Publicystyka filmowa
ZAPOMNIANE filmy fantasy z lat 90.
Fantasy to nie tylko magia i miecz.
Tekst pierwotnie opublikowany 5.04.2023
Zapomniane właśnie w takich zestawieniach na innych portalach niż film.org.pl. Rzadko puszczane w telewizji, nawet jeśli jest ku temu wyjątkowa, świąteczna okazja jak Boże Narodzenie i jakże pasujący do niego Cud na 34. ulicy. Zapomniane więc równocześnie przez widzów, bo właściwie nieobecne na współczesnych serwisach streamingowych (prócz wspomnianego Cudu na 34. ulicy). Możliwości wypożyczenia np. w Apple TV+ nie biorę pod uwagę. Ich mała popularność jest niezrozumiała, bo kilka poniższych tytułów to już klasyka kina, więc powinno się ją promować jako przykład wartościowych artystycznie dzieł, z których filmowcy powinni czerpać inspirację.
Jest jednak inaczej, co widać we współczesnym kinie fantasy; kręconym efekciarsko i za szybko, żeby móc przedstawić widzowi bardziej skomplikowaną treść. I to wcale nieprawda, że odbiorca nie zrozumie.
„Superbohaterowie”, 1999, reż. Kinka Usher
To miał być pastisz kina superbohaterskiego, ale tak do końca nie wyszło pastiszowo, ale żenująco. Twórcy zapewne sądzili, że jest inaczej. Nie podołali jednak scenariuszowi, żeby odpowiednio zaprezentować go za pomocą obrazu. Mimo wszystko jednak – akcja się ślimaczy, a dialogi są nieraz tak słabe, jak co najmniej te w polskim kinie grozy z lat 80. – produkcja nie zasługuje na zapomnienie. Stało się tak jednak, bo w kinie superbohaterskim niepodzielnie panuje stylistyka forsowana przez Marvela. Mało w niej miejsca na niedopowiedzenie, na nieoczywistą narrację. A co najważniejsze, nie ma w niej przestrzeni na superbohaterów, którym tylko wydaje się, że mają moc jak Szufla i na superbohaterów-filozofów jak Sfinks, i na zakochanym w sobie i złotej biżuterii antagonistów jak Casanova Frankenstein.
„Miasto zaginionych dzieci”, 1995, reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro
Rozumiem niektórych odbiorców tego rodzaju kina z nutą surrealizmu, wszechobecnej hiperbolizacji, kiedy w końcu się nim nudzą. To znudzenie i mnie dopadło. Pamiętam, jak w latach 90. byłem zachwycony tym rodzajem konstruowania kadrów – ograniczona paleta kolorów, nagminne używanie szerokokątnych obiektywów, ujęcia od dołu, postaci dobierane tak, żeby mocno dominowała u nich jakaś charakterystyczna cecha itp. I co najważniejsze: tematyka – często mroczna, tajemnicza, rozgrywająca się w świecie zniszczonym, skrzywionym moralnie, niedającym żadnej nadziei na beztroskie życie.
Fascynacja takim rodzajem kina w końcu mija i z czasem już nie wraca się do niego tak chętnie. Był hype na Amelię, lecz już ta produkcja przebrzmiała. Miasto zaginionych dzieci, chociaż o wiele lepsze fabularnie, nie zdobyło takiego rozgłosu, a teraz właściwie zupełnie zniknęło, kiedy duet Jeunet–Caro już razem od dawna nie kręci swoich magicznych opowieści.
„W obronie życia”, 1991, reż. Albert Brooks
Tematyka fantasy często traktowana jest na zasadzie ukazania, co się będzie z nami działo po śmierci. A wizje tego, co po niej będzie, były jeszcze w latach 90. popularnym motywem w kinie. Na tej fali Albert Brooks nakręcił lekki, nieco moralizatorski tytuł W obronie życia z Meryl Streep w jednej z głównych ról. Pisząc o tym filmie, mam w pamięci inny, traktujący o sytuacji duszy człowieka po śmierci – Między piekłem a niebem – różnica między tymi produkcjami jest kolosalna, tym bardziej nie rozumiem, dlaczego W obronie życia jest tak nieznanym w Polsce tytułem.
Jak na problematykę eschatologiczną zaskakująco bez patosu i dowcipnie prezentuje problemy duchowe człowieka po zakończeniu fizycznej egzystencji. Przykładowo na Filmwebie zdecydowało się go ocenić zaledwie 1605 osób. To drastycznie niewielka liczba w porównaniu z Miastem zaginionych dzieci – 15 348 ocen.
„Sny”, 1990, reż. Ishirô Honda, Akira Kurosawa
Artyści, kiedy już zdobędą po latach poczucie, że doszli do pewnej artystycznej ściany i nie stworzą już nic, co by było przekroczeniem ich twórczego Rubikonu, często decydują się na podsumowanie swojej działalności. Reżyserzy również tak postępują. Często jest im łatwiej niż np. malarzom, bo medium, jakim jest film, dużo lepiej umożliwia zebranie w sugestywny i jasny dla odbiorcy sposób wszystkich tych twórczych emocji, które były zdobywane przez całe lata i w każdym pomniejszym dziele pogłębiane, testowane oraz interpretowane. Sny Akiry Kurosawy i Ishirô Hondy są takim reminiscencyjnym dziełem dla nich obu. Obaj artyści są niezmiernie ważny dla kina japońskiego i światowego. Obaj często wyobraźnię przedkładali w swojej twórczości nad zdrowy rozsądek (zwłaszcza Honda), co widać w Snach. Kurosawa podzielił się swoimi marzeniami sennymi z widzem; w nich możemy poznać go od innej strony niż we wszystkich wcześniejszych produkcjach. W tych snach nie zabraknie magii, ale także realnej, złowrogiej refleksji nad problemem ekologii i energii atomowej. Fantasy miesza się tu z pouczającą narracją przyrodniczą i naukową.
„Proste życzenie”, 1997, reż. Michael Ritchie
Liczba ocen na Filmwebie śmiesznie niska – 406. A to oznacza tylko tyle, że produkcja jest kompletnie nieznana. Przypomnę, że wyreżyserował ją Michael Ritchie. Z pewnością spora część widzów zna takie hity, które wyszły spod jego ręki, jak: Złote dziecko, Fletcha i Wyspę. Proste życzenie jest gdzieś w ich cieniu, mimo że główną rolę zagrał w nim swego czasu bardzo znany aktor komediowy Martin Short, który powrócił ostatnio w świetnym serialu Zbrodnie po sąsiedzku.
Tym razem wcielił się w czarownika-fajtłapę, który niezbyt panuje nad rzucanymi przez siebie zaklęciami, nawet jeśli są banalnie proste. Wynika z tego mnóstwo komicznych sytuacji, a Martin Short musi radzić sobie z nimi w charakterystyczny dla niego, nieco slapstickowy, kabaretowy sposób.
„Władca księgi”, 1994, reż. Joe Johnston, Pixote Hunt
Tego rodzaju kino zwykle klasyfikowane jest jako tzw. produkt familijny, który w założeniu powinien ściągać na kanapę przed telewizorem dorosłych i dzieci. W praktyce jednak tego typu produkcje oglądają zwykle dzieci, a szkoda. Na małej popularności Władcy księgi mogła zaważyć jego forma, to znaczy film aktorski połączony z filmem animowanym. Gdyby tak zrealizować aktorsko część rysunkową dostalibyśmy oszałamiającą wizualnie superprodukcję. Wejście w animację było więc dużą oszczędnością, ale film stracił przez do dorosłych odbiorców. Oglądałem go ostatnim razem dawno, co najmniej 20 lat temu.
Wróciłem na potrzeby tego zestawienia i zdziwiłem się, jak brakuje mi w filmach animowanych, kierowanych głównie do dzieci, właśnie takiego podejścia do bajki, którą zobaczyłem we Władcy księgi. Wciąż mam jednak nadzieję, że ktoś zdecyduje się na zrobienie remake’u tej historii, tym razem w pełni aktorskiej.
„Między piekłem a niebem”, 1998, reż. Vincent Ward
Robin Williams jest aktorem często wspominanym i ze względu na swój talent, i problemy psychiczne, które stały w sprzeczności z aktorskim, pełnym energii obrazem, jaki ten wielki artysta pozostawił w umysłach widzów. Filmy z udziałem Williamsa również są często wspominane i powtarzane, ale akurat nie ten. Przez całą moją przygodę z kinem widziałem tę produkcję kilka razy i zawsze poruszała mnie w niej jej ckliwość i symboliczna naiwność w prezentacji metafory piekła i nieba.
Wydaje mi się, że miłośnicy fantasy wyrośli już dawno z tak dziecięcego, upersonifikowanego widzenia symboliki religijnej, jak ta zaprezentowana w Między piekłem a niebem, oraz przede wszystkim postrzegania w tym świecie ludzi, którzy są samobójcami. Niepopularność i zapomnienie tej produkcji w portfolio Robina Williamsa wynika więc z jednej strony z emocjonalnego patosu, którym film ocieka, a z drugiej owej prostackości w interpretowaniu religijnego świata nadprzyrodzonego. Jednym słowem, dobrze, że ten produktu chrześcijańskiego fantasy został gdzieś w przeszłości kinematografii bez sukcesu.
„Odyseja”, 1997, reż. Andriej Konczałowski
Nieoczekiwanie Hallmark zrobił superprodukcję z zaskakującym rozmachem jak na tę kameralną, kablową, tanio-rozrywkową firmę producencką. W produkcji zgromadzili się znani aktorzy, jak na epopeję przystało. Reżyserem i scenarzystą został Andriej Konczałowski, co wielu widzom nie pozwoliło uwierzyć w ten film. Może dlatego, że reżyser nie miał wielkiego doświadczenia w reżyserii antycznych historii. Nikt jednak, kto odważy się na obejrzenie tej 3-godzinnej epopei, nie pożałuje. Historia Odyseusza przedstawiona jest interesująco, sensacyjnie, dramatycznie i nie bez licznych odniesień do starożytnej filozofii, czego np.
zabrakło w znanej i powtarzanej w telewizji regularnie Troi. Nie wiedzieć czemu, historia Odysa leży gdzieś pozostawiona w ciemnym kącie. Sądzę, że duża część widzów, którzy lubią tego typu kino, nawet nie zdaje sobie sprawy, że Odysa tak sugestywnie i dziko zagrał także już nieco zapomniany Armand Assante. Mnie pozostaje tylko zachęcić każdego, kto jeszcze nie widział opowieści o moim imienniku, do obejrzenia tej produkcji. Elementów fantasy z pewnością w niej nie zabraknie, chociaż wyraźnie oszczędzano na efektach specjalnych.
„Cud na 34. ulicy”, 1994, reż. Les Mayfield
Może nie wszyscy wiedzą, zwłaszcza młodsze pokolenie, ale jest to remake filmu z 1947 roku w reżyserii George’a Seatona, twórcy może niektórym miłośnikom starego kina znanego z Dziewczyny z prowincji. Remake wyreżyserował Les Mayfield (m.in. Flubber), specjalista od kina familijnego, komediowego i generalnie lekkiego, z nutą moralizatorstwa. Nie inaczej jest z Cudem na 34. ulicy. Nie ma sensu rozstrzygać, która z wersji historii jest lepsza. Każda ma charakterystyczne cechy swoich czasów i nie wychodzi poza pewien kanon symboliki dostępnej w recepcji danego momentu dziejowego historii kina.
Obydwa filmy łączy tematyka magii związanej z istnieniem świętego Mikołaja, w którego gdzieś w głębi siebie chcą wierzyć nawet dorośli. Produkcje łączy jeszcze coś ważnego – filmy te nie mogą się przebić przez świąteczne ramówki większości programów telewizyjnych dostępnych na naszym medialnym rynku. Trudno stwierdzić, dlaczego tak jest. Może z powodu zbytniej obyczajowości, moralizatorstwa. Warto tę produkcję znać i w czas świąt przypomnieć sobie, na czym polega humanizm, niezależnie od religijnej proweniencji.
„Miasteczko Pleasantville”, 1998, reż. Gary Ross
Igrzyska śmierci to z pewnością najbardziej znany filmy Gary’ego Rossa, chociaż mimo tego jestem pewien, że pozostaje on twórcą zupełnie nieznanym widzom. Wyreżyserował zaledwie kilka filmów, napisał nieco więcej scenariuszy i to wszystko. W tej chwili ma 66 lat, więc zostało mu jeszcze trochę czasu na nadrobienie kilku oczek, żeby chociaż dociągnąć w byciu reżyserem do liczby dwucyfrowej. Co do zaś Miasteczka Pleasantville, film dostał nawet 3 nominacje do Oscara oraz udało mu się zdobyć dwa Saturny, a mimo tego, kosztując 60 milionów dolarów, zarobił 49.
Coś musiało widzom nie zagrać. Może te lata 50., do których przenieśli się główni bohaterowie? Może gdyby osadzić ich w niedalekiej przyszłości i następnie przenieść do lat 30. efekt byłby lepszy? Niemniej format przedstawienia tego przeniesienia wygląda interesująco. Jak widać, fantasy nie musi być okraszone mieczem, smokami i rzucaniem efektownych zaklęć. Wystarczy połączyć kolorowych bohaterów z tymi dosłownie monochromatycznymi.
