Publicystyka filmowa
The Walking Dead – Filmowe Gry Komputerowe
W świecie GIER KOMPUTEROWYCH spotkasz swoich ulubionych bohaterów z kultowego serialu THE WALKING DEAD. Przeżyj apokalipsę na nowo!
Fani konkretnego serialu czy też filmu często mówią, że chcieliby spotkać swoich ulubionych bohaterów, znaleźć się w świecie wykreowanym przez twórców danego uniwersum. O ile fizyczne przeniesienie się nie jest możliwe – chyba że za namiastkę takowego uznamy różnego rodzaju konwenty, spotkania fanów czy też zjawisko cosplayu – to istnieje coś, za pomocą czego mamy możliwość chociaż w pewnym stopniu zasmakować życia tam, gdzie lubimy przebywać jako widz.
Tym czymś są gry wideo. Jak wiadomo, powstają one zarówno na komputer osobisty, jak i na konsole przenośne i stacjonarne. Popularność niektórych seriali telewizyjnych oraz filmów sprawiła, że producenci gier zdecydowali się stworzyć pozycje na nich właśnie bazujące.
Nie ma chyba fana dobrej rozrywki, który nie słyszałby o serialu Franka Darabonta pod tytułem The Walking Dead (w Polsce emitowanym pod tytułem Żywe trupy). Frank Darabont z pewnością znany jest wielbicielom prozy Stephena Kinga, gdyż wyreżyserował filmowe adaptacje kilku z jego dzieł, to znaczy Skazanych na Shawshank, Zieloną milę czy Mgłę. Poza tym zajął krzesło reżysera, pracując nad Majestic z Jimem Carreyem, oraz przyczynił się do sukcesu obsypanego nagrodami i nominacjami (w tym Emmy i Złotym Globem) Świata gliniarzy (The Shield), serialu emitowanego w latach 2002–2008.
Żywe trupy, seria bazująca na komiksie Roberta Kirkmana (ze świetną kreską Tony’ego Moore’a – zeszyty 1–6 – i Charliego Adlarda – zeszyty od 7 włącznie w górę) podbiła serca wielu osób na całym świecie, a przeniesienie jej na ekran telewizyjny tylko zwiększyło jej popularność. Już sama muzyka z czołówki serialu jest bardzo rozpoznawalna i łatwo wpada w ucho.
Czym jest The Walking Dead? To historia policjanta, Ricka Grimesa, który budzi się w szpitalu po długim okresie śpiączki. Z przerażeniem odkrywa, że świat, który znał, przestał istnieć, a zamiast ludzi po ulicach, parkach, sklepach, dosłownie wszędzie przechadzają się zombie, tytułowe żywe trupy (chociaż oryginalny tytuł brzmi według mnie dużo lepiej). Spotkanie z takim przyjemniaczkiem grozi ugryzieniem i przemianą w podobne mu stworzenie – bezmyślne, pragnące jedynie wlec się po terenie – albo pełznąć, jeżeli w drodze rozkładu straciło nogi – i gryźć.
Jeśli zostałeś ugryziony, nie ma już dla ciebie ratunku, a jedynym sposobem na powstrzymanie cię – kiedy już dołączysz do hordy zombiaków – jest kula/strzała/inny rodzaj ciosu w głowę. Najlepiej na tyle silny, by rozpłatał czaszkę.
Zarówno w komiksie, jak i w serialu fabuła koncentruje się najpierw na postaci Ricka, a potem grupce ocalałych po epidemii ludzi. Nie skupia się jednakże jedynie na próbie uzyskania antidotum przeciwko wirusowi, który spowodował epidemię (zresztą takowego nie ma), czy też na samej walce z zombie. Owszem, walk jest tutaj sporo i to nie tylko przeciwko „chodzącej śmierci”, ale również pomiędzy tymi, którzy przetrwali – o bezpieczne miejsce do spania, o resztki jedzenia, o wodę, o broń, tak bardzo potrzebną w postapokaliptycznym świecie. The Walking Dead porusza również takie tematy, jak współczucie, przyjaźń, to, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić i poświęcić dla bliskiej nam osoby, oraz zadaje pytanie w rodzaju „Co zrobiłbyś, gdybyś wiedział, że kogoś, kogo kochasz, ugryzło zombie i za moment przemieni się on w krwiożerczą istotę łaknącą ludzkiego mięsa? Czy będziesz miał na tyle siły psychicznej, by go zabić, a tym samym uchronić resztę grupy?”, albo „Czy podzielisz się z obcym, zagłodzonym dzieckiem ostatnią kromką chleba, czy oddasz komuś ją ze swoich towarzyszy?”. Tego rodzaju wybory nie należą do łatwych i nie ma na nie prostych, prawidłowych odpowiedzi.
Na tym właśnie skupiają się gry oparte na The Walking Dead, a wyprodukowane przez firmę Telltale. Na trudnych, moralnych wyborach, w których często okazuje się, że żadna z opcji nie jest tą dobrą i cokolwiek nie zdecydujemy, zawsze ktoś będzie pokrzywdzony, a nawet straci życie. Do tej chwili ukazały się dwa pełne sezony, z których każdy zawierał pięć odcinków, poza tym 19 grudnia 2016 otrzymaliśmy możliwość zagrania w dwa pierwsze odcinki sezonu trzeciego. The Walking Dead ukazało się praktycznie na wszystkich dostępnych platformach do grania, których lista jest zbyt długa, by wymienić je wszystkie.
Gatunkowo możemy określić The Walking Dead: A Telltale Games Series jako przygodówkę point and click, czyli kliknij i wybierz daną akcję do wykonania, jednakże seria posiada pewien bardzo ważny element uatrakcyjniający rozgrywkę. O nim opowiemy za chwilę.
Nie jest przypadkiem, że poszczególne części rozgrywki nazywają się odcinkami. Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze, każdy z nich był publikowany w pewnym odstępie czasowym od poprzedniego, na tej samej zasadzie, jak publikowane są odcinki seriali właśnie. Po drugie, każdy z nich kończył się w jakimś emocjonującym momencie, zostawiając gracza „on the edge of seat” – w niesamowitym napięciu, pragnącego wiedzieć, co zdarzy się za chwilę. Tak samo było w przypadku sezonów, które – podobnie jak mają to w zwyczaju seriale emitowane w TV – kończyły się jakimś mocnym akcentem.
Podobieństwo do komiksu zaś kryje się w kresce, którą została stworzona gra. Tak, dokładnie, to nie pomyłka – w kresce, gdyż The Walking Dead: A Telltale Games Series (wszystkie sezony) do złudzenia przypomina komiks właśnie.
Wróćmy jednak do wspomnianych wyborów, tego, co uczyniło historię przedstawioną nam przez Telltale opowieścią tak bardzo dobrze odebraną zarówno przez sporą liczbę krytyków, jak i przez samych graczy. W The Walking Dead: A Telltale Games Series – Season One kierujemy losem – co ważne – nie Ricka Grimesa ani żadnego z jego późniejszych towarzyszy, lecz zupełnie nowego bohatera, Lee Everetta. Poznajemy go w dosyć nietypowym miejscu, a konkretniej na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu. Został on bowiem aresztowany za zabicie kochanka swojej żony. W dosyć nagły sposób dowiaduje się o tym samym fakcie, o którym tak szokująco został poinformowany Rick Grimes – mianowicie niedługo po wypadku samochodowym, jakiemu ulega radiowóz.
Od tego momentu jego życie diametralnie się zmienia, a punktem kulminacyjnym tej przemiany jest spotkanie małej dziewczynki o imieniu Clementine. To właśnie dzięki niej Lee dowie się, co to znaczy być zastępczym ojcem i opiekować się kimś, kto ci ufa, z drugiej jednak strony pozna smak obawy i lęku nie tylko o bezpieczeństwo przybranej córki, ale i o to, że mała odsunie się od niego, kiedy pozna prawdę o jego przeszłości. W pewnym momencie rozgrywki stajemy właśnie przed takim wyborem – czy przyznać się do wszystkiego, ale dzięki temu zwiększyć szansę na przetrwanie, czy zataić prawdę, a tym samym zmniejszyć prawdopodobieństwo przeżycia.
To nie jedyna z niełatwych decyzji, jakie przyjdzie nam podjąć. Dobrym przykładem będzie chociażby ta o porzuceniu – lub nie – jednego z przyjaciół w obliczu nachodzącej hordy zombie, dziejąca się zresztą w miejscu, które z pewnością skojarzą fani zarówno komiksowego, jak i serialowego The Walking Dead.
Duch tych ostatnich jest ciągle obecny w rozgrywce, nie tylko z uwagi na fakt, że gra jest przecież na nich oparta – a może raczej nie sama pozycja, bo historia jest inna, po prostu dzielą to samo uniwersum – ale również w wielu smaczkach, jak wizyta na farmie Hershela Greene’a czy nawet obecność jego samego w The Walking Dead: A Telltale Games Series – Season One.
Jest ich oczywiście dużo więcej, na swojej drodze napotkamy mianowicie nie kogo innego, jak jedną z najbardziej lubianych postaci Żywych trupów, a konkretnie Glena. Ten sympatyczny młodzieniec w czapce wystąpi w kilku epizodach gry, chyba że w wyniku jednego z naszych wyborów zostanie zabity już na jej początku. To kolejny z atutów serii – mamy możliwość wpływania na losy nie tylko bohaterów spod znaku Telltale, ale również tych znanych nam z ekranu. A co powiedzielibyście na możliwość spotkania samej Michonne i poznania jej przeszłości sprzed ataku zombie czy też skrzyżowanie ścieżek z Paulem „Jesusem” Monroe, Shawnem Greenem, Pete’em czy Siddiqem? Na nich wszystkich możemy natknąć się w trakcie próby znalezienia sobie miejsca do życia i po prostu przetrwania. Jednakże nawet bez nich Żywe trupy w postaci gry – przynajmniej według mnie – obroniłyby się same jako kompletnie niezależna pozycja.
Co czyni The Walking Dead: A Telltale Games Series produktem w mojej opinii tak bardzo wyjątkowym? W wielu tego typu pozycjach wybory, których dokonujemy, mają tylko chwilowe, często nawet natychmiastowe konsekwencje. Przykładowo decydujemy się darować życie jakiemuś nieprzyjacielowi, a potem on przemyka się gdzieś w tle i widzimy go, jak stoi przy dowódcy wrogiego oddziału i próbuje coś powiedzieć, lub inne tego rodzaju wstawki. W dziele Telltale jest jednak zupełnie inaczej. Jeżeli uratujemy kogoś, członkowie jego rodziny będą nam wdzięczni przez całą rozgrywkę, co jakiś czas wtrącając w swoje wypowiedzi wspomnienie tamtego faktu, a nawet być może odwdzięczą się nam w jakiś sposób.
Jeżeli jednak zdecydujemy się wybrać inną drogę, historia zmieni się całkowicie i wspomniani krewni mogą nawet pałać wobec nas żądzą zemsty lub też opowiedzieć innemu bohaterowi, jak bardzo zawiniliśmy, co z kolei wpłynie na to, jak ten bohater będzie nas postrzegał i w stosunku do nas zachowywał. Oczywiście taka decyzja ma również wpływ na postaci, które widzimy na ekranie – jeżeli ochronimy przyjaciela, to właśnie jego osoba będzie pojawiać się w naszych przygodach, jeżeli kogoś zupełnie innego – to ten ktoś będzie nam towarzyszył w kolejnych częściach historii. Śmiało można więc stwierdzić, że dosłownie każda decyzja, każdy wybór, jakiego dokonamy podczas grania w The Walking Dead: A Telltale Games Series, ma ogromny wpływ na rozgrywkę i na losy zarówno naszego bohatera, jak i pozostałych. Zupełnie jak w życiu.
A to powoduje, iż grę po prostu przeżywamy. Być może nie zabrzmi to jak nowinka, gdyż zapewne wielu z nas zdarzyło się zapłakać podczas grania, gdy na przykład ginie nasza ulubiona postać. Tutaj jednak wczuwamy się na tyle, iż nie tylko związujemy się z – bądź co bądź nieistniejącymi w rzeczywistościami ludźmi – ale dosłownie martwimy się o ich losy, dbamy o zdobycie ich zaufania, ba, jesteśmy dosłownie wewnętrznie rozdarci, gdy musimy określić nasze postępowanie w kilka sekund, wiedząc, że spowodujemy to czy tamto. Co więcej, są chwile, gdy czujemy się naprawdę winni i tłumaczymy sobie, że przecież nie mogliśmy postąpić inaczej! Prawda jest taka, że mogliśmy, ale musimy ponieść konsekwencje – takie czy inne.
Nie znaczy to, że elementów walki w The Walking Dead: A Telltale Games Series nie ma. Są, oczywiście, czy to fragmenty, kiedy musimy zmierzyć się z zombie za pomocą wybranej broni, czy też na przykład uciec z duszącego uścisku umarlaka. Takie sceny są nie mniej emocjonujące od wyborów moralnych, a przedstawione zostały – głównie – jako tak zwane Quick Time Events. Oznacza to tyle, co szybkie naparzanie przycisków/klawiszy według instrukcji ukazujących się na ekranie. Podobne rozwiązanie zostało zastosowane w innych hitach związanych z rynkiem gier wideo, jak na przykład znanym i lubianym Shenmue, Ninja Blade czy też Heavy Rain albo God of War.
Żywe trupy to jednak nie tylko Telltale. Grzechem byłoby nie wspomnieć o innej pozycji osadzonej w tym samym postapokaliptycznym świecie, a mianowicie wydanej w dniu 29 października 2015 roku przez firmę Next Games The Walking Dead: No Man’s Land. Pozycja ta określana jest przez twórców jako „gra oparta na The Walking Dead i przeznaczona na urządzenia mobilne”. Tutaj już na samym początku, a mianowicie w intro otwierającym naszą przygodę, wita nas jedna z ikon The Walking Dead, jest ona później zresztą naszym przewodnikiem po grze, informując, „co się z czym je”, czyli po prostu o systemie rozgrywki. Może ona również w późniejszym terminie dołączyć do naszej grupy osób, które przeżyły apokalipsę – o ile uda nam się na niego natknąć przy na przykład użyciu radia do poszukiwania ocalałych.
The Walking Dead: No Man’s Land to głównie strategia, co przejawia się nie tylko w sposobie rozgrywki, polegającym na budowaniu potrzebnych nam budynków – począwszy od szpitala polowego, a skończywszy na miejscu, w którym możemy usprawnić naszą broń czy inny ekwipunek – a potem wnoszeniu ich na wyższy poziom, co przyspiesza wykonywaną w nich czynność. Element strategiczny świetnie widać również podczas tak zwanych misji, do których wybieramy określoną, narzuconą nam przez pozycję liczbę ludzi z naszego obozu, a potem staramy się wykonać konkretne zadanie – dostać się do konkretnego miejsca, zabić podaną liczbę zombiaków, ewentualnie zebrać porzucone przez innych zapasy żywności czy amunicji.
W The Walking Dead: No Man’s Land ujrzymy wiele znanych nam twarzy: Michonne, Ricka Grimesa, a nawet ulubieńca wielu, czyli Daryla Dixona. Co więcej, nie tylko ich zobaczymy, ale możemy po prostu dołączyć ich do naszej ekipy i – odpowiednio wyposażając i szkoląc – siać zniszczenie w hordach „chodzącej śmierci”.
The Walking Dead: No Man’s Land kładzie mniejszy niż The Walking Dead: A Telltale Games Series nacisk na emocje, których doświadczymy w trakcie rozgrywki, nie znaczy to jednak, iż jest to gra gorsza. To po prostu inne spojrzenie na ten sam moment w historii naszego świata. Sądzę, że warto wybierać te produkcje naprzemiennie, aby raz dać pożywkę naszej duszy, a za drugim razem trochę poćwiczyć nasze palce i zmysł taktyczny. A nam pozostaje czekać na przebój, który połączy obie te cechy i dostarczy graczom kompletu wrażeń. Patrząc na opisywane wyżej pozycje, myślę, że jesteśmy już bardzo blisko.
Na koniec mała ciekawostka – aby pokazać, jak ściśle wszystkie media spod znaku The Walking Dead są ze sobą powiązane, zaczęto rozważać pewien – moim zdaniem bardzo ciekawy – pomysł, mianowicie umieszczenie Clementine zarówno w którymś z kolejnych komiksowych zeszytów (proponowano nawet dokładny numer, w jakim miałaby się pojawić, a konkretniej po 126 części), jak i w serialu telewizyjnym. Byłoby to zabiegiem podwójnie ciekawym i właściwym, gdyż nie tylko podkreśliłoby wspomniany związek i mocniej osadziło postać samego Lee – który przecież w takim razie też musiałby zaistnieć i w komiksie, i na ekranie! – w linii czasowej Żywych trupów, ale również i ucieszyło tych, którzy – delikatnie mówiąc – nie darzą syna Ricka, Carla, zbytnią sympatią. Chociażby dlatego, że uroku, sprytu i inteligencji dziewczynce nie brakuje.
Co potwierdza, jak dobrym produktem jest opowieść Telltale, posiadająca bohaterów złożonych, ciekawych i interesujących, a nie marionetki, jakimi po prostu przyszło nam sterować. Na dodatek odświeżyłoby to podążający – czasami dosyć luźno, ale jednak – za komiksem serial, dodając mu nowej jakości i smaku. Tak przecież stało się w przypadku pojawienia się Daryla Dixona, którego, jak wiemy, w obrazkowym dziele Roberta Kirkmana po prostu nie ma. I przy okazji dałoby szansę na stworzenie kolejnego spin offu spod znaku The Walking Dead (kolejnego, gdyż jeden już powstał, nosi tytuł Fear the Walking Dead. Ale to już całkiem inna historia).
korekta: Kornelia Farynowska
