Connect with us

Felietony - Cykle

7 lat po kontrowersyjnym zakończeniu. Czy JAK POZNAŁEM WASZĄ MATKĘ przetrwało próbę czasu?

To tekst niczym zapis z pamiętnika, pełen przeróżnych kliszy (bo o finale napisano już chyba wszystko). Mała laurka od (nie)zawiedzionego fana do wszystkich fanów.

Published

on

7 lat po kontrowersyjnym zakończeniu. Czy JAK POZNAŁEM WASZĄ MATKĘ przetrwało próbę czasu?

Rok 2020 zdaje się taką niepotrzebną fotografią z albumu rodzinnego, której nikt nie lubi, ale portretuje ona tak ważne wydarzenie z życia, że nie wypada jej się w ogóle pozbywać. Mnie te dwie dwudziestki kojarzą się z mniej lub bardziej pozytywnymi wydarzeniami, rozpoczynaniem nowych etapów, a przede wszystkim binge-watchingiem (w postaci nadrabiania) serialu, który kompletnie podzielił fanów sitcomów. Jak poznałem waszą matkę siedem lat później jawi się jako nienamolna, bystra i nierzadko ostra rozrywka. Następnie, pod koniec, odczuwamy dysonans i pewien rodzaj nieopisanego smutku, pustki. Dlaczego?

Advertisement

Sztuka (nie)robienia obyczajowego hałasu

Widz lubi, kiedy w filmach, a szczególnie w wieloodcinkowych seriach, konsekwencja goni konsekwencję. Zawsze miałem wrażenie, że napisanie celującej komedii obyczajowej (i to w formie serialu, z zapotrzebowaniem na kolejne sezony i nieoczekiwane zwroty akcji) graniczy z jakimś cudem.

Życie z natury jest nudne, przez 90% czasu wykonujemy powtarzalne czynności, paplamy się w schematach, działamy jak maszyny, rzadko kiedy udaje nam się opuszczać te robotyczne ciała i zrobić coś od siebie dla siebie. Dlatego tym bardziej abstrakcyjna wydaje się forma przedstawienia widzowi piątki zwyczajnych bohaterów, którzy z odcinka na odcinek zostają zmuszeni do funkcjonowania w wielkim, a przy tym normalnym jak wszystkie inne mieście. Tak na logikę: kogo, do cholery, będą interesowały takie rzeczy? Ted jest architektem, Marshall przykładowo aspirującym prawnikiem. Zgoda, fajnie, ale co, jeśli mój kumpel także pracuje na sali sądowej? Wystarczy mi rozmowa z nim, po co mam marnować czas na jakieś amerykańskie bzdury, których obejrzenie zajmie mi około. .. wieczność?

Advertisement

No właśnie, tego typu produkcje (sitcomy) mają w sobie pewien magnes, niewidoczny gołym okiem efekt przyciągający. Może ten prawnik będzie miał ciekawy charakter? Może jego historia skojarzy nam się z czyjąś przeszłością… A może braterska przyjaźń między dwiema postaciami przypomni nam o początkach tej naszej? W każdym razie toniemy w tej historii, zaczyna nas ona podtapiać swoją prostą stylowością. Ekranową grupkę przyjaciół powoli zaczynamy traktować jak naszą własną – po paru sezonach przewidujemy ich zachowania, znamy przeróżne powiedzenia na pamięć, a kiedy umiera ojciec jednego z nich, odczuwamy tę stratę wraz z resztą bohaterów.

Do tego pozostaje humor – aby być zabawnym, potrzebujemy wiecznej wprawy, codziennie musimy edukować się na szyderczej płaszczyźnie, by nie powielać tych samych żartów, przenikliwie komentować dziejące się sytuacje, a przy tym nie przekroczyć pułapu niestrawności. Mało kto tak potrafi, a jednak, osobowość takiej jednej osoby scenarzyści dzielą na pięć, a następnie poszczególne kawałeczki wręczają protagonistom serialu. Prawdopodobnie jedna na pięć kwestii okaże się zabawna. I to wystarcza, by utrzymać widza przez około 22 minuty jednego odcinka. A ten, zachęcony, chce się śmiać dalej; odpala następny epizod.

Advertisement

Nowojorski romantyzm XXI wieku 

Amerykańskie sitcomy, w szczególności te bystre i skupiające się na losach „nic nieznaczących obywateli”, umiejętnie wpływają na naszą wrażliwość – efekt utożsamiania się powoduje, że znaczą coś w naszych małych sercach. Historie opowiadane przez twórców są jak najlepsze, sentymentalne powieści z początku XIX wieku. Ta formułka zabrzmi jak ukradziona od Rolanda Barthesa, ale prawda jest taka, że podczas oglądania komedii obyczajowych, nasza świadomość wytwarza jedno dodatkowe ciało. Tym pierwszym, fizycznym czujemy radość obcowania z produktem kultury, z komedią, która pozwala nam zapomnieć o Bożym świecie i choć przez chwilę porechotać, uśmiechnąć się, otrzymać małą dawkę oksytocyny (odczuwamy spokój i zadowolenie, serial jest nam bardzo bliski).

Advertisement

Natomiast drugie ciało porusza się pomiędzy głównymi postaciami, jest szóstym ogniwem, jak gdyby uzupełniającym wartościowość tych opowieści. Lily, Ted, Marshall, Robin i Barney potrzebują kogoś, kto ich wysłucha, tej jednej osoby, która przyjmie ich podarek w postaci „jednej z milionów historii”, które codziennie mają miejsce na świecie.

Chodzi o to, że sytuacje, które z ich perspektywy są fantastyczne i niezapomniane, dla kogoś z zewnątrz okażą się tak ważne, jak ostatnia kolacja. Jednak opowiedziane z wirtuozerską dawką kolorytu, sprawiają wrażenie najwspanialszych ze wszystkich. Bohaterowie pragną, by to, co przeżyli, nie zostało zapomniane, by nie przepadło w czeluściach przemijania, czasu i upływu najcenniejszych dni. Należy więc wyobrazić sobie cmentarz z nagrobkami, na których napisane będą imiona poszczególnych bohaterów. Jakie to uczucie, kiedy nikt nie będzie pamiętał ich dziejów, które przecież tak wiele znaczyły w ich małym świecie? My PRZEŻYWAMY wszystko, co dzieje się na ekranie, jakby to były nasze życia. Oni chcą, by to wszystko gdzieś tam przetrwało w świadomości choć jednej osoby.

Advertisement

Kto nie wzrusza się, kiedy zdaje sobie sprawę, że jak już będzie leżał w grobie za około sto lat, to nikt nie będzie pamiętał o uczuciu, które udało mu się przeżyć z drugą połówką? Pierwszy pocałunek, pierwsze wyznanie, pierwsze rocznice, pierwsze wszystko… Opowieść tego serialu jest pewnego rodzaju wyjściem naprzeciw temu, jakże prawdopodobnemu, scenariuszowi.

I to jest urocze, ponieważ gdzieś tam w Nowym Jorku żyją prawdziwie kochający się Lily i Marshall. Cynik zapyta, kogo to obchodzi, ale gdy to rzeczywiste uczucie ubierzemy w serialową kanwę, to perspektywa zmienia się o 180 stopni. Nagle czyjaś relacja znaczy dla nas o wiele więcej, pragniemy pielęgnować pamięć o niej, ponieważ wydaje nam się nad wyraz piękna. Wydźwięk temu przemijaniu nadaje fakt, że Jak poznałem waszą matkę lawiruje między chronologią czasową, nie jest jednostajne tak jak Przyjaciele (ich końcówka kończy tylko pewien etap, natomiast otwiera wiele innych drzwiczek, ma zupełnie inną moc).

Advertisement

Od początku, kiedy to serial rozpoczyna się w 2030 roku, zdajemy sobie sprawę, że to wszystko wydarzyło się KIEDYŚ, że nie trwa w tym momencie, że w żadnym wypadku nie zamierza powrócić. Przeszłość opowiadana jest przez Teda w takim błogim, przekoloryzowanym tonie – a to wszystko dlatego, iż sam chciałby wrócić do baru MacLaren’s, do czasu, kiedy w piątkowy wieczór mógł spotkać się z grupką przyjaciół, porozmawiać, wymienić się spostrzeżeniami, przeżyć upojne chwile w rytmie ciepłego, nowojorskiego wieczoru. Kiedy jedyną bolączką był poranny kac, a niedzielny wieczór kojarzył się z popsutym humorem, ponieważ poprzedzał poniedziałkową udrękę. Jest w tym serialu nieustanne ściganie tego, co już dawno za nami; to podróż przez przeszłość i niemoc zrozumienia, że pewną część nas pozostawiliśmy już jakiś czas temu w tyle.

Zasada dwóch, czyli krótki przedsmak endingu

Personalnie uważam, że w jakimkolwiek rodzaju kina sprawdza się zasada dwóch, którą niegdyś wymyśliliśmy wraz z przyjacielem do innych aspektów naszego żywota. Mianowicie istnieją wyłącznie dwa rodzaje filmów (czy seriali), które W PEŁNI, w 100% są w stanie zainteresować widza od początku do samego końca. Pierwszy to taki, który poprzez ucisk, tarmoszenie i znęcanie się nad oglądającym zmusza go do całkowitej, (bez)bolesnej koncentracji podczas seansu. Pierwszy przykład z brzegu to np. Funny Games Michaela Haneke z 1997 roku.

Advertisement

Ściska za gardło, poddusza, NAKAZUJE oglądać do końcowych napisów. Nie zawsze lubimy się z takimi filmami, ale przynajmniej powodują, że nie zerkamy na ekran telefonu co dwie minuty. Drugi, choć łagodniejszy, jest tak samo sprytny. Mianowicie wytworzoną (przez scenariusz i aktorów) uczuciowość… przekłada na tę widza. Uczucia postaci stają się naszymi, utożsamiamy się z wyborami w krańcowych momentach, następnie dywagujemy nad ich konsekwencjami, zastanawiamy się, co MY zrobilibyśmy w ich skórze. I denerwujemy się, jeśli pewne aspekty w ogóle nie są po naszej myśli. W tym przypadku tak właśnie jest z zakończeniem Jak poznałem waszą matkę; tym sposobem nasz serial możemy z łatwością wpisać do drugiej części całej zasady dwóch.

Konfrontacja z zakończeniem – uwaga, spoilery!

Zakończenie z biegiem czasu wydaje się zaprzeczeniem wartości tak długo budowanych przez serial. Jest jak luka w pamięci, której nie możemy wypełnić, a jeśli już próbujemy coś z nią zrobić, wsadzamy do naszej głowy niepotrzebny ersatz, chwile, które zdają się fałszywe, zupełnie niepasujące do naszego pełnego obrazu, jaki próbujemy wytworzyć w pamięci. Długo szukałem porównania, którego mógłbym użyć dla tego zakończenia. Ale niech mnie szlag trafi, pomyślałem, muszę coś wymyślić. I w końcu trafił, bo jest ono nad wyraz drastyczne i niesmaczne.

Advertisement

Przez wszystkie sezony Ted Mosby poszukuje miłości swojego życia. Koncepcja serialu bazuje na przekonaniu, jak ważne jest przeznaczenie i droga, którą otrzymujemy od losu. Podążamy tą, zazwyczaj nierówną i obłoconą ścieżką, by dojść do celu, by otrzymać bezgraniczne szczęście. Główny bohater wdaje się w różne romanse, wszystkie są nieudane, jeden jest nawet z jego przyjaciółką, Robin, który także kończy się fiaskiem. Barney, dzięki Tedowi, oświadcza się Robin, Ted myśli, że pozostanie sam, że nie ma dla niego ratunku w tej walce z samotnością… Ale czy na pewno? Ostatnie dwa sezony z założenia kończą wątki i dotychczas prowadzony character development.

Ted już za chwilę pozna wybrankę swojego serca na weselu swojego przyjaciela. Czujemy zbudowany od dawna suspens, wyczekujemy tego momentu, pragniemy, by serial zakończył się w jakiś sentymentalny sposób. Bohater poznaje ją na peronie, w niezwykle romantycznej scenie, jednak sama fabuła trwa nadal. I nagle zaczynają dziać się cuda. Spróbujmy je razem rozgryźć.

Advertisement

Przez pierwsze osiem sezonów Ted Mosby robi wszystko, by znaleźć wybrankę swojego serca, a także odkochać się w Robin, której już w pierwszym odcinku pierwszego sezonu mówi swoje pamiętne „kocham cię”. Słowa te okazują się profetyczne, bo finał kończy się zejściem się Robin i Teda. Tytułowa matka okazuje się kimś w rodzaju „podświadomego mirażu”, który, chociaż wprawiał bohatera w miłosne błogostany, pełnił jedynie funkcję przedostatniego schodka w dochodzeniu na sam szczyt. A wesele Barneya i Robin, któremu twórcy poświęcili dosłownie cały ostatni sezon (!), nie wychodzi, rozpada się w przedostatnim odcinku.

Co więcej, matka umiera na śmiertelną chorobę (!!). Ted kończy opowieść dzieciakom. A te, bez większego zastanowienia, oznajmiają mu, że to Robin jest kobietą, którą zawsze kochał, do której miał najwięcej uczuć. Czy to teoria, w którą możemy uwierzyć?

Advertisement

I tak, i nie. To prawda, Ted miał do niej słabość, jednak wiele wydarzeń pokazało, że to uczucie jest dawno za nim. Trzy sezony poświęcono również na to, by Barney w końcu dorósł i spełniał oczekiwania Robin poszukującej „dobrego partnera” (przypomina to nieco wątek Rachel i Rossa). Emocje Teda mogły zostać gdzieś głęboko schowane, a następnie odkryte wiele lat później, kiedy zrozumiał, że nic nie stoi na przeszkodzie, by móc choć spróbować i wyznać, co naprawdę kiedyś czuł.

Przy takim założeniu historia ta nabiera nieco nadmiernego, choć możliwie życiowego patosu, zapewne jednak nikogo nie pokusi, by opowiedzieć ją nad grobami bohaterów. Ten scenariusz miałby zasadniczy sens, gdyby nie sposób potraktowania relacji Barneya i Robin. Cały ostatni sezon wprawia nas w osłupienie, nie bardzo bowiem rozumiemy, dokąd to wszystko prowadzi. Z jednej strony twórcy nagle implikują, że może Barney i Robin do siebie nie pasują (mimo że jeszcze sezon wcześniej doszli do tego peaku, do momentu, w którym mówią sobie tak). Raz jeszcze wprowadzają do uczuciowego życia Robin samego Teda, a całemu związkowi podkładają przysłowiowe kłody w postaci Barneyowskich wynaturzeń – wracają te cechy, których przez ostatnie sezony tak bardzo się pozbywał.

Advertisement

Może i ma sens przy koncepcji zakładającej, że ludzie nigdy się nie zmieniają, ale tutaj wypada to nad wyraz sztucznie i nierealnie, tak jakby Barneya opętywała druga osobowość. Co więcej, kontrastem do tego są momenty, w których Robin i Barney stawiają czoła wszelkim przeciwieństwom, jakie dopadają ich podczas weselnych przygotowań. Ich związek pogłębia się przy tym coraz bardziej, widz, niczym małe dziecko, po prostu wierzy, że wszystko zakończy się dobrze. W końcu musi, skoro idzie to w tak pięknym kierunku… Po paru latach związku Barney i Robin rozwodzą się, tak jakby nie wyciągnęli żadnych wniosków z tych trzech sezonów walki o siebie samych.

Cała ta scena wypada nad wyraz blado. Jest prędka, skondensowana, zbudowana jako zapychacz, aby pokazać widzowi, że wydarzyło się coś, co pozwoli być Tedowi wraz z Robin. Kompletnie nie wierzę w takie życie. Nie wierzę w życie, które i tak okazuje się pełne nieoczywistości, choć każdego dnia próbowaliśmy poruszyć niebo i ziemię. Robin z Barneyem walczyli do samego końca, zasługiwali na ich własny Eden. Każdy z nas zasługuje, jeśli włożymy w to naprawdę wiele wysiłku. Na tym przecież polegają relacje międzyludzkie. To była historia, którą każdy chciałby opowiedzieć nad grobem. Pozostał nam miszmasz, a ten wspominany z niesmakiem.

Advertisement

Kiedy ktoś umiera, do końca życia pozostaje nam głównie obraz tej osoby z jego ostatnich momentów. Najczęściej pamiętamy bliskiego przykutego do szpitalnego łóżka, niekontaktującego, oczekującego swojego ostatniego oddechu. Przez następne kilkanaście lat te szare i przytłaczające klatki z życia zaburzają nam wydźwięk poprzednich wspomnień.

Bo te, choć poruszające i nadzwyczajne, mają się nijak do szorstkiego uczucia w ustach. Nie potrafimy uciec od wydźwięku ostatnich dni, zamgliły nam nasz krystalicznie czysty subiektywizm przeszłości. Musimy z tym żyć, a na ile potrafimy, w wolnej chwili rozjaśniamy zaciemniony niegdyś ekran. Takie jest właśnie to zakończenie, niepokojąco zaburzające wszystkie uczucia, które wywoływał nas w serial. Nie potrafimy dłużej patrzeć na niego w tym samym świetle, zawsze mamy wrażenie, że te dziewięć sezonów dążyło do jakiegoś oszukańczego rozwiązania. A to przesłoniło nam perspektywę. Analogicznie: kiedy pierwsze siedem sezonów oceniamy na 10/10, a ostatnie nieco niżej, to przecież końcowa ocena nie będzie już tak wysoka. Wymowa zakończeń jest zazwyczaj potężna, ale koniec końców istnieją elementy, które powodowały, że tak bardzo podobały nam się pierwsze sezony, nieprawdaż?

Advertisement

Bo za tym dziwacznym finałem kryje się historia, która jak żadna inna wyjątkowo opowiada o wartości przyjaźni, empatii i wspierania siebie nawzajem. To serial przedstawiający życie, które sami chcielibyśmy przeżyć. Albo inaczej: uzmysławia nam, że przecież właśnie jedno PRZEŻYWAMY. W tej chwili! Że każdy z nas ma własny MacLaren’s, który odwiedza, kiedy tylko ma wolne, a historie, jakie się tam wydarzyły, mógłby spisać w jakimś kolorowym pamiętniku. Że w prawdziwym życiu istnieją odpowiedniki serialowych przyjaciół. I mają się dobrze. Kochają nas, a my kochamy ich.

Ja mam taki bar. Nazywa się The Local. Odwiedzę go tak szybko, jak tylko będę mógł. Bo mogę, bo chcę, bo pragnę pisać swoją historię, która, miejmy nadzieję, zostanie kiedyś opowiedziana nad moim nagrobkiem. A ty, czytelniku, znalazłeś już swój własny MacLaren’s?

Advertisement

Doktorant ( Film Studies ) na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla portalu Collider, The Upcoming, Talking Shorts, Interii Film, Przeglądu, MINT Magazine, Film.org.pl i GRY-OnLine. Publikował na łamach FIPRESCI, Eye For Film, WhyNow, British Thoughts Magazine, AYO News, Miesięcznika KINO, Magazynu PANI, WP Film, NOIZZ, Papaya Rocks, Tygodnika Solidarność oraz Filmawki, a także współpracował z Rock Radiem i Movies Roomem. Przeprowadził wywiady m.in. z Adamem Sandlerem, Alejandro Gonzálezem Iñárritu, Paulem Dano, Johanem Renckiem, Lasse Hallströmem, Michelem Franco, Matthew Lewisem i Irène Jacob. Publikacje książkowe: esej w antologii "Nikt Nikomu Nie Tłumaczy: Świat według Kiepskich w kulturze" (Wydawnictwo Brak Przypisu, 2023). Laureat Stypendium im. Leopolda Ungera w 2023 roku. Członek Young FIPRESCI Jury podczas WFF 2023.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *