search
REKLAMA
Plebiscyt

Najlepsze POLSKIE FILMY XXI wieku

REDAKCJA

29 listopada 2020

REKLAMA

21. Jestem mordercą

2016, reż. Maciej Pieprzyca

Gęsty i mroczny film Macieja Pieprzycy oparty o historii słynnego Wampira z Zagłębia z lat 70. Mimo że głównym bohaterem jest milicjant stojący na czele grupy mającej schwytać seryjnego mordercę kobiet, Jestem mordercą wcale nie jest filmem kryminalnym czy sensacyjnym. Jest w nim napięcie, które utrzymuje się aż do ostatniej sekundy, niemniej reżyser uznał, że zabawi się z widzem, odsłaniając przed nim wszystkie karty już na samym wstępie. Jestem mordercą nie jest więc filmem o słynnym śledztwie i jego przebiegu, ale o relacji kat-oprawca. Z tym że role zostaną obsadzone inaczej, niż widz będzie przypuszczał. Główny bohater ulega presji schwytania mordercy za wszelką cenę i popada w spiralę deprawacji oraz kłamstw, dając się schwytać w sidła własnych chorych ambicji. Pieprzycy udało się fenomenalnie oddać klimat dusznej, zanurzonej w oparach dymu papierosowego i wódki peerelowskiej Polski. Klimatycznie, solidnie zrealizowany film psychologiczny, angażująca historia ze świetnymi rolami aktorskimi Mirosława Haniszewskiego i Arkadiusza Jakubika na czele. [Maja Budka]

19. Miasto 44 (ex aequo)

2014, reż. Jan Komasa

Film Jana Komasy bierze na tapet temat wdzięczny, ale i niezwykle trudny do ukazania na ekranie. Szczególnie patrząc na to, jak mocno temat powstania dzieli polskie społeczeństwo. Reżyser pokazuje powstanie warszawskie jako zryw wywołany nie przez niezłomnych bohaterów, ale młodych, lekkodusznych, śmiertelnych ludzi, którzy w większości zasilali powstańcze szeregi. I to jest największą siłą Miasta 44. Komasa opowiada o powstaniu rezygnując z nadmiernego patosu, nie uderzając w martyrologiczne tony. Wyrwał powstanie ze sztywnych ram historii i uwspółcześnił, przybliżając tym samym temat młodszej, szczególnie szkolnej publice, która z tematem zapozna się w inny sposób niż z beznamiętnych kart podręczników historii. Mimo wszystko Komasa nie bawi się w rozliczanie historii, nie obarcza bohaterów winą za wydarzenia ani nie składa im laurów. Jego zadaniem było przybliżyć widzom ludzkie dramaty. Ukazać powstańców jako ludzi, którzy w obliczu zagłady targani są skrajnymi emocjami. [Maja Budka]

19. PitBull (ex aequo)

2005, reż. Patryk Vega

Pitbull – przede wszystkim – to rzetelne kino społeczno-obyczajowe, gorzkie w smaku i nieprzyjemne dla oczu. Jest to jednak ten rodzaj niewygody, który odczuć można przy okazji Miasta Boga, Very Drake, Cześć, Tereska czy Marii łaski pełnej. Twórcy tychże, wśród nich i Patryk Vega, penetrują te rejony struktury społecznej, o których usłyszeć szalenie trudno, bo nie tak wygląda świat, z którym widz chciałby obcować wychodząc do kina, dla większości będącego mekką rozrywki. Wystarczy, że życie każdemu daje kopa, a cios ten niekoniecznie musi być analizowany poprzez celuloid. Czymże jednak byłoby kino, gdyby proponowało wyłącznie pustą deliberację o problemach błahych, banalnych, powierzchownych? Wrażliwość, z jaką obserwuje gliniarzy Patryk Vega, pozwala poczuć tę wspomnianą niewygodę wynikłą z obcowania z rzeczywistością pozbawioną rozrywkowego sztafażu. Niektórych takie lekko socjalistyczne podejście do tematu może irytować i zniechęcać, lecz Pitbull jest na szczęście pozbawiony trywialnego komentarza, który mógłby w tego typu kinie bardzo drażnić. [Rafał Oświeciński, fragment recenzji]

16. Drogówka (ex aequo)

2013, reż. Wojciech Smarzowski

Drogówka jest znakomitym filmem, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Oczywiście, znajdą się wyklinający Smarzowskiego za brak wyobraźni (albo jej nadmiar) w kwestii portretowania polskiej Policji, że znów sami pijacy, brutale i gwałciciele. Za pesymizm. Za Białego misia. Za te same nazwiska w obsadzie. Ale to się sprawdza, po raz kolejny. Świeża jest natomiast skala, bo po raz pierwszy w karierze twórcy Wesela wychodzimy z chaty, opuszczamy wieś. Lądujemy w stolicy, która jest tak samo swojska, jak tamte miejsca, co niekoniecznie musi się podobać. Ale że jest to Warszawa bohaterowie chcą być trochę lepsi, bardziej światowi. Intryga też musi przylegać do takiej rzeczywistości, a jej rozwiązanie sprawić, że dowie się o tym cała Polska, a nawet Bruksela. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

16. Komornik (ex aequo)

2005, reż. Feliks Falk

Historia z morałem, niekiedy mocno nachalnym. Broni się jednak z uwagi na poruszany temat, jak i główną rolę Andrzeja Chyry. Aktor z jednej strony powtarza tu znany z Długu wizerunek pozbawionego duszy i żerującego na innych, nieprzyjemnego faceta, z którym lepiej nie zadzierać, a z drugiej potrafi nawiązać nić porozumienia z widzem i sprawić, że jego przemiana nie kłuje w oczy. Nie jest to może wielkie kino, ale ma parę natchnionych momentów i jest z pewnością warte uwagi – dobre po prostu. [Jacek Lubiński]

16. Poranek kojota (ex aequo)

2001, reż. Olaf Lubaszenko

Po sukcesie Chłopaków nie płaczą reżyser Olaf Lubaszenko, scenarzysta Mikołaj Korzyński i aktor Maciej Stuhr po raz kolejny połączyli siły i w ciągu roku zrealizowali kolejną kryminalną komedię – Poranek kojota. Ponownie młodzi, kochający, niewinni i prawdziwi bohaterowie zostali wmieszani w świat brudnych interesów. Wydaje się, że Korzyński i Lubaszenko wyraźnie sugerowali zmianę pokoleniową, jaka zachodziła w społeczeństwie, krytykując jednocześnie kapitalistyczne zapędy niektórych biznesmenów starego pokolenia – dokładnie tak, jak w Chłopakach, tak i w Poranku zwycięstwo odnoszą ci, którzy wierzą w siłę miłości i pozwalają jej kwitnąć. Film Lubaszenki jest produktem wielorazowego użytku, który ze swoich wad: namiętnej odtwórczości amerykańskich schematów, drewnianego aktorstwa Michała Milowicza, niesmacznego humoru i widocznej rychłości realizacji – czyni swoje największe atuty, mówiąc niemal wprost: „a weźcie wy wszyscy wrzućcie na luz!” [Szymon Skowroński, fragment plebiscytu]

15. Ida

2013, reż. Paweł Pawlikowski

Oglądanie filmu Pawła Pawlikowskiego pt. Ida jest ogromną przyjemnością, od początku do samego końca i  uwzględniając wszystkie elementy. W trakcie seansu można się poczuć jakby wyświetlano nam stary polski film, z tym że w dobrej jakości. W czasie cofniemy się dzięki akcji i formie „Idy”: filmowa historia rozgrywa się w Polsce lat 60., a przedstawiona została za pomocą czarno-białych zdjęć, długich i wolnych ujęć oraz precyzyjnie zaplanowanym kadrom, dodatkowo okraszona muzyką ze wspominanej „epoki”. […] Rzeczywistość filmowa jest w pełni wykreowana, zaplanowana, ale jednocześnie daje poczucie realizmu, nie ma sztuczności w grze aktorów, w ich gestach i mimice, najdrobniejsze zdarzenia wyszły realistycznie (zapałka nie zapala się za pierwszym razem, adapter potrzebuje chwili, by zacząć odtwarzać muzykę). Film jest dopracowany, emanuje z niego spokój i towarzyszy mu harmonia formy, obyło się bez nachalności rozbieranych zdjęć i epatowania okrucieństwem, a do zaprezentowania spójnej i złożonej historii wystarczyło niecałe półtorej godziny. [Ewelina, fragment recenzji]

13. Vinci (ex aequo)

2004, reż. Juliusz Machulski

Czy można w Polsce nakręcić solidny film gatunkowy z pogranicza komedii kryminalnej i świetnego heist movie inspirowanego amerykańskim kinem sensacyjnym, nie wpadając przy tym w pułapkę nieudolnej podróbki? Można – gdyby to było niemożliwe, w 2004 roku Juliusz Machulski nie stworzyłby Vinci. Reżyser, bez wahania czerpiąc z dokonań swoich bardziej znanych i utytułowanych kolegów po fachu z Zachodu, zrealizował film oparty na schemacie skoku i poradził sobie z tym doskonale. Dzieło twórcy Seksmisji ma wciągającą, wielowątkową intrygę ze znakomicie wyważonym tempem, perfekcyjnie łączy humorystyczną lekkość z adrenaliną, a dobrze napisane postaci, w które bez trudu weszli choćby Robert Więckiewicz, Borys Szyc czy Marcin Dorociński, przesądzają o tym, że Vinci to jeden z najciekawszych filmów w dorobku Machulskiego. [Dawid Konieczka, fragment plebiscytu]

13. Kler (ex aequo)

2018, reż. Wojciech Smarzowski

Kadr z filmu "Kler"

Bardzo duże zaskoczenie i dla mnie, osobiście, lekcja pokory. Przyznam, że nieco dałem ponieść się medialnej wrzawie wytworzonej wokół filmu, jak i pochopnie oceniłem jego trailer, który okazał się mylący. Jeszcze pierwsze trzydzieści minut Kleru utwierdza w przekonaniu, że Smarzowski idzie na dużą łatwiznę. Płonący kościół i trzy kieliszki wódki w jednym z pierwszych ujęć są banalną metaforą tego, co oglądamy na ekranie. Ale potem jest już tylko lepiej. Postacie nabierają wyrazu, ich historie zaczynają wciągać, ich dramaty nagle stają się bardzo ludzkie. Przez jakiś czas widzowie są wodzeni za nos i utwierdzani w błędnych przekonaniach co do zachowań i decyzji filmowych bohaterów. Na koniec mamy porządny, scenopisarski twist, który odwraca nasze przekonania, a Kler wychodzi obronną ręką z pojedynku z bojownikami, którzy filmu nie widzieli, ale są święcie przekonani, że jest albo paszkwilem na kościół, albo filmem w stylu Vegi. [Szymon Skowroński, fragment zestawienia]

12. Pokłosie

2012, reż. Władysław Pasikowski

pokłosie-czop-stuhr

Mój ulubiony polski film. Dlatego, że jest jednocześnie bardzo polski, mocno zakorzeniony w naszej burzliwej historii i trudnej kulturze, a przy tym świetnie uniwersalny, mocny, stylistycznie nawiązujący do najlepszych europejskich kryminałów. Co wcale nie dziwi, bo Władysław Pasikowski przez całą swoją karierę dał się poznać jako autor, który znakomicie Polskę portretuje, zaciągając przy tym na nią filtr kina zachodniego. Często i regularnie wracam do Pokłosia. Zawsze robi na mnie piorunujące wrażenie. [Filip Pęziński]

11. Symetria

2003, reż. Konrad Niewolski

Niewolski bazuje w Symetrii przede wszystkim na prostocie i skromności, realizując, planując film niczym równanie matematycznie. Absolutnie bez żadnych schematów, prowadzi nas konsekwentnie. Ma to duże znaczenie, wręcz kapitalne, ze względu na historię, jaką nam opowiada. Ukazując „drogę przemian”, na jakiej staje Łukasz już na progu celi więziennej, unika wszelkiego „poetyzowania”, wszelkiej metafory, bo mogłoby to jedynie odbarwić znaczenie. Pokazuje za to „kłębowisko” sterylnej, hermetycznej społeczności; zbitą i skumulowaną w jednym mrowisku cielesność; odizolowaną i osaczona; agresywną. […] Nie ma tu moralizowania, nauczania – tylko obserwacja, ciekawość, a jednocześnie bezradność, bezsens, obojętność czy anonimowość. Wreszcie znalazł się ktoś, kto umie opowiedzieć o współczesności, bez „polskich” kompleksów, o charakterze uniwersalnym, wszech-sprawdzalnym. [Łukasz Anioł, fragment recenzji]

REKLAMA