Felietony - Cykle
Co ma wspólnego TELEWIZOR z KRYTYKIEM FILMOWYM? Historia
TELEWIZOR i KRYTYK FILMOWY łączą nie tylko obrazy, ale i pasja do sztuki. Odkryj historię ich niezwykłej relacji w fascynującej opowieści.
Facebook bywa złośliwą, ale też mądrą inspiracją. Niewiele ponad tydzień temu zobaczyłem jeden post i do dzisiaj nie mogę się go pozbyć z głowy. Było to zdjęcie opublikowane na jednym z filmowych fanpage’ów. Przedstawiało 13-calowy ekran (mam nadzieję, że nie 11-calowy, bo taka wersja również była) MacBooka Air z wyświetlonym tytułem tak wyczekiwanego ostatnio przez fanów uniwersum Star Wars pierwszego odcinka The Mandalorian. Zdjęcie sugerowało, że ktoś wyraźnie zabiera się za recenzowanie serialu, chociaż nie dociekam, czy tak rzeczywiście było. Ważne, że post wywołał określone skojarzenie. Pomyślałem sobie wtedy złośliwie, że autor wpisu mógł z powodzeniem wstawić zdjęcie ekranu jakiegoś smartfona. Są przecież całkiem duże, 6-calowe modele Samsunga czy Xiaomi, a także, aby pozostać wiernym pewnej ideologii technicznej, iPhona 11.
Pomyślałem sobie również, już bez złośliwości i zresztą nie po raz pierwszy, że krytyk filmowy, czy też jego mniej nadęta wersja, czyli recenzent, powinni dysponować nie tylko odpowiednim warsztatem intelektualnym i wiedzą przedmiotową, żeby naskrobać sensowny tekst, ale też metodami i fizycznymi narzędziami, w tym kanałem medialnym oferującym porównywalną jakość projekcji do stworzonej przez twórców natury ocenianego obrazu. Poniżej o tym, czy te wszystkie metody, narzędzia i powinności techniczne mogą faktycznie coś zmienić w recenzowaniu.
W dawnej, przedinternetowej i przedtelewizyjnej rzeczywistości krytyk musiał iść np. do teatru czy do opery, żeby napisać recenzję. Tym samym zachowywał więc pewnego rodzaju komplementarność między celem wystawienniczym sztuki a swoją rolą jako widza i oceniającego to, co dzieje się na scenie. Gdyby napisał tekst tylko na podstawie rozmów z ludźmi, którzy owo przedstawienie widzieli, albo np. nie został wpuszczony na widownię i musiał stać gdzieś daleko w drzwiach, wytężając wzrok, a i tak nie mogąc dokładnie zobaczyć tego, co się dzieje na scenie, chyba większość czytelników uznałaby go za zwykłego oszusta. Mało tego, znając podejście do dziennikarstwa ówczesnych redaktorów prowadzących gazety i właścicieli tytułów, jak również sytuację społeczną (niskie poważanie) wielu szeregowych dziennikarzy, często młodych romantyków, naśladowców Wertera, odrealnionych patriotów, na dodatek niespełnionych artystycznie, pewnie wywaliliby pismaka stosującego tego typu wygodnickie skróty z roboty, a w środowisku dostałby wilczy bilet.
Podobnie w czasach dzisiejszego kina, krytycy filmowi, przynajmniej ci uczciwi, chodzą do niego jednocześnie z zawodowego obowiązku i dla przyjemności, a nie korzystają z internetowych streszczeń. Chociaż i tutaj mogą zdarzyć się przekłamania wynikające bardziej z niesprawności w metodzie i braku wiedzy technicznej u ludzi z humanistycznym wykształceniem oraz specyficznie przez nich rozumianego artyzmu seansów kinowych. W przypadku kinowych nowości szanse na takie zdarzenie są nikłe ze względu na różnice w repertuarach, ale dla uwypuklenia problemu spróbujmy wyobrazić sobie pewną sytuację.
Otóż film zaplanowany na wielki ekran, z mnóstwem efektów specjalnych i sfilmowany cyfrowymi kamerami np. ARRI o rozdzielczości 6k, a nawet 8k, zostaje wyświetlony w niewielkim kinie studyjnym z marnej jakości dźwiękiem obsługującym zaledwie Dolby Digital – a nie wielokanałowego Atmosa – i skromnym ekranem. W Krakowie, gdzie mieszkam, jest jeszcze kilka takich kin. A taki krytyk świadomie wybiera seans w takim właśnie miejscu zamiast postąpić zgodnie z intencją reżysera oraz operatora i przywlec swój dziennikarski tyłek do sieciowego kina.
No ale to przecież jaskinia rozpusty dla mas o zapachu popcornu i nachosów, czyli np. Cinema City w Bonarce czy IMAX w Plazie, chociaż tylko tam można doświadczyć pełni zaplanowanych przez filmowców bodźców zmysłowych. Oczywiście w tej sytuacji rzeczony recenzent zobaczy znacznie mniej, niż mógłby. Zachowa jednak swoją niewzruszoną wizję artystycznego pokazu kinowego doświadczanego w niewielkim, śmierdzącym grzybem ze starej kamienicy, studyjnym kinie – nawet gdy będzie się ono szczyciło nowymi fotelami, perełkowym ekranem i zakazem jedzenia jak kiedyś krakowski ARS.
Czy więc to, czego nie zobaczył, wpłynęłoby na jego emocjonalny odbiór ocenianego filmu, nawet mimo szmirowatego scenariusza, i być może dodałoby chociaż jedną dodatkową gwiazdkę do oceny produkcji? Ważne pytanie i jeszcze ważniejsza odpowiedź, zwłaszcza dla krytyka chcącego zachować minimum obiektywizmu.
Sytuację idealnej komplementarności między wystawienniczym i percepcyjnym celem dzieła (teatr, kino) a jego metodyczną oceną (obecny na widowni recenzent) zmieniło pojawienie się telewizji. W pewnym, bardzo daleko analogicznym sensie kina studyjne weszły do naszych domów, jeśliby odnieść sytuację z dzisiaj, kiedy istnieją multipleksy, do lat 50. i 60., kiedy istniały wyłącznie mniejsze kina o innej filozofii działania i domowe, zaciszne salony z telewizorami. W okresie popularności telewizorów kineskopowych, gdy recenzenci zaczęli brać na warsztat nie tylko pełnometrażowe filmy, ale i programy telewizyjne, seriale, kabarety i nową formę teatru, wyświetlaną na żywo bądź w retransmisjach, konieczność bywania w kinie, żeby napisać recenzję, powoli przestawała być obowiązkiem i powinnością, no chyba że mowa o premierach. Oczywiście musiało upłynąć jeszcze wiele lat, zanim nastąpiły w praktyce zmiany, o których piszę, lecz kineskopowa telewizja je rozpoczęła, przynajmniej teoretycznie. Jeśli chodzi o teatr i sytuację, gdy recenzent siedzi na widowni, to jest ona modelowa, ponieważ zachodzi idealna zgodność między warunkami, jakie musi spełniać recenzent (bytność na przedstawieniu) i natywnym celem ocenianego dzieła (teatr ma być oglądany na żywo – po to powstał). Inaczej mówiąc, recenzent doświadczał zmysłowo podczas przedstawienia maksimum wrażeń, jakie mógł przyswoić w ramach konkretnego rodzaju sztuki.
Nie było żadnego kanału pośredniczącego, a więc tym samym skrzywiającego odbiór. Jedyną barierą między nim a efektem działania twórców były biologiczne zmysły i wyuczona uprzednio siatka pojęciowa umysłu. No, ale tego nigdy nie przeskoczymy.
Telewizor postawił krytykom pierwszą barierę. Od czasu, gdy ludzie zaczęli patrzeć w lampy analogowych kineskopów, zmniejszyły się również ich wymagania, a przecież przeliczana na piksele ilość danych możliwych do zarejestrowania na celuloidowej taśmie się zasadniczo nie zmieniła. To zresztą ciekawe zjawisko socjologiczne i epistemologiczne, jak łatwo telewizja ze swoją raczkującą jakością wyświetlanego obrazu zastąpiła wrażenia bycia na widowni, a później obecności w kinie. Te zmiany niewątpliwie dotknęły także świat recenzji. Tak przynajmniej mogło się wydawać, że to nagłe zejście jakościowe w odbiorze filmów, wręcz zrównanie go do czarno-białego, a później kolorowego, kwadratowego pudełka, gdzie w porównaniu z kinem „nic nie widać”, doprowadzi do zmniejszenia wymagań i starań samych reżyserów.
Fakt, niektórzy zaczęli kręcić filmy specjalnie dla telewizji, co widać po tych produkcjach na pierwszy rzut oka. Na szczęście jednak format panoramiczny i wysokojakościowy przetrwał, aż do nadejścia wybawienia w postaci cyfrowego obrazu i płaskich ekranów o proporcjach 16:9. Bo umówmy się, jaki wybór mieliśmy, gdy panowały kineskopowce?
Niewielki. W naszej polskiej rzeczywistości sukcesem było posiadać jakikolwiek telewizor, najczęściej czarno-biały. Nasz sztandarowy telewizor Wisła z połowy lat 50. wyświetlał 250 linii i miał jeden kanał. W latach 70. sytuacja lekko drgnęła, ale kolorowe odbiorniki wciąż były synonimem luksusu – telewizor był towarem reglamentowanym, dostępnym na talony. Dopiero pod koniec lat 80. do polskich rodzin na stałe dotarła kolorowa telewizja. Przy tym przez cały ten okres użytkownicy mieli dostęp do kilku modeli na naszym rodzimym rynku – Neptun, Rubin – względnie w Pewexie mogli nabyć za dolary jakiś astronomicznie drogi zagraniczny model, np.
Otake o przekątnej 21 cali. Wyboru wielkości również nie było, zarówno u nas, jak i na Zachodzie. Telewizor 30-calowy uznawano za naprawdę wielki. Wynikało to z technologicznych ograniczeń w produkcji lamp kineskopowych (m.in. ich ciężar). Rozpiętość jakościowa pomiędzy modelami także nie była kolosalna. Oczywiście można było dostrzec różnice jakościowe, gdy porównywało się modele oddalone od siebie o ponad 10 lat na naszym rodzimym rynku i stawiało je naprzeciwko kineskopom robionym w technologii Trinitron opatentowanej pod koniec lat 60. przez firmę Sony.
Krótko mówiąc, przeciętny użytkownik nie miał świadomości tego szaleńczego wyścigu po coraz wyższą rozdzielczość obrazu, bo jej organoleptycznie nie widział, ewentualnie mógł zwrócić uwagę na stopień ostrości obrazu, reprodukcję koloru i częstotliwość odświeżania. Po prostu teoretycznie nie wiedział, co to jest gęstość pikseli i jak się ją mierzy. Krytycy filmowi również. Trudno dzisiaj uwierzyć, że można było skakać pod sufit i chwalić się, gdy w salonie stał model 25-calowy z telegazetą. I co najważniejsze, telewizja analogowa radykalnie zaniżyła jakość seansu w stosunku do ilości danych zapisanych na taśmie filmowej i tym samym możliwych do wyświetlenia.
Stała się wąskim gardłem zarówno dla widza, jak i twórców. Stąd nawet ukuło się przekonanie, że film telewizyjny z natury jest gorszy – przede wszystkim tańszy, sfilmowany w innych proporcjach dostosowanych do formatu 4:3, gorzej udźwiękowiony, w obsadzie bez pierwszoligowych aktorów itp.
Ratunek przeszedł dwutorowo. Z jednej strony pojawiły się płaskie ekrany, a z drugiej komplementarny wobec nich cyfrowy sygnał i metoda rejestracji obrazu. Nareszcie wraz z rosnącą jakością wyświetlaczy widz mógł dostrzec coraz więcej szczegółów, przejść tonalnych, celowych zabiegów twórczych, stosowanych np. za pomocą zmiany płaszczyzny ostrości kamery i ogólnie danych w obrazie. Wszystko po to, żeby filmowcy mogli zrealizować lepiej swój cel – wciągnąć odbiorcę do ich świata udającego realność znacznie lepiej niż kineskopy i zarazem konkurować coraz bardziej z wielkoformatowym kinem typu multipleks.
Co do wyboru, który obecnie mamy na rynku telewizorów LCD, nawet jeśli chodzi o przekątne ekranu, jest on kolosalny. Zaczyna się od kilkunastu cali, a kończy na ponad 250. Dodatkowo funkcje smart i DLNA oraz dźwięk czy też możliwości sterowania odbiornikiem poprzez HDMI czy wejście optyczne, jeśli chcemy czegoś więcej niż wbudowane głośniki. W chwili, gdy piszę ten tekst, na rynku jest już telewizor 8K. Netflix oferuje jakość 4K, a współczesne filmy kręci się w minimum 6K. O czymś to świadczy. Np. o coraz lepszym odzwierciedlaniu w urządzeniach do obrazowania jakości naszego osobniczego widzenia, co ponownie zbliża nas do naszego modelu idealnego (recenzent teatralny i jego konieczna obecność na przedstawieniu).
Telewizor przestaje więc funkcjonować jako bariera między widzem a dziełem. Twórcy celowo kręcą swoje filmy tak, by wyglądały najlepiej na określonych typach nośników, bynajmniej nie mam tu na myśli wyłącznie kina, w tym tego Imaxowego w 3D. Chyba nie po to to robią, żeby później recenzenci oglądali ich artystyczne krotochwile na 13-calowych laptopach albo na film kręcony kamerami Imaxowymi szli do zwykłego kina 3D, gdzie dostrzegą zaledwie namiastkę zaprojektowanych przez specjalistów od trójwymiaru efektów.
Ciągle myślę o tym poście z Facebooka, bo moim zdaniem to wąskie gardło znów zaczyna działać, zwłaszcza w świecie recenzentów. A przecież nie na darmo po okresie analogowo-telewizyjnego regresu teraz nareszcie możemy, co ważne, nie tylko w kinie, zobaczyć w swoich domach taką jakość, jakiej oczekują twórcy. Mało tego – nie musimy już za to płacić kilku miesięcznych pensji jak nasi rodzice i dziadkowie za stare telewizory, na których odbierali po dwa, trzy kanały. Dlatego myślę sobie, że oglądanie tego nieszczęsnego Mandalorianina na 13-calowym laptopie jest cofnięciem się do czasów, kiedy na drodze recenzenta, który musiał chodzić do teatru czy do kina, żeby napisać tekst, stanęła jeszcze technologicznie koślawa telewizja. Całkowicie rozumiem sytuację, że ktoś może nie mieć innego wyjścia, ale też nie jestem naiwny. Skoro dysponuje sprzętem typu MacBook Air, to nie uwierzę, że nie stać go na telewizor 4K. No wiem, wiem. Zawsze mógł pożyczyć laptopa z jabłuszkiem w logotypie, bo w swoim domu kontestuje obecność telewizora, a niekiedy w ogóle styczność z telewizją. To w takim razie jakim cudem zajmuje się pisaniem o mediach? Przypominam, że telewizja jest jednym z nich.
Bądźmy jednak poważni. Skoro zajmuje się pisaniem recenzji i raczej nie pożyczył tego Maca, tylko go na niego stać, powinien zorganizować sobie odpowiedni kanał odbioru tego typu produkcji, nie bez powodów w dzisiejszych czasach kręconych w takiej, a nie innej jakości. Bo inaczej ta sytuacja przypomina mi tego nieszczęsnego recenzenta, którego wspomniałem na początku tekstu. Może i miał szczere chęci. Wybrał się na to przedstawienie do teatru. Jeśli akurat padał deszcz, wykonał dodatkowy wysiłek, bo mógł siedzieć w domu i nie zmoknąć po drodze. Zaryzykował morderczy dla humanistycznej duszy katar.
Tylko wszystko to po nic, bo miejsca na widowni dla niego zabrakło, więc przez całą sztukę stał gdzieś z tyłu, słysząc z oddali aktorów, a niekiedy z trudem domyślając się, co tam na tej scenie się wyprawia. Pisząc tekst, luki uzupełnił oczywiście swoją wyobraźnią. Dlaczego tak zrobił? Przypadkiem czy z premedytacją? Chciał za wszelką cenę zarobić czy aż tak wierzył w swoje umiejętności? Pomyłkę w metodzie można wybaczyć, ale celowe działanie, bo np. nie chce mieć telewizora, to już zupełnie inna para kaloszy, bo recenzowanie to pewnego rodzaju zawodowe zobowiązanie. Odpowiednie narzędzia trzeba po prostu mieć. Trzeba również być świadomym całego procesu, jaki zachodził i zachodzi w mediach, i ich ewoluującej percepcji u widza w kontekście czasu. Nie zapominajmy, że recenzent jest równocześnie widzem.
Każda praca twórcza powinna odbywać się w określonych warunkach i według stałych zasad, również wtedy, gdy ma być specjalistyczną działalnością dziennikarską – a pisanie o filmie i mediach takie jest. Ale o metodach i warunkach, jakie powinien stosować recenzent, oraz o tym, czy się on różni od krytyka filmowego, już w drugiej części.
Co ma więc telewizor wspólnego z recenzentem? Bardzo wiele, gdyż jest jednym z narzędzi potrzebnych mu do pisania, funkcjonującym w hierarchii ważności obecnie już na równi z kinem i Internetem.
