedną z najlepszych w (nie tylko) polskim kinie, wspaniała jest Aleksandra Konieczna. Dawid Ogrodnik wzbudził kontrowersje swoją interpretacją Tomka Beksińskiego, ale trudno mu odmówić tego, że budzi emocje. [Łukasz Budnik]
8. „Róża” (2011)
Historia, romans, wojna. Magiczne trio, które na widzów działa jak magnes. W swoim trzecim filmie Smarzowski połączył te trzy elementy i po raz kolejny zdobył uznanie widzów i krytyków. Jednocześnie, jeśli mnie pamięć nie myli, był to chyba najmniej kontrowersyjny film reżysera. Może skupienie się na prostej, ale dramatycznej historii uczucia dwójki ludzi rzuconych na tło okrutnej wojny jest dobrym rozwiązaniem do tworzenia pasjonującego kina? Po Róży filmowiec wrócił do swoich charakterystycznych chwytów i rozwiązań. Na uwagę zasługuje tutaj między innymi główny męski bohater – chyba jedyny w pełni pozytywny w filmografii autora. [Szymon Skowroński, fragment zestawienia]
7. „Symetria” (2003)
O Symetrii z szacunkiem albo wcale. To filmowa droga z nieba do piekła, z pominiętym czyśćcem jako szansą na odkupienie. Film przerażająco realistyczny w scenografii, obsadzie i nieskończonością wyrażoną w muzyce Michała Lorenca. W końcu bycie w więzieniu nie ma w sobie nic chwalebnego. To zamknięty świat, gdzie liczy się wyłącznie skrańcowana bajera i wyryta w murze hierarchia. Do dziś nie wiem, jak Konradowi Niewolskiemu udało się w każdej postaci ukryć tę nutkę zła, którą reżyser co chwilę wynosi na powierzchnię, sprawiając, że więzienny świat staje się dla nas naprzemiennie przygnębiający i fascynujący. Nie byłoby tego efektu bez brawurowej obsady i surowości kadru, nieznoszącego barw innych niż szarości. Zasłużone miejsce w pierwszej dziesiątce. [Tomasz Ludward]
6. „Boże Ciało” (2019)
Publiczność, której nie przeszkodzi fabuła kierowana zbiegiem okoliczności, powinna być Bożym Ciałem zachwycona, ponieważ jest to przede wszystkim dzieło mądre i wielopoziomowe. Reżyser umiejętnie włączył trudny temat wiary i religii w kino kameralne, lecz bądź co bądź rozrywkowe, energetyczne, czasami nawet wulgarne. Co ciekawe, nie wychodzi z tego mariażu skandal, który łatwo byłoby wywołać taką opowieścią, lecz pełnokrwista opowieść o poszukiwaniu siebie, przebaczaniu, kondycji współczesnego Kościoła i o jego wysokiej pozycji w małomiasteczkowych, bigoteryjnych społecznościach. Jan Komasa nikogo bowiem nie obraża, a nawet nikogo nie ocenia. Ot, przedstawił sytuację, w której to fałszywy ksiądz, uczący się formułek religijnych rytuałów z Wikipedii, dociera do ludzi skuteczniej aniżeli kapłan po seminarium i nie uważa przy tym, że noszenie koloratki miałoby przeszkadzać w paleniu papierosów. [Przemysław Mudlaff]
5. „Wesele” (2004)
Wczesny obraz, kinowy debiut, silne uderzenie, nowa jakość i jednocześnie mój ulubiony film Smarzowskiego. Siłą napędową Wesela jest znakomicie napisany scenariusz, w którym historia powoli się rozwija, postacie ulegają przeobrażeniu lub dostają nauczkę, poszczególne wątki uzupełniają się i zazębiają, a napięcie rośnie niczym w rasowym thrillerze. Historia nade wszystko – to motto powinno być wtłaczane wszystkim filmowcom w szkołach filmowych na każdym możliwym kroku, przy każdej możliwej okazji. Smarzowski, absolwent wydziału operatorskiego, obraz wykorzystuje oszczędnie, ale efektywnie.
Wplata do filmu ujęcia z VHS, kamerę trzyma blisko postaci, aktorom pozwala grać w długich ujęciach, w samym finale dopiero robiąc efektowny odjazd na kranie, który stanie się elementem wspólnym wszystkich jego obrazów. To oddalenie może być spojrzeniem z góry na przywary i wady Polaków, może być też zdystansowaniem się od zachowań i motywacji bohaterów, wśród których trudno znaleźć jednoznacznie dobrego i pozytywnego. O Weselu nie można powiedzieć ani, że jest wrażliwym spojrzeniem na polskość, ani jej odbiciem w krzywym zwierciadle.
To autorska wizja reżysera, który dostrzega w ludziach złe cechy i eksploatuje je do granic możliwości – przynajmniej tak nam się wtedy, w 2004, zdawało. [Szymon Skowroński, fragment zestawienia]
4. „Bogowie” (2014)
Bogowie to jedna z najlepszych polskich ekranowych biografii ostatnich lat i świadczy o tym nie tylko brawurowa rola Tomasza Kota w głównej roli Zbigniewa Religi. Produkcja ta udowadnia, że biografia, która z zasady nie pozostawia widzowi wielu niespodzianek, potrafi wciągnąć, poruszyć i skutecznie utrzymać widza w napięciu, serwując gęstą dramaturgię. Reżyser Łukasz Palkowski ukazał w filmie nie tylko kulisy dramatycznej rewolucji w polskiej kardiochirurgii pod batutą Religi. Bogowie to w dużej mierze film jednego bohatera. Palkowski wraz ze scenarzystą Krzysztofem Rakiem stworzyli przejmujący, wielowymiarowy, pełnokrwisty portret człowieka szarganego ambicjami.
Człowieka, który nie jest wykuty ani z marmuru, ani z kamienia; który upada pod ciężarem własnych aspiracji. Napisana postać Zbigniewa Religi, uzupełniona niezwykle przekonującą, zaangażowaną kreacją aktorską Tomasza Kota, to najmocniejszy element filmu. Filmu, który jest nie tylko godnym uhonorowaniem zasłużonego polskiego kardiochirurga, ale i reprezentantem solidnego, wartościowego kina. [Maja Budka, fragment zestawienia]
3. „Pianista” (2002)
Niezapomniany film Romana Polańskiego z każdym kolejnym seansem dobitnie uświadamia, że w gatunku kina wojennego właściwie nie ma sobie równych. Adrien Brody wiele poświęcił, by wiarygodnie oddać okupacyjny wycinek z życia Władysława Szpilmana, a efekt jego pracy niezmiennie imponuje i stawia go w rankingach jako jednego z najlepszych zwycięzców Oscara w głównej kategorii aktorskiej. Poruszające fortepianowe kompozycje stanowią tu tło dla umierającej, opustoszałej Warszawy, a pamiętnej sceny z balladą Chopina odegraną przed niemieckim oficerem, raz obejrzanej, już nic nigdy nie wymaże z pamięci.
Pianista to prawdziwa duma polskiego kina, nakręcona w duchu przetrwania, miłości i walki o choćby najmniejsze szczęśliwe chwile. [Mary Kosiarz, fragment plebiscytu]
2. „Dom zły” (2009)
Dom zły to film autentycznie skażony swoistą, śmierdzącą wódą i smarem „naszością”. I przez tę swojskość właśnie podwójnie dosadny i namacalny. No bo to nie jest jakaś tam abstrakcyjna historia z Honolulu. To tu i teraz. To siano, to błoto, to chamstwo, to mentalność. Wszystko pokazane w perfekcyjny i bardzo przekonujący sposób. Z jednej strony historia niczym z PRL-owskiego księżyca, z drugiej co chwilę przyłapujemy się na tym, że łykamy fabułę bez popity, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bo tytułowy Dom Zły to moim zdaniem właśnie ówczesna Polska. To PRL, to PGR, to matka, macocha – wiecznie zalana i z podbitym przez męża okiem.
Taka, co to umrzeć nie pozwoli, ale życie do granic obrzydzi. Bez lukru, bez picu, bez efekciarstwa. Zło po polsku i w czystej, przerażająco przaśnej postaci. Coś wspaniałego. Coś niezwykłego. [Przemysław Brożek, fragment recenzji]
1. „Dzień świra” (2002)
I jeszcze to pierwsze miejsce. Nie powinno przecież być niespodzianką. Dzień świra to film w polskiej kinematografii wyjątkowy – wymowny jak żaden inny. Wiecznie aktualny. Wystarczy wyrecytować sobie pod nosem początkowe wersy Modlitwy Polaka (i sąsiada), by niechlubnie przyznać, że przez ponad 20 lat od premiery filmu niewiele w naszej moralności i kodzie kulturowym uległo zmianie. Dla wielu z nas był to pierwszy kontakt z komedią tego kalibru – gorzką, prawdziwą, która na różny sposób bawi kolejne pokolenia, nie gryząc się przy tym w język. A i ten ugrzązł w naszej świadomości na dobre, i to pomimo że Marek Koterski nie pierwszy raz opowiada o Adasiu i nie pierwszy raz w taki właśnie sposób.
Wszystkie wykłady Miauczyńskiego o języku, pasażerach pociągów, lokatorach czy nauczycielskiej pensji już dawno weszły do powszechnego słownika. Dodajmy do tego utracone marzenia posypane Preludium e-moll Fryderyka Chopina, i mamy polski epos – dzieje życia jednego niezwykle heroicznego bohatera. [Tomasz Ludward]
