Connect with us

Felietony - Cykle

NIE LUBIĘ POLSKIEGO KINA. 5 powodów uprzedzenia

W filmie NIE LUBIĘ POLSKIEGO KINA. 5 POWODÓW UPRZEDZENIA odkrywasz emocjonalne zawirowania i osobiste refleksje dotyczące rodzimej kinematografii.

Published

on

NIE LUBIĘ POLSKIEGO KINA. 5 powodów uprzedzenia

Pewnie polecą na mnie gromy, ale cóż, muszę się z tym zmierzyć. Dysponuje bowiem dość niepopularną opinią i nie zawaham się jej użyć. Nie lubię polskiego kina. Nie umiem go oglądać. Istnieje między mną a rodzimą kinematografią gruba ściana, przez którą od czasu do czasu potrafię się przebić, ale w przeważającej liczbie przypadków walę w nią głową bezskutecznie.

Advertisement

O „lubieniu” mowa, i jest to w tym wypadku słowo klucz. W swoim wywodzie odnoszę się bowiem do moich emocji i ogólnego wrażenia, jakie wywołują we mnie rodzime produkcje. Przyznaję bez bicia, że trochę generalizuję i świadomie uciekam od obiektywizmu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że polskie kino tak jak bywa złe, tak potrafi też być zaskakująco dobre. W swej historii obfituje w wiele pamiętnych produkcji, którymi mogliśmy szczycić się na świecie. Dziś także gołym okiem widać odczuwalny progres jakościowy w tej materii i nie trzeba do tego zakładać okularów lub posługiwać się lupą. Faktem jest, że w Polsce pojawia się wiele filmów dobrych zarówno warsztatowo, jak i opowiadających po prostu ciekawe historie.

Advertisement

ALE. No właśnie, jest w tym jeden problem. To wszystko nie jest w stanie zmienić mojego postrzegania polskiego kina, wrażenia, jakie każdorazowo we mnie budzi zetknięcie się z rodzimą produkcją. Raz jeszcze przepraszam zatem za generalizację – potraktujcie ją jako pewnego rodzaju skrót myślowy, niemający na celu zakłamywania rzeczywistości, gdyż istnienia dobrych polskich filmów jestem, jak wspomniałem, świadom. Gdy mam jednak do wyboru iść do kina na film polski lub zagraniczny (w domyśle amerykański, choć niekoniecznie), decyzja jest z reguły podejmowana bardzo szybko i niestety stoi ona w kontrze do rodzimej kinematografii. Dlaczego?

Ostatnio postanowiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i oto rezultat moich przemyśleń.

Advertisement

Reklama na opak

Problemy polskiego kina zaczynają się już na poziomie promocji. Mam wrażenie, że plakaty oraz zwiastuny tworzone na rzecz danej produkcji wywołują w widzu wrażenie odwrotne do zamierzonego. Mnie na przykład polskie kampanie promocyjne filmów najczęściej zniechęcają do pójścia na film, a nie odwrotnie. Z czego to się bierze? Plakaty wyglądają po prostu amatorsko (na pohybel tradycji polskiej szkoły plakatu) i jest to określenie wyjątkowo delikatne. Nie przebija się w nich żadna idea, myśl artystyczna. Nie potrafią wzbudzić ciekawości, nie mają ani krzty efektowności.

Priorytetem zdaje się uwypuklenie na nich nazwisk i twarzy, a gdy już wpleciony zostanie jakiś element fabuły, to tak sztampowo, tak bezmyślnie, że oczy bolą od patrzenia. W zwiastunach zasada jest podobna. Nie zachęcają, nie wzbudzają zainteresowania, tylko w sposób sztuczny odtwarzają dramaturgię filmu, rzucając najbardziej patetycznymi scenami, lub – jak w przypadku komedii – (pozornie) najśmieszniejszymi tekstami. W największych kinematografiach świata na promocję wydaje się drugie tyle, ile film kosztuje. Nie pytajcie, czy taka praktyka jest możliwa w kraju, w którym lepiej jest nieustannie łatać dziury w drodze, niż poprawiać je całościowo.

Advertisement

Polskie Muppet Show

Gdy patrzę na polskie plakaty filmowe, widzę na nich wciąż te same twarze. Więckiewicz, Adamczyk, Karolak, Szyc, Kot, Dorociński, Jakubik, Braciak, Stuhr itd. Doceniam kunszt, ale nawet najlepsze danie, podawane zbyt często, potrafi zbrzydnąć. Jeden odkryty talent kuty jest przez reżyserów do upadłego – taki Dawid Ogrodnik za sprawą nadmiernej eksploatacji jego nieprzeciętnych umiejętności powoli, o zgrozo, zaczyna zjadać własny ogon.

A przecież mówimy o młodym aktorze, który dopiero się rozkręca. Apeluję – dajmy przestrzeń innym. Jakież to było odświeżające doświadczenie, gdy kilka lat temu Pasikowski zaangażował do swego Pokłosia Ireneusza Czopa – aktora o wyrobionej renomie, choć nieco zapomnianego przez współczesnego widza. Zatrudnianie znanych nazwisk do filmów podyktowane jest oczywiście marketingiem, rozpoznawalnością itp., ale jest to też krótkowzroczne, bo buduje wokół polskiego kina aurę ograniczonego zasobu talentów, a co za tym idzie, swego rodzaju mizerności. Mniemam, że problemów z zasobem nie ma – aktorów jest raczej dużo, są szkoły aktorskie, są teatry. Wprowadzanie w tej materii urozmaiceń byłoby korzyścią, także wizerunkową.

Advertisement

Co oni mówią?

Gdy uda mi się w końcu jakiś polski film obejrzeć, jego seans jest trudny także od strony czysto technicznej. Bez względu na to, czy historia jest dobra, czy nie, istnieją dość silne odwracacze uwagi, które często odbierają mi poczucie satysfakcji. Mam tu na myśli przede wszystkim błędy dźwiękowe. O pomstę do nieba często woła jakość nagranych dialogów.

Nie wiem jak wy, ale ja się nie mogę nadziwić, jak to się dzieje, że XXI wieku, w nieprzeciętnej kinematografii wciąż dochodzi do sytuacji, w której nie da się usłyszeć, co mówią aktorzy. Powiedzieć, że jest to nieprofesjonalne, to jak nie powiedzieć nic. Jeszcze niedawno miałem sytuację, w której podczas seansu rodzimej produkcji celowo pogłośniłem dźwięk, by lepiej usłyszeć kwestie wypowiadane przez bohaterów, co poskutkowało tym, że omal nie spadłem z fotela, gdy w następnej scenie uderzyła mnie fala muzyki. Tak się nie da oglądać filmów. Nie znam się na technologii dźwiękowej na tyle, by rzetelnie wytknąć błąd, ale. .. potrafię dedukować. Stare porzekadło podpowiada, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

Advertisement

Kino za grosze

…pieniądze. Mam wrażenie, że to właśnie one, a dokładniej ich brak, odgrywają kluczową rolę w jakości polskiego kina. Problemem nie jest tylko to, że w Polsce stosunkowo słabo inwestuje się w kino. Prawdopodobnie sami twórcy w ogóle nie dbają o to, by ich filmy miały odpowiednio duże budżety, gdyż żywią przekonanie, że są w stanie zrobić coś z niczego.

A kino potrzebuje pieniędzy. Nie da się zrobić porządnego filmu, chcącego nawiązywać do zagranicznych stylów i aspirującego do zdobycia publiki poza granicami kraju, jeśli robi się je za grosze. No chyba, że kręcimy horror found footage. Mam także wrażenie, że jeśli już zdarzy się, że dany film ma odpowiednio duży budżet, to dochodzi problem ze złym gospodarowaniem pieniędzmi – czyli coś, co niestety mamy we krwi. W głowie mi się do dziś nie mieści, jak to się stało, że taki film jak Wiedźmin, którego budżet opiewał na 18 milionów złotych, stał się w konsekwencji tworem tak bardzo niedopracowanym (bo nawet jeśli stworzono więcej materiału na potrzeby serialu, to twórcy zdecydowanie mogli lepiej wydać pieniądze, zwłaszcza na efekty specjalne).

Advertisement

Myślę, że brakuje nam tego, co w sporcie określa się mianem „mentalności zwycięzcy”. Nasza kinematografia (w rozumieniu ogółu twórców) za bardzo przyzwyczaiła się do tego, że może być tworzona na pół gwizdka, zamiast dążyć do perfekcjonizmu.

Temat przewodni: wszystko, co boli

SILVERADO (1985)

Powiedziano to już nieraz, wyrażając krytykę polskiego kina, ale i ja muszę to zaakcentować. Nie cierpię polskiej martyrologii. Nie cierpię taplania się w brudzie. Nie cierpię rozgrzebywania ran. Nie cierpię ciągłego wytykania sobie błędów, potknięć. Nie cierpię nieustannych reminiscencji największych historycznych tragedii.

Advertisement

Raz, że z punktu widzenia psychologii społecznej jest to taktyka dalece niekorzystna dla nas jako ogółu, gdyż nic dobrego nie przynosi ciągłe wchodzenie w buty ofiary i umartwianie się nad sobą. Dwa, że jest to narracja na dłuższą metę dalece nieatrakcyjna także dla widza zagranicznego.

Wszyscy sympatyzujący z kinem oczekują bowiem spotkania z wartościami, pojęciami, ideami ponadczasowymi, których zrozumienie nie wymaga posiadania paszportu określonego kraju. Innymi słowy, kluczem jest uniwersalizm. Ta zasada znana jest na całym świecie. Podczas gdy my płaczemy nad swoim losem tak, że nikt poza granicami kraju nie jest w stanie tego płaczu usłyszeć, gdyż jest on podbudowany narodowym smutkiem, inni wolą opowiadać taką historię, w której odnajdzie się każdy, i przy okazji urozmaicą ją elementami lokalnego folkloru, tradycji, mitologii.

Advertisement

Na tym to polega. Tak osiąga się sukces. Nie wiem jak wy, ale ja, idąc na polski film do kina, czuję się, jakbym przeglądał się w lustrze i czepiał własnych niedoskonałości. Bardziej od swojskiego, rodzinnego klimatu, dzięki któremu miałbym poczuć się jak w domu, udziela mi się atmosfera solidarnej rozpaczy, która sprawia, że wolę zamknąć się w pokoju. Mam tu na myśli nie tylko filmy historyczne. Nazwijcie mnie ignorantem, ale do dziś nie chce mi się tykać Ostatniej rodziny. Dlaczego? Bo jej założeniem jest dostarczenie mi tego rodzaju emocji, którego w polskim kinie miałem przez lata w nadmiarze. Idzie się od tego zrzygać czasami, tak po prostu.

Nie potrafimy bawić się konwencją. Brakuje odwagi, chęci przekroczenia granic lub sięgnięcia ponadprzeciętnej idei. To już komunał, ale powtórzę raz jeszcze – nie potrafimy tworzyć kina gatunkowego. Bo mimo odnotowanych przypadków wciąż obce są nam horrory, science fiction, westerny i rasowe kino akcji – nie szukamy zatem w kinie eskapizmu. A przecież jeden rzut oka na rodzimą literaturę dostarcza ogromnej liczby inspiracji (kiedy powstanie polska adaptacja Lema na miarę XXI wieku?). Są kierunki, są możliwości, a nasza kinematografia dostarcza nam dwóch form filmowej przygody.

Advertisement

Ucieczkę w zapomnienie mają zapewnić nam słodkopierdzące i oderwane od damsko-męskich realiów komedie romantyczne, utwierdzające nas w przekonaniu, jacy to jesteśmy naiwni. Z kolei cała reszta filmów z łatwością wchodzi do ogólnego wora oznaczonego hasłem „polski dramat”, w którym filmy traktujące o przeszłości i teraźniejszości utwierdzają nas w przekonaniu, jacy to jesteśmy beznadziejni.

Dziękuję, postoję. Już chyba wolę oglądać reklamy.

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *