Publicystyka filmowa
Wszystko płynie? Nolan udowadnia w TENET, że czas to tylko ILUZJA
W TENET Christophera Nolana czas to iluzja, a film to zaskakująca mieszanka akcji i filozofii, która intryguje i niepokoi.
Oczekiwania wobec najnowszego filmu Christophera Nolana były ogromne, na co nałożyło się kilka okoliczności. Pandemia koronawirusa, powszechna sympatia do brytyjskiego reżysera, a także interesujące plotki na temat fabuły oraz obsady wpłynęły na to, że po Tenet spodziewano się dosłownie wszystkiego.
Tymczasem nie da się ukryć, że nie wszystkie puzzle w filmie Nolana zostały ułożone we właściwych miejscach. Owa wariacja na temat przygód Bonda okraszona quasi-publicystycznym wtrętem na temat niszczonej przez ludzkość planety pod wieloma względami nie sprostała rozbudzonym apetytom. Zabrakło umiaru w napisanych dialogach, kolejne kwestie wypowiadane przez aktorów brzmiały bardzo sztucznie, na dodatek autor Mrocznego rycerza kompletnie nie interesował się psychologią bohaterów i stworzył jedynie marionetki przechodzące z jednej lokacji do drugiej.
Lista negatywnych aspektów filmu
Nie ma racji Tomasz Raczek twierdzący w swojej wideorecenzji, że Nolan sięgnął po pseudonaukę. Nie mają racji także inni krytycy wszem wobec piszący o „pustce” wyzierającej z filmu Brytyjczyka. Trudno nie odnieść wrażenia, że wielu widzów, świadomie lub nie, zrejterowało i odpuściło dyskusję na temat idée fixe napędzającej kolejne dzieła twórcy Memento.
Wręcz manifestacyjnie Nolan dotyka zagadnień dotyczących istoty czasu oraz jego postrzegania przez ludzi, a tymczasem to zagadnienie nie jest poruszane w kolejnych tekstach, jak gdyby nie było istotne dla wymowy filmu. Czas zawsze działa przeciwko bohaterom, zawsze jest „cichym bohaterem” odgrywającym niezwykle ważną rolę – tak było w przypadku Przywróćmy go do łask i wrzućmy w główny nurt rozmowy na temat
Żeby była jasność – Christopher nie jest pierwszym wieszczem głoszącym dobrą nowinę na temat koncepcji czasu. Jego brat Jonathan wraz z Lisą Joy opowiedzieli podobną historię w Westworld, po podobny schemat sięgnął także Alex Garland w serialu Devs, zaś Jantje Friese z Baranem bo Odarem przeprowadzili widzów przez tego typu zagadnienia w trzysezonowym, zapętlonym Dark. Tenet nie jest zatem jaskółką zmian, lecz syntezą już wcześniej dokonanych wyłomów w popkulturze, gdzie zaatakowano do tej pory nienaruszalną zasadę postrzegania relacji między człowiekiem a czasem. Nolan nadał tym wywodom najbardziej atrakcyjną otoczkę, okrasił filozoficzno-fizyczne rozważania eksplozjami i wymyślnymi choreografiami bijatyk, ale pozostał wierny podstawowym założeniom przyświecającym nowej koncepcji dotyczącej przemijania związanego z upływającymi sekundami, minutami i godzinami.
Przyjęło się sądzić, że czas płynie. Do pewnego momentu nawet nie zastanawiano się nad inną możliwością, wszak dogmat o następujących po sobie sekundach był tak samo pewny jak po nocy przychodzący dzień, a po burzy spokój. Choć przez setki lat nie udało się pochwycić istoty czasu, to uznano, że wszelkie obserwowane zmiany – choćby starzenie się, rozkwitanie, wypalanie się świecy – zachodzą właśnie przez jego upływanie. Tymczasem w pewnym momencie pojawiła się grupka szaleńców zafascynowanych nowymi zdobyczami z dziedziny fizyki, którzy zaczęli rozmontowywać kolejne przesądy na temat otaczającego nas świata.
Kilka dokonanych demontaży okazało się niesamowitym sukcesem, niemniej jednak czas, przynajmniej w naukowym mainstreamie, nadal pozostawał nienaruszalny. Atak na niego przypomina romantyczny zryw, niezbyt mile widziany przez starszyznę, dokonywany przez ludzi spoza środowisk akademickich. Dla nich nie ma znaczenia, czy zostaną obłożeni anatemą przez grono uzbrojonych w tytuły naukowców. Dla antyczasowych Koperników XXI wieku, takich jak Julian Barbour, najważniejsza jest pasja tworzenia, przekraczanie myślowych barier i pragnienie uchwycenia nieuchwytnego.
Przeprowadźmy chałupniczy eksperyment myślowy: zastanówcie się nad ostatnimi dniami i przypomnijcie sobie, w którą stronę wędrowały wasze myśli. Czy była to przyszłość z obietnicą lepszego życia, przeszłość zakorzeniona w traumach, czy może jednak wasze myśli były obecne „tu i teraz”, z dala od marzeń i problemów, osadzone w danej chwili, która jak szybko przyszła, tak szybko odeszła? Na przykładzie ludzkiego funkcjonowania dobitnie widać, że rzadko kiedy jesteśmy w stanie funkcjonować zgodnie z upływającym czasem.
Niby świat jest pchany do przodu siłą czasu, lecz człowiek często żyje w przeszłości. Dla mózgu strzałka upływającego czasu nie jest skierowana zawsze w tę samą stronę. Przeszłość i przyszłość funkcjonują na tych samych zasadach, jak gdyby były dwoma stronami tej samej monety. Psychologia jako całość jest dobitnym przykładem na funkcjonowanie
Julian Barbour w książce Koniec czasu. Nowa rewolucja w fizyce proponuje radykalne odcięcie się od tradycyjnego myślenia o czasie. Według niego „moment nie mieści się w czasie – to czas mieści się w momencie”. Innymi słowy, proponuje spojrzenie na rzeczywistość jak na przestrzeń, w której znajdują się kapsuły czasu odpowiedzialne za klasyczne myślenie o czasie. Kapsułami czasu można nazwać takie byty, których istnienie sugeruje, że coś upływa. Barbour porównuje ludzkie postrzeganie rzeczywistości do sposobu, w jaki Turner namalował obraz Snow Storm: Steam-Boat off a Harbour’s Mouth.
Mimo że istnieje pewność co do tego, że statek na płótnie nie porusza się, malarzowi udało się tak umiejętnie wykreować złudzenie wzburzonego morza, że wydaje się, jak gdyby obraz był tak naprawdę animacją przedstawiającą dynamikę sztormu. Tak też fizyk widzi całość wszechświata: jako bezczasową przestrzeń, w której zachodzą przemiany fizyczne i reakcje chemiczne, na podstawie których ludzkie mózgi dobudowują sobie teorię o upływającym czasie. Tytułowa nowa rewolucja polega na przemodelowaniu percepcji w kierunku „fotografowania” rzeczywistości, doświadczania świata jako nieskończonego, niezwykle szybkiego ciągu poklatkowych wydarzeń układających się w złudzenie czasowych następstw, choć tak naprawdę nimi niebędących.
Na mgliste tłumaczenia koncepcji Barboura nałóżmy jeszcze kontekst przedstawiony w serialu Devs przez Alexa Garlanda. Sięgnąwszy po teorię strun, Garland w sposób naukowo-filozoficzny, nie tylko w ramach superbohaterskiego imaginarium, przedstawił wszechświat jako rozgałęziającą się sieć. Mówiąc inaczej, zaprezentował życie człowieka nie w kategoriach jednostkowej wyjątkowości, lecz jako wiecznie rozszczepiającego się bytu, którego niezliczone wariacje przemierzają przestrzeń, rozdzielając się na mniejsze cząsteczki w momentach podejmowania decyzji.
Według tej koncepcji nie ma jednego świata i nie ma jednego Marcina Kempistego. Nieskończenie wielu Marcinów Kempistych pokonuje swoje drogi, raz kierując się w prawo, raz w lewo, na nieskończenie wiele sposobów doświadczając własnej egzystencji.
Wróćmy do Nolana i jego Tenet, a zwłaszcza do jednej z najważniejszych scen, gdy Protagonista chce rozbroić ładunki i przeszkodzić Antagoniście w zniszczeniu świata. Gdy pod koniec filmu wyjaśnia się, że to Neil, bohater grany przez Roberta Pattinsona, pomógł w unieszkodliwieniu wrogów, choć przecież jeszcze żyje w trakcie uzmysławiania sobie tego faktu przez Protagonistę, to nagle okazuje się, że dziełu Nolana bardzo blisko do wniosków, jakie można wyciągnąć po seansach kolejnych odcinków serialu Dark.
Niczym w netfliksowej epopei o podróżach w czasie, przedstawiony świat w filmie Brytyjczyka jest zapętloną rozgrywką, która nigdy się nie kończy. John David Washington po wsze czasy będzie budzić się w „zaświatach”, poszukiwać międzynarodowego terrorysty i nuklearnych ładunków, by potem korzystać z uroków nowego wynalazku – odwróconej entropii – ratując świat i na nowo budując formację, której celem będzie unieszkodliwienie raz już pokonanego przeciwnika. Z kolei przyjaźń z Robertem Pattinsonem rozpoczyna się po jego śmierci, gdy Washington z przyszłości poznaje Pattinsona z teraźniejszości.
Do tej pory eksperymenty z czasem często były traktowane przez widzów jako gatunkowe błyskotki science fiction pomagające w uatrakcyjnieniu fabuły. Tymczasem ostatnio powstające dzieła – Dark, Tenet, Devs, także Westworld – prezentują inny sposób postrzegania ludzkiego życia.
Do tej pory bowiem wydawało się, że los człowieka jest czymś wyjątkowym, czego nigdy nie było i nigdy nie będzie. W dodatku postrzegano czas jako dywan, który rozwija się za naszego życia. Innymi słowy, cały czas myślimy, że mamy w danym momencie 10, 20 albo 50 lat i dopiero jutro będziemy o dzień starsi. Twórcy wspomnianych produkcji mówią jednak co innego. Sugerują, że obecnie doświadczany świat nie jest najdalej wysuniętym punktem na linii czasu. Widać to najdobitniej w niemieckim serialu Netflixa. Gdy młody Jonas budzi się przestraszony, jednocześnie jego najstarsze alter ego, Adam, tworzy plan zniszczenia pętli czasu.
A gdy ten najmłodszy Adam stanie się mężczyzną w średnim wieku z brodą, to jego młodsza wersja ponownie przebudzi się wystraszona, by zaraz rozpocząć kolejny bieg w niekończącej się sztafecie.
W kontekście nowego sposobu postrzegania czasu ludzkie życie przestaje być wyjątkowe. Nagle okazuje się, że tak naprawdę nigdy nie umieramy, ponieważ w tym samym momencie rodzimy się, dojrzewamy i umieramy. Jednocześnie Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, tracimy niepodległość i wpadamy pod radziecki but. To tylko to, co teraz odczuwamy, kończy się wraz z naszym wygaśnięciem zmysłów, lecz na planie ogólnym Marcin Kempisty nigdy nie kończy swojej wędrówki, lecz jest na jej wielu etapach. A może też na wielu płaszczyznach, jeżeli dodać do tego tezę o rozgałęziającym się wszechświecie.
Tenet nie jest zatem „pustym” filmem, o czym wielu widzów notorycznie wspomina. Choć nie jest to wyrażone explicite, w filmie Nolana zaprezentowana zostaje inna wizja człowieka, według której traci on swoją dotychczas rozpoznaną podmiotowość. Skoro nie jest jedynym takim bytem w historii, lecz jednym z wielu podobnych do siebie punkcików, to przy okazji pojawia się innego rodzaju zagadnienie dotyczące determinizmu.
Gdyby przyjąć za pewnik Nolanowską teorię, to w takim razie człowiek nie ma żadnego wpływu na swoje życie, bo zostało ono już dawno napisane przez jego poprzedników. Wtedy okazuje się, że podejmowane wybory nie są niczym zdeterminowane, lecz są jedynie odtworzeniem niegdyś podjętych decyzji. Gdy na samym końcu filmu Protagonista poznaje swoje przeznaczenie, nie pozostaje mu nic innego, jak tylko je wypełnić. Wchodzi na tory, którymi wcześniej podążał on sam, tyle że w innym wcieleniu. Z tego powodu wspomniany w filmie paradoks dziadka, czyli pytanie o konsekwencje zabójstwa przodków, nie ma żadnego znaczenia.
Ale może w zdefiniowaniu i uchwyceniu istoty determinizmu kierującego naszym postępowaniem nie ma niczego złego? Skoro to już się wydarzyło, a historia została dawno spisana, to nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się teraźniejszością. To jedyne, czego możemy naprawdę doświadczać, bo co ma być, to było.
