Seriale TV

THE MANDALORIAN. To są droidy, których szukacie (RECENZJA PIERWSZEGO ODCINKA)

Fani westernu, łowców nagród i przemytników będą zachwyceni - "Gwiezdne wojny" wreszcie należycie eksplorują liźnięte już w "Nowej nadziei" wątki przestępczego półświatka.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

He's no good to me dead.

Gwiezdne wojny mają już ponad 42 lata. W tym czasie dostaliśmy 10 filmów kinowych (11, jeśli liczymy pilot Wojen klonów, 12 z nadchodzącym Skywalker. Odrodzenie), kilka animowanych seriali telewizyjnych, masę książek, gier i komiksów. Od lat mówiło się o powstaniu serialu aktorskiego – planowana w zeszłej dekadzie produkcja miała nosić tytuł Star Wars: Underworld i rozgrywać się głównie na planecie Coruscant – ale to właśnie teraz, razem ze startem platformy streamingowej Disneya i na miesiąc przed premierą dziewiątego epizodu, świat otrzymał pierwszy odcinek telewizyjnych Gwiezdnych wojen. Po jego obejrzeniu mogę natomiast z radością zameldować, że warto było czekać.


Wieloletnią cierpliwość wynagradza przede wszystkim doskonała warstwa techniczna produkcji. 10 lat temu moglibyśmy obejrzeć świetnie napisany serial, ale z pewnością trudno byłoby go pomylić z dziełem kinowym. The Mandalorian wygląda i brzmi doskonale, a połączenie świetnej scenografii, nawiązujących do oryginalnej trylogii praktycznych efektów specjalnych i bardzo dobrego CGI owocuje rezultatem, który zawstydza prequele. I choć nie brakuje tu wybuchowych sekwencji akcji ani panoram budujących poczucie skali przedstawionego świata, to przez większość czasu kamera trzyma się blisko bohaterów i z namaszczeniem zatrzymuje się na rozmaitych detalach otoczenia. Jej rola jest podwójnie istotna, ponieważ opowiadanie obrazem i lakoniczne dialogi zastępują tu suchą ekspozycję, zmuszając widza do łączenia kropek i snucia własnych domysłów na temat obecnej sytuacji w galaktyce i wydarzeń poprzedzających właściwą akcję. Styl narracji The Mandalorian bezbłędnie skrojono zarówno pod miłośników starych części (a także prequeli), jak i niewtajemniczonych widzów. Pierwsi z rozkoszą będą wyłapywać różne smaczki i kreatywnie wykorzystane elementy świata znane z poprzednich filmów, książek i seriali, podczas gdy ci drudzy dostaną okazję do odkrywania fascynującego uniwersum bez konieczności nadrabiania zaległości. Wszyscy zostają bowiem wrzuceni w sam środek akcji i wir wydarzeń, w którym każda odpowiedź prowokuje trzy kolejne pytania. Weterani serii mogą mieć więcej podejrzeń na temat tego, co pojawi się w kolejnych odcinkach, ale jestem przekonany, że nieuniknione zwroty akcji i objawienia będą dla nich jednakowo (jeśli nie bardziej) zaskakujące.

Przewrotnych i nieprzewidywalnych momentów nie brakowało już w pilocie, który pomimo krótkiego czasu trwania (38 minut w dzisiejszej dobie godzinnych odcinków to prawie jak sitcom) bardzo sprawnie wprowadza nas w intrygę, pozwala poznać kilku bohaterów i odczuć atmosferę, w jakiej utrzymana jest ta produkcja. Otwierająca całość sekwencja bójki w barze nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, co do gatunkowych naleciałości – to brudny western w realiach Gwiezdnych wojen. Małomówny i zamaskowany łowca nagród, tytułowy Mandalorianin, jawi się niczym kosmiczna inkarnacja antybohaterów Clinta Eastwooda i postać, której czyny mówią znacznie więcej niż słowa. Wcielający się w tę rolę Pedro Pascal staje przed niemałym wyzwaniem, jakim jest tchnięcie życia w postać, która (prawie?) nigdy nie zdejmuje hełmu na ekranie. Jego występ opiera się na grze ciałem i głosem, co wychodzi znakomicie, skutecznie budując aurę tajemnicy wokół bezimiennego (jak na razie) wojownika.

Otwierająca całość sekwencja bójki w barze nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, co do gatunkowych naleciałości – to brudny western w realiach Gwiezdnych wojen.

Nie mniej ciekawy okazuje się drugi plan, gdzie niezaprzeczalnie króluje tradycyjnie niepokojący i złowieszczy Werner Herzog. Wciela się on w Klienta – powiązanego z upadłym Imperium mężczyznę, który zatrudnia protagonistę do wykonania szemranego i wysokopłatnego zadania. Niemiecki reżyser ewidentnie fantastycznie się bawi, nadając życie swojej postaci i wprowadzając mroczną aurę tajemnicy do serialu. W epizodzie głównej sagi byłby on nie na miejscu; w The Mandalorian idealnie zaś wpisuje się w atmosferę tego dzieła zarazem ją współtworzy. W tych Gwiezdnych wojnach nie uświadczycie bowiem wielkich idei, wybrańców, epickich batalii dobra ze złem ani kolorowego przepychu. Zamiast tego obserwujemy świat pełen desperacji i niepewności, świat nędzy i wynikającej z niej przemocy. Każde społeczeństwo ma swój margines, a w okresie chaotycznych zmian, będących następstwem upadku Imperium, sprawy wielu istot, społeczności, a nawet całych układów planetarnych komplikują się jeszcze bardziej. W takich realiach idealistyczna sprawiedliwość nie ma racji bytu, a za podstawowy środek przekazu służą przemoc i pieniądz. Ambiwalencja moralna i przestępcze wątki pojawiły się już w Nowej nadzieiŁotrze 1 oraz w Hanie Solo i wszystko wskazuje na to, że ich fanów czeka tutaj niemała uczta.

Koniec pierwszego odcinka przychodzi szybciej, niż bym chciał, i zostawia z lekkim poczuciem niedosytu – taka jest jednak rola pilota. Zwarte tempo akcji i brak jakichkolwiek dłużyzn zasługują na pochwałę, choć osobiście wolałbym zatrzymać się w kilku miejscach na nieco dłużej. Podejrzewam, że to przede wszystkim kwestia podejścia Dave’a Filoniego (twórcy między innymi Wojen klonów) do reżyserii – ma on tendencję do narzucania szybkiego tempa rozwoju fabuły. Jedyne zgrzyty tego odcinka mogą wynikać właśnie z konieczności przestawienia się na prowadzenie produkcji aktorskiej przez reżysera doświadczonego w pracy nad rządzącą się innymi prawami animacją. Okazjonalne montażowe niezgrabności pozostają jednak bez większego wpływu na fantastyczny obraz całości pierwszego rozdziału tej historii. Wystawiona ocena jest nieco na wyrost i na tak zwaną zachętę; za półtora miesiąca wrócę do tematu i postaram się rozstrzygnąć, czy pierwsza seria przygód zagadkowego Mandalorianina spełniła swoje obietnice.

Ostatnio dodane