search
REKLAMA
Felietony

7 lat po kontrowersyjnym zakończeniu. Czy JAK POZNAŁEM WASZĄ MATKĘ przetrwało próbę czasu?

Jan Tracz

20 marca 2021

REKLAMA

Rok 2020 zdaje się taką niepotrzebną fotografią z albumu rodzinnego, której nikt nie lubi, ale portretuje ona tak ważne wydarzenie z życia, że nie wypada jej się w ogóle pozbywać. Mnie te dwie dwudziestki kojarzą się z mniej lub bardziej pozytywnymi wydarzeniami, rozpoczynaniem nowych etapów, a przede wszystkim binge-watchingiem (w postaci nadrabiania) serialu, który kompletnie podzielił fanów sitcomów. Jak poznałem waszą matkę siedem lat później jawi się jako nienamolna, bystra i nierzadko ostra rozrywka. Następnie, pod koniec, odczuwamy dysonans i pewien rodzaj nieopisanego smutku, pustki. Dlaczego?

Sztuka (nie)robienia obyczajowego hałasu

Widz lubi, kiedy w filmach, a szczególnie w wieloodcinkowych seriach, konsekwencja goni konsekwencję. Zawsze miałem wrażenie, że napisanie celującej komedii obyczajowej (i to w formie serialu, z zapotrzebowaniem na kolejne sezony i nieoczekiwane zwroty akcji) graniczy z jakimś cudem. Życie z natury jest nudne, przez 90% czasu wykonujemy powtarzalne czynności, paplamy się w schematach, działamy jak maszyny, rzadko kiedy udaje nam się opuszczać te robotyczne ciała i zrobić coś od siebie dla siebie. Dlatego tym bardziej abstrakcyjna wydaje się forma przedstawienia widzowi piątki zwyczajnych bohaterów, którzy z odcinka na odcinek zostają zmuszeni do funkcjonowania w wielkim, a przy tym normalnym jak wszystkie inne mieście. Tak na logikę: kogo, do cholery, będą interesowały takie rzeczy? Ted jest architektem, Marshall przykładowo aspirującym prawnikiem. Zgoda, fajnie, ale co, jeśli mój kumpel także pracuje na sali sądowej? Wystarczy mi rozmowa z nim, po co mam marnować czas na jakieś amerykańskie bzdury, których obejrzenie zajmie mi około… wieczność?

No właśnie, tego typu produkcje (sitcomy) mają w sobie pewien magnes, niewidoczny gołym okiem efekt przyciągający. Może ten prawnik będzie miał ciekawy charakter? Może jego historia skojarzy nam się z czyjąś przeszłością… A może braterska przyjaźń między dwiema postaciami przypomni nam o początkach tej naszej? W każdym razie toniemy w tej historii, zaczyna nas ona podtapiać swoją prostą stylowością. Ekranową grupkę przyjaciół powoli zaczynamy traktować jak naszą własną – po paru sezonach przewidujemy ich zachowania, znamy przeróżne powiedzenia na pamięć, a kiedy umiera ojciec jednego z nich, odczuwamy tę stratę wraz z resztą bohaterów. Do tego pozostaje humor – aby być zabawnym, potrzebujemy wiecznej wprawy, codziennie musimy edukować się na szyderczej płaszczyźnie, by nie powielać tych samych żartów, przenikliwie komentować dziejące się sytuacje, a przy tym nie przekroczyć pułapu niestrawności. Mało kto tak potrafi, a jednak, osobowość takiej jednej osoby scenarzyści dzielą na pięć, a następnie poszczególne kawałeczki wręczają protagonistom serialu. Prawdopodobnie jedna na pięć kwestii okaże się zabawna. I to wystarcza, by utrzymać widza przez około 22 minuty jednego odcinka. A ten, zachęcony, chce się śmiać dalej; odpala następny epizod.

Nowojorski romantyzm XXI wieku 

Amerykańskie sitcomy, w szczególności te bystre i skupiające się na losach „nic nieznaczących obywateli”, umiejętnie wpływają na naszą wrażliwość – efekt utożsamiania się powoduje, że znaczą coś w naszych małych sercach. Historie opowiadane przez twórców są jak najlepsze, sentymentalne powieści z początku XIX wieku. Ta formułka zabrzmi jak ukradziona od Rolanda Barthesa, ale prawda jest taka, że podczas oglądania komedii obyczajowych, nasza świadomość wytwarza jedno dodatkowe ciało. Tym pierwszym, fizycznym czujemy radość obcowania z produktem kultury, z komedią, która pozwala nam zapomnieć o Bożym świecie i choć przez chwilę porechotać, uśmiechnąć się, otrzymać małą dawkę oksytocyny (odczuwamy spokój i zadowolenie, serial jest nam bardzo bliski). Natomiast drugie ciało porusza się pomiędzy głównymi postaciami, jest szóstym ogniwem, jak gdyby uzupełniającym wartościowość tych opowieści. Lily, Ted, Marshall, Robin i Barney potrzebują kogoś, kto ich wysłucha, tej jednej osoby, która przyjmie ich podarek w postaci „jednej z milionów historii”, które codziennie mają miejsce na świecie.

Chodzi o to, że sytuacje, które z ich perspektywy są fantastyczne i niezapomniane, dla kogoś z zewnątrz okażą się tak ważne, jak ostatnia kolacja. Jednak opowiedziane z wirtuozerską dawką kolorytu, sprawiają wrażenie najwspanialszych ze wszystkich. Bohaterowie pragną, by to, co przeżyli, nie zostało zapomniane, by nie przepadło w czeluściach przemijania, czasu i upływu najcenniejszych dni. Należy więc wyobrazić sobie cmentarz z nagrobkami, na których napisane będą imiona poszczególnych bohaterów. Jakie to uczucie, kiedy nikt nie będzie pamiętał ich dziejów, które przecież tak wiele znaczyły w ich małym świecie? My PRZEŻYWAMY wszystko, co dzieje się na ekranie, jakby to były nasze życia. Oni chcą, by to wszystko gdzieś tam przetrwało w świadomości choć jednej osoby.

Kto nie wzrusza się, kiedy zdaje sobie sprawę, że jak już będzie leżał w grobie za około sto lat, to nikt nie będzie pamiętał o uczuciu, które udało mu się przeżyć z drugą połówką? Pierwszy pocałunek, pierwsze wyznanie, pierwsze rocznice, pierwsze wszystko… Opowieść tego serialu jest pewnego rodzaju wyjściem naprzeciw temu, jakże prawdopodobnemu, scenariuszowi. I to jest urocze, ponieważ gdzieś tam w Nowym Jorku żyją prawdziwie kochający się Lily i Marshall. Cynik zapyta, kogo to obchodzi, ale gdy to rzeczywiste uczucie ubierzemy w serialową kanwę, to perspektywa zmienia się o 180 stopni. Nagle czyjaś relacja znaczy dla nas o wiele więcej, pragniemy pielęgnować pamięć o niej, ponieważ wydaje nam się nad wyraz piękna. Wydźwięk temu przemijaniu nadaje fakt, że Jak poznałem waszą matkę lawiruje między chronologią czasową, nie jest jednostajne tak jak Przyjaciele (ich końcówka kończy tylko pewien etap, natomiast otwiera wiele innych drzwiczek, ma zupełnie inną moc).

Od początku, kiedy to serial rozpoczyna się w 2030 roku, zdajemy sobie sprawę, że to wszystko wydarzyło się KIEDYŚ, że nie trwa w tym momencie, że w żadnym wypadku nie zamierza powrócić. Przeszłość opowiadana jest przez Teda w takim błogim, przekoloryzowanym tonie – a to wszystko dlatego, iż sam chciałby wrócić do baru MacLaren’s, do czasu, kiedy w piątkowy wieczór mógł spotkać się z grupką przyjaciół, porozmawiać, wymienić się spostrzeżeniami, przeżyć upojne chwile w rytmie ciepłego, nowojorskiego wieczoru. Kiedy jedyną bolączką był poranny kac, a niedzielny wieczór kojarzył się z popsutym humorem, ponieważ poprzedzał poniedziałkową udrękę. Jest w tym serialu nieustanne ściganie tego, co już dawno za nami; to podróż przez przeszłość i niemoc zrozumienia, że pewną część nas pozostawiliśmy już jakiś czas temu w tyle.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA