Felietony - Cykle
CZY TARANTINO TO KRETYN, A JEGO FILMY TO ŚMIECI? Refleksje po aferze z Morricone
CZY TARANTINO TO KRETYN, A JEGO FILMY TO ŚMIECI? – Ennio Morricone w ogniu krytyki, a kontrowersje przyciągają uwagę filmowych entuzjastów.
Scenariusz niczym z dobrej telenoweli. Pewnie już wszystko wiecie, ale podsumujmy: czwartek, 8 listopada. Niemiecki „Playboy” twierdzi, że Ennio Morricone w wywiadzie dla nich nazwał Quentina Tarantino kretynem, a jego filmy śmieciami. Następnego dnia Ennio zarzeka się, że nic takiego nie powiedział i jego prawnicy już pracują nad sprawą. Niemiecki „Playboy” zarzeka się: mamy nagrania audio, gdzie Morricone nazywa Tarantino kretynem, który spóźnia się na plan, wszystko robi na ostatnią chwilę, w dodatku – jego filmy są jedynie kopiami innych dzieł, a on sam nie potrafi stworzyć niczego oryginalnego.
Morricone nadal twierdzi, że nic takiego nie powiedział. „Playboy” przyznaje: okej, mogło dojść do pomyłki. W chwili, gdy piszę te słowa, nie ma jeszcze oficjalnych stanowisk ani kompozytora, ani wydawcy miesięcznika. Jednak tydzień medialnej wrzawy wystarczył, by przez sieć przetoczyło się wiele wypowiedzi, według których słowa Morricone – niezależnie od tego, czy faktycznie są jego słowami – są prawdą. Ergo: sporo osób twierdzi, że Tarantino faktycznie jest beztalenciem, które jedyne, co potrafi, to kopiować od innych.
Jakieś dziesięć lat temu również byłem mocno obrażony na Quentina. Kiedy minął licealny i studencki okres zauroczenia jego filmami – kultowymi, czarującymi, fascynującymi, po prostu zajebistymi – odkryłem, że on faktycznie kradnie. Że obejrzał dużo filmów Godarda i Truffauta (Amatorski gang, Panna młoda w żałobie, Alphaville), że uwielbiał azjatyckie kino akcji (np. hongkońskie Miasto w ogniu Ringo Lama, japońską Lady Snowblood), że jarał się kryminałami z lat 70., np. Długim postojem na Park Avenue, Coffy, blacksploatacją, serialem Kung-Fu i setką innych rzeczy.
I że faktycznie podpatrzył tam sporo elementów, które potem przemycił do swoich scenariuszy. I miałem na Tarantino focha kilka lat, uważając go za twórcę, którego istnienie uzależnione jest jedynie od istnienia innych twórców – protoplastów, na których dokonaniach Amerykanin żerował i uprawiał epigońskie w naturze rzemiosło naśladowania, przerabiania i pastiszowania. Byłem z siebie bardzo dumny, że potrafię w towarzystwie błysnąć anegdotą, skąd Tarantino skopiował dany tekst, gdzie podpatrzył dany motyw, u kogo dojrzał jakieś rozwiązanie narracyjne. Foch trwał do czasu, kiedy na spokojnie zafundowałem sobie powtórkę całej filmografii reżysera.
I chociaż uważam dwa jego ostatnie filmy – Nienawistną ósemkę i Django – za nieudane (z wielu różnorakich powodów), to muszę przyznać, że Tarantino zasługuje na miano jednego z najważniejszych i najlepszych współczesnych twórców. Za debiutanckie Wściekłe Psy, za genialne Pulp Fiction i Bękarty wojny, za doskonałe Jackie Brown i Kill Bill Vol 1 oraz za całokształt jego kariery i myśli twórczej.
Przede wszystkim – Tarantino nie jest jedynym reżyserem, który kradnie. Kradnie każdy artysta. Zróbcie listę pięciu swoich ulubionych filmów, a potem poczytajcie o ich scenarzystach i reżyserach. Postarajcie się dotrzeć do informacji, jakie filmy uważają za najlepsze – i obejrzyjcie je. Zdziwicie się, ile znajdzie się podobieństw. Każdy skądś czerpie. Orson Welles czerpał z Johna Forda. Akira Kurosawa też czerpał z Johna Forda. Woody Allen czerpał z Bergmana, Boba Hope’a, braci Marx. Billy Wilder (najlepszy scenarzysta w historii kinematografii, kropka) podpatrywał u Ernsta Lubitscha.
George Lucas czerpał, skąd tylko się dało. Wszyscy czerpią zewsząd. Taka jest natura sztuki. Ludzie sztuki przebywają ze sztuką niemal bez przerwy, więc nic dziwnego, że najlepsze pomysły rodzą się pod wpływem innych najlepszych pomysłów. Jaki jest największy „zarzut” w stronę Tarantino? Otóż cudowny dzieciak kinematografii w ogóle nie kryje się z tym, jak bardzo kocha filmy innych twórców, i chce, żeby wszyscy to widzieli. Nazwa jego firmy produkcyjnej, nazwiska bohaterów, czasem wręcz bezceremonialne umieszczanie tytułów filmów w dialogach – wszystko to jest formą bezpośredniego zwrotu do widowni: zobaczcie, jak bardzo to kocham! W jednej z końcowych scen Bękartów wojny jest kilka ujęć na widownię w kinie.
W pierwszym rzędzie siedzą niemieccy generałowie. W jednego z nich wcielił się reżyser Enzo G. Castellari. Jednym z filmów nakręconych przez Castellariego jest… Inglorious basterds (u nas znany jako Bohaterowie z piekła), niskobudżetowy wojenny film akcji z 1978. Tarantino wzorował się (między innymi) na nim, tworząc scenariusz do swojej wersji Bękartów… Cóż, jeśli sam zainteresowany – „splagiatowany” reżyser – z chęcią przyjmuje cameo w filmie „plagiatora”, to musi być coś na rzeczy, prawda?
I jest. Wracając do głównego wątku: Tarantino kopiuje i pożycza. Oczywiście. Ale oznaką wielkiej ignorancji jest twierdzenie, że tylko dzięki temu reżyser zawdzięcza swój sukces. Równie błędne jest myślenie, że za sukces Pulp Fiction odpowiada Roger Avary – a również takie komentarze pojawiały się masowo. Avary, owszem, współtworzył historię nagrodzonego Złotą Palmą dzieła – ale pamiętajmy, że to ostatecznie reżyser podejmuje ryzyko zrealizowania filmu. Avary został nagrodzony Oscarem za współpracę przy tekście i jest to najwyższe wyróżnienie, jakie go spotkało.
Po 1994 panowie nie współpracowali już razem i – niebywałe! – Tarantino dostarczył jeszcze co najmniej dwa wielkie filmy i co kilka lat udaje mu się dokładnie wstrzelić w oczekiwania publiczności, a Avary pozostał niszowym twórcą filmów interesujących, ale dalekich od wybitności (Żyć szybko, umierać młodo) lub żenująco słabych (Silent Hill).
Tym, co stoi za sukcesem (artystycznym) filmów Quentina Tarantino, jest przede wszystkim jego ogromny talent scenopisarski. Niemal jestem w stanie uwierzyć, że sprzedał duszę diabłu. Żeby zrozumieć, co Tarantino wyczynia na poziomie warsztatu, nie wystarczy obejrzeć jego filmów kilkanaście razy. Należy pochylić się nad rzemiosłem i przyjrzeć się wszystkiemu pod lupą. Żeby być dobrym scenarzystą, nie wystarczy mieć dobry pomysł na historyjkę. Avary mógł dostarczyć Tarantino nawet tuzin dobrych historii. Dobre historie trzeba umieć dobrze opowiedzieć. Od początku do końca.
O właśnie… a może od środka do końca? Po sukcesie Pulp Fiction namnożyło się „fachowców”, których popisową sztuczką było pomieszanie chronologii wydarzeń w scenariuszu. Każdy miał nadzieję, że nabierze publiczność i zostanie okrzykniętym nowym QT. Ale QT jest tylko jeden. Tym, co sprawia, że Pulp Fiction tak dobrze igra z czasem, jest fakt, że ta historia MUSIAŁA być opowiedziana w taki, a nie inny sposób. Poukładanie jej chronologicznie pozbawiłoby ją sensu i siły wyrazu. To nie jest kuglarska sztuczka, która ma na celu wywołanie efektu „wow” na zakończenie. To jest całkowicie umotywowana decyzja i oznaka pełnej dojrzałości warsztatowej i pełnego zrozumienia filmowej materii.
Tak więc pierwszy punkt dla Tarantino: potrafi nie tylko wymyślić ciekawą historię, ale także doskonale wie, jak ją opowiedzieć. Jak zainteresować widza i jak zrobić dobry, nieoczekiwany, ale uzasadniony i całkowicie zgodny z konwencją zwrot akcji. Kiedy postawić kropkę (zakończyć wątek), a kiedy zrobić przecinek (zmienić punkt widzenia). Dokładnie wie, ile informacji przedstawić, a ile zachować na potem. Kiedy zacząć i kiedy skończyć (chociaż w tym pomagała mu zapewne montażystka Sally Menke, do pewnego momentu).
Dialogi. Chyba napisano o nich już wszystko, co można było napisać, ale cóż, powtórzę. Dialogi w filmach Tarantino to nie tylko gadanina o niczym – chociaż wielu z wyrobników próbujących podrabiać niepowtarzalny styl reżysera tak właśnie myśli i zapisuje setki stron pustymi słowotokami. W potoku rozmów na różne tematy kryją się prawdziwe intencje i charaktery jego bohaterów. Wszystkie postacie we wszystkich filmach Tarantino określone są za pomocą czynów, nie słów. Brzmi dziwnie, bo ciągle gadają? Pamiętajmy, że język ma także funkcję sprawczą. Kiedy sędzia wydaje wyrok, to nie tylko wypowiada słowa, ale także zmienia postać rzeczy, wpływa na ich stan.
Podobnie u Tarantino. Rozmowa na temat dawania napiwków skrywa wiele informacji na temat bohaterów i pokazuje ich prawdziwe oblicza. Pan Pomarańczowy okazuje się donosicielem już w pierwszych pięciu minutach Wściekłych psów, kiedy donosi szefowi, że Pan Różowy nie złożył się na napiwek. Vincent Vega sprowadza na siebie nieszczęście, bo w swoich słowach wyznał, że nie wierzy w cuda – pomimo faktu, że przed chwilą cudownie uniknął śmierci. Dziewczyna Butcha chce mieć brzuszek z pewnego konkretnego powodu, na który Butch jeszcze nie jest gotowy. Rozmowy o starych zespołach to sposób Maxa Cherry’go na zbliżenie się do Jackie Brown.
Kiedy Hans Landa każe powtarzać włoskie nazwiska podszywającym się pod Włochów Amerykanom, to nie robi tego po to, żeby widz się pośmiał, prawda? W tych dialogach są akcja i reakcja, w tych dialogach są konflikt i napięcie, w tych rozmowach jest drugie dno. A jak one brzmią! Wyłączcie napisy lub ich nie czytajcie. Posłuchajcie melodii, z jaką płyną wypowiedzi bohaterów… Edward Albee by się nie powstydził, David Mamet także.
Po trzecie: wyczucie potrzeb publiczności. Oczywiście cenimy artystów, którzy spędzają w piwnicy dwadzieścia lat, by dać światu dzieło, które zrozumie zaledwie garstka uprzywilejowanych emocjonalnie i intelektualnie odbiorców. Ale kochamy tych, którzy rozumieją, czego tak naprawdę pragniemy – i dają nam to. Dlaczego po każdym dziele Tarantino czuję się trochę jak bohater jego filmu? Bo Tarantino sam chciałby być bohaterem swojego filmu. Czyli postacią, która spędza całe dnie na rozmowach o filmach, telewizji i starej muzyce i robieniu fajnych rzeczy. Czyli, w pewnym sensie, QT istotnie JEST bohaterem ze swojego filmu. Dlatego właśnie nie ma w nim cienia fałszu. On autentycznie kocha to, co robi. Dlatego nam także jest łatwo pokochać to, co on robi.
Po czwarte: pożyczanie i kopiowanie. Wracamy do punktu wyjścia. Ale najpierw – pomyślcie o pięciu filmach kryminalnych lub o pięciu filmach biograficznych. Stawiam puszkę coli, jeśli nie znaleźliście w danej grupie dużych podobieństw. Każdy film gatunkowy, jeśli nie jest jakimś rodzajem eksperymentu, opiera się na podobnym schemacie. Scenarzyści odwołują się do pewnego toposu, który można znaleźć już w antycznym dramacie. Generalizując, można powiedzieć, że wszyscy kopiują – bo powielają rzeczony schemat. Czy ktokolwiek zarzuca im plagiat? Nie, ponieważ używają tej struktury do przekazania nowej opowieści.
Każda z nich ma inny morał, innych bohaterów, inny przekaz, dynamikę, znaczenie. Tarantino potrafił twórczo wykorzystać formułę wielowątkowej, niechronologicznej opowieści i stworzył oryginalne, autorskie dzieła, które wypełnił odniesieniami do innych dzieł. W żadnym razie nie można stwierdzić, że jego talent ogranicza się do podkradania albo kopiowania od innych. To, co dla jednych jest sufitem, dla niego jest podłogą. Wykorzystując jedne motywy, tworzy drugie. Czy nie jest znamienne także, że większości cytowanych i kopiowanych przez QT filmów daleko do miana arcydzieł? Czy jakikolwiek inny reżyser potrafiłby stworzyć unikatowe dzieło, inspirując się tanimi produkcjami z Azji? Czy może jednak prawdziwi plagiatorzy to rząd przeciętniaków z aspiracjami na nowego Kubricka?
Jeszcze w kwestii Rogera Avary’ego, bo w komentarzach często przewijało się jego nazwisko. „Bez Avary’ego Tarantino nic by nie zrobił” itp. Błąd. Jeśli jest osoba, bez której Tarantino nie doszedłby tak daleko, to byłaby to raczej jego montażystka Sally Menke, zmarła przedwcześnie w 2010. Dwa ostatnie filmy twórcy – Django i Nienawistna ósemka – są chaotyczne, za długie i nieskładne. Nieprzypadkowo, to właśnie one zostały zmontowane przez kogoś innego niż Menke, która pracowała nad wszystkimi poprzednimi filmami reżysera. Ale to już temat na osobny felieton.
