publicystyka filmowa

Wszystko płynie? Nolan udowadnia w TENET, że czas to tylko ILUZJA

Autor: Marcin Kempisty
opublikowano

Oczekiwania wobec najnowszego filmu Christophera Nolana były ogromne, na co nałożyło się kilka okoliczności. Pandemia koronawirusa, powszechna sympatia do brytyjskiego reżysera, a także interesujące plotki na temat fabuły oraz obsady wpłynęły na to, że po Tenet spodziewano się dosłownie wszystkiego.

Tymczasem nie da się ukryć, że nie wszystkie puzzle w filmie Nolana zostały ułożone we właściwych miejscach. Owa wariacja na temat przygód Bonda okraszona quasi-publicystycznym wtrętem na temat niszczonej przez ludzkość planety pod wieloma względami nie sprostała rozbudzonym apetytom. Zabrakło umiaru w napisanych dialogach, kolejne kwestie wypowiadane przez aktorów brzmiały bardzo sztucznie, na dodatek autor Mrocznego rycerza kompletnie nie interesował się psychologią bohaterów i stworzył jedynie marionetki przechodzące z jednej lokacji do drugiej. Lista negatywnych aspektów filmu Tenet nie ma końca, ale szczerze powiedziawszy, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Mogę zżymać się na aspekty warsztatowe, ale dyskusja na temat pierwszego popandemicznego blockbustera powinna dalece wykraczać poza kwestie czysto kinematograficzne. Oto bowiem okazało się, że do mainstreamu można wprowadzić niezwykle istotny temat, wcześniej zarezerwowany bardziej dla seriali, dotyczący jednego z najważniejszych elementów egzystencji. W ramach widowiskowego spektaklu Nolan dotyka rzeczy fundamentalnej, jaką jest czas. Czas sam w sobie, pozbawiony kulturowych interpretacji, jako coś, co od zawsze było traktowane jako „byt” upływający, nadający tempo wszystkim żyjącym istotom.

Nie ma racji Tomasz Raczek twierdzący w swojej wideorecenzji, że Nolan sięgnął po pseudonaukę. Nie mają racji także inni krytycy wszem wobec piszący o „pustce” wyzierającej z filmu Brytyjczyka. Trudno nie odnieść wrażenia, że wielu widzów, świadomie lub nie, zrejterowało i odpuściło dyskusję na temat idée fixe napędzającej kolejne dzieła twórcy Memento. Wręcz manifestacyjnie Nolan dotyka zagadnień dotyczących istoty czasu oraz jego postrzegania przez ludzi, a tymczasem to zagadnienie nie jest poruszane w kolejnych tekstach, jak gdyby nie było istotne dla wymowy filmu. Czas zawsze działa przeciwko bohaterom, zawsze jest „cichym bohaterem” odgrywającym niezwykle ważną rolę – tak było w przypadku Interstellar oraz Dunkierki – ale w kontekście recepcji najnowszej produkcji Nolana został odsunięty na boczny tor. Przywróćmy go do łask i wrzućmy w główny nurt rozmowy na temat Tenet, bo tylko wtedy okaże się, że za pozorną pustką kryje się rewolucyjne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość.

Żeby była jasność – Christopher nie jest pierwszym wieszczem głoszącym dobrą nowinę na temat koncepcji czasu. Jego brat Jonathan wraz z Lisą Joy opowiedzieli podobną historię w Westworld, po podobny schemat sięgnął także Alex Garland w serialu Devs, zaś Jantje Friese z Baranem bo Odarem przeprowadzili widzów przez tego typu zagadnienia w trzysezonowym, zapętlonym Dark. Tenet nie jest zatem jaskółką zmian, lecz syntezą już wcześniej dokonanych wyłomów w popkulturze, gdzie zaatakowano do tej pory nienaruszalną zasadę postrzegania relacji między człowiekiem a czasem. Nolan nadał tym wywodom najbardziej atrakcyjną otoczkę, okrasił filozoficzno-fizyczne rozważania eksplozjami i wymyślnymi choreografiami bijatyk, ale pozostał wierny podstawowym założeniom przyświecającym nowej koncepcji dotyczącej przemijania związanego z upływającymi sekundami, minutami i godzinami.

Przyjęło się sądzić, że czas płynie. Do pewnego momentu nawet nie zastanawiano się nad inną możliwością, wszak dogmat o następujących po sobie sekundach był tak samo pewny jak po nocy przychodzący dzień, a po burzy spokój. Choć przez setki lat nie udało się pochwycić istoty czasu, to uznano, że wszelkie obserwowane zmiany – choćby starzenie się, rozkwitanie, wypalanie się świecy – zachodzą właśnie przez jego upływanie. Tymczasem w pewnym momencie pojawiła się grupka szaleńców zafascynowanych nowymi zdobyczami z dziedziny fizyki, którzy zaczęli rozmontowywać kolejne przesądy na temat otaczającego nas świata. Kilka dokonanych demontaży okazało się niesamowitym sukcesem, niemniej jednak czas, przynajmniej w naukowym mainstreamie, nadal pozostawał nienaruszalny. Atak na niego przypomina romantyczny zryw, niezbyt mile widziany przez starszyznę, dokonywany przez ludzi spoza środowisk akademickich. Dla nich nie ma znaczenia, czy zostaną obłożeni anatemą przez grono uzbrojonych w tytuły naukowców. Dla antyczasowych Koperników XXI wieku, takich jak Julian Barbour, najważniejsza jest pasja tworzenia, przekraczanie myślowych barier i pragnienie uchwycenia nieuchwytnego.

Przeprowadźmy chałupniczy eksperyment myślowy: zastanówcie się nad ostatnimi dniami i przypomnijcie sobie, w którą stronę wędrowały wasze myśli. Czy była to przyszłość z obietnicą lepszego życia, przeszłość zakorzeniona w traumach, czy może jednak wasze myśli były obecne „tu i teraz”, z dala od marzeń i problemów, osadzone w danej chwili, która jak szybko przyszła, tak szybko odeszła? Na przykładzie ludzkiego funkcjonowania dobitnie widać, że rzadko kiedy jesteśmy w stanie funkcjonować zgodnie z upływającym czasem. Niby świat jest pchany do przodu siłą czasu, lecz człowiek często żyje w przeszłości. Dla mózgu strzałka upływającego czasu nie jest skierowana zawsze w tę samą stronę. Przeszłość i przyszłość funkcjonują na tych samych zasadach, jak gdyby były dwoma stronami tej samej monety. Psychologia jako całość jest dobitnym przykładem na funkcjonowanie homo sapiens w oparciu o przeszłość. Ba, czasami dawne wydarzenia mocniej osadzają się w mózgu, mają wyraźniejsze barwy i są przeżywane głębiej aniżeli właśnie trwająca teraźniejszość. 

Julian Barbour w książce Koniec czasu. Nowa rewolucja w fizyce proponuje radykalne odcięcie się od tradycyjnego myślenia o czasie. Według niego „moment nie mieści się w czasie – to czas mieści się w momencie”. Innymi słowy, proponuje spojrzenie na rzeczywistość jak na przestrzeń, w której znajdują się kapsuły czasu odpowiedzialne za klasyczne myślenie o czasie. Kapsułami czasu można nazwać takie byty, których istnienie sugeruje, że coś upływa. Barbour porównuje ludzkie postrzeganie rzeczywistości do sposobu, w jaki Turner namalował obraz Snow Storm: Steam-Boat off a Harbour’s Mouth. Mimo że istnieje pewność co do tego, że statek na płótnie nie porusza się, malarzowi udało się tak umiejętnie wykreować złudzenie wzburzonego morza, że wydaje się, jak gdyby obraz był tak naprawdę animacją przedstawiającą dynamikę sztormu. Tak też fizyk widzi całość wszechświata: jako bezczasową przestrzeń, w której zachodzą przemiany fizyczne i reakcje chemiczne, na podstawie których ludzkie mózgi dobudowują sobie teorię o upływającym czasie. Tytułowa nowa rewolucja polega na przemodelowaniu percepcji w kierunku „fotografowania” rzeczywistości, doświadczania świata jako nieskończonego, niezwykle szybkiego ciągu poklatkowych wydarzeń układających się w złudzenie czasowych następstw, choć tak naprawdę nimi niebędących. 

Ostatnio dodane