Publicystyka filmowa
Słabsze od „Kotów”. NAJGORSZE filmy poprzedniej DEKADY
NAJGORSZE FILMY POPRZEDNIEJ DEKADY to subiektywne zestawienie produkcji, które zasługują na zapomnienie. Odkryj, co poszło nie tak w kinie!
Tak, wiem, że ta dekada formalnie kończy się 31 grudnia tego roku, ale umówmy się – wszystko wskazuje na to, że zbyt wielu filmowych premier w ciągu kolejnych miesięcy nie doświadczymy. Na tego typu podsumowania nie jest więc zbyt wcześnie. Na naszej stronie dopiero co pojawiły się wyniki plebiscytu na najlepsze produkcje science fiction dekady, było też o komediach romantycznych czy filmowych wizjach apokalipsy. Ja na tapet biorę najgorsze filmy – tytuły tak złe, że lepiej byłoby o nich zapomnieć.
Wziąłem pod uwagę tylko takie filmy, które miały polską premierę kinową między 2011 a 2020 rokiem. O czymś zapomniałem? A może któryś tytuł znalazł się tutaj bardzo niesłusznie? Dajcie znać w komentarzu!
365 dni
Tak, tak, wiem, że nie jestem wyposzczoną gospodynią domową i do grupy docelowej tego filmu zdecydowanie nie należę. Ale do seansu usiadłem z pozytywnym nastawieniem – spodziewając się po prostu niezłej, seksownej rozrywki. Oczywiście on jest przystojny, ona ładna (a właściwie do czasu – gdy w pewnym momencie filmowa Laura przechodzi metamorfozę i upodabnia się do autorki książkowego pierwowzoru, jest już dużo gorzej), niektóre widoczki zapierają dech w piersiach, a sceny erotyczne są znacznie ostrzejsze niż w 50 twarzach Greya.
Ale w ciągu dwóch godzin seansu wielokrotnie spoglądałem na zegarek – tutaj nie było nic, co mogłoby zatrzymać uwagę. To nie porno, tutaj musi być też jakaś fabuła, jakiś sens, jakiś dialog, który brzmi naturalnie… Zamiast tego dostajemy sceny zakupów w drogich butikach, przestylizowane zdjęcia willi i pałaców oraz totalnie irracjonalne zachowania dwójki głównych bohaterów, służące chyba tylko jako przerywnik przed kolejnym seksem. Reżyserka Barbara Białowąs pewnie kłóciłaby się ze mną, że nie zrozumiałem, co chciała przekazać, ale jak pokazało doświadczenie, lepiej z nią w takie dyskusje nie wchodzić.
Jack i Jill
Filmy z Adamem Sandlerem (pomijając zaskakujące wyjątki, jak choćby zeszłoroczne Nieoszlifowane diamenty) stały się już właściwie synonimem obciachu i złego smaku – 6 Złotych Malin i 23 nominacje do tej nagrody mówią same ze siebie. W Jacku i Jill aktor zaprezentował jednak nowe granice żenady. Fabuły tu właściwie nie ma, cały humor opiera się na tym, że Sandler wciela się w dwie role – Jacka i jego gruboskórną (dosłownie i w przenośni) siostrę bliźniaczkę. Oglądamy żarty tych najniższych lotów, związane z nadwagą, przewracaniem się i niszczeniem wszystkiego dookoła. Aha, no i przecież w Sandlerze ubranym w sukienkę zakochuje się Al Pacino. Ha. Ha. Ha.
Nieplanowane
Raz na jakiś czas wchodzą do polskich kin produkcje skierowane stricte do bardzo zatwardziałych katolików, osób, które nie tylko wierzą w Boga, ale słowa księdza z ambony lub odbiornika radiowego traktują jak więcej niż świętość – dla nich to wartości, za które jako naród wybrany musimy walczyć. Nie ma tu miejsca na dyskusję i wymianę poglądów, są zaś jedyne słuszne prawdy. Niestety, filmy w ramach tego nurtu zazwyczaj okazują się chamską manipulacją, obliczoną z góry na konkretnego widza, któremu mówi się dokładnie to, co chce usłyszeć. Bez scenariusza, bez aktorstwa i wszystkiego innego.
Chodzi tylko o przekaz. Taki był Bóg nie umarł, taki jest też tegoroczny film Nieplanowane. Antyaborcyjna agitka chce być tutaj jakimś głosem w sprawie, ale wychodzi po prostu śmiesznie. Twórcy za nic mają naukowe fakty, nie interesuje ich biologia, po prostu strzelają do widza propagandą, i to bez tłumika. Takie produkcje realizowało się kiedyś na zamówienie w krajach totalitarnych. Ktoś to oczywiście kupi, mało tego, będzie traktował Nieplanowane niczym współczesną Biblię – i takie jego prawo, niemniej z kinem twór ten nie ma nic wspólnego.
Movie 43
Ten film przoduje na wszystkich listach najgorszych produkcji i trudno się temu dziwić. Lubię ostrzejszy czy wręcz absurdalny humor, parodie itd., niektóre przedstawione tutaj nowele są zresztą całkiem niezłe (jak ta z rodzicami uczącymi syna w domu, którzy starają mu się pokazać pełnię szkolnych przeżyć), ale całościowo Movie 43 jest po prostu niesmaczny. Pęd ku temu, żeby nakręcić coś kontrowersyjnego i odjechanego na maksa, doprowadził do przesytu – w pewnym momencie nic nas już tu nie zaskakuje, nie śmieszy, co najwyżej żenuje. Niektóre filmy są tak głupie, że aż zabawne, ten jest zwyczajnie zbyt głupi. Masturbujący się kot dopełnił dzieła. Nie, dzięki.
Slender Man
W gatunku horroru też mieliśmy w ostatniej dekadzie sporo śmieci. Fatalne były Demony, bardzo rozczarowały Diabelska plansza Ouija, Herezja albo Poltergeist, krytycy nie zostawili też suchej nitki na The Possession Experiment. Ja wybrałem jednak inny tytuł, mianowicie Slender Man. Film nawiązujący do słynnej legendy miejskiej wydawał się skazany na sukces, wielu fanów opowieści z dreszczykiem bardzo na ten tytuł czekało, ale nic tu nie wyszło tak, jak powinno.
Zamiast wzbudzać napięcie i przerażenie, Slender Man śmiertelnie nudził. Zupełnie nie wykorzystano potencjału tej historii. Produkcja nie spełnia żadnego horrorowego wymogu, a poza tym sprawia wrażenie, jakby twórcy w pewnym momencie powiedzieli sobie „OK, i tak nic z tego nie będzie, zostawmy to” – opowieść wydaje się nieukończona, nic tu się nie klei.
Dzień Matki
W tak zwanej świątecznej trylogii Garry’ego Marshalla nie było ani jednej dobrej pozycji. Walentynki zachwycały plejadą gwiazd, ale były trochę o niczym. Sylwester w Nowym Jorku, mimo uroczego wątku z udziałem Michelle Pfeiffer, miał do zaoferowania niewiele więcej. To znowu była ta sama formuła – mnóstwo osobnych, leciutko powiązanych ze sobą historii, najwybitniejsi aktorzy Hollywood, popularne święto jako narracyjna oś, no i… tyle. W Dniu Matki wątków było już trochę mniej, ale nie przyniosło to poprawy. Wręcz przeciwnie. Produkcja z Julią Roberts, Jennifer Aniston i Kate Hudson była jeszcze bardziej bezbarwna i wtórna. Być może nie jest to najgorsza komedia w historii świata (choć śmiechu zbyt dużo tu nie uświadczycie), ale jeśli z takimi aktorkami jak Roberts i Aniston nie da się uwieść widowni, to oznacza, że po prostu nie było czym. Po co im to było? Julia ma oczywiście wobec reżysera dług wdzięczności (ach, ta Pretty Woman), ale Aniston?
Smoleńsk
Początkowo chciałem wstawić tu jakiś film Patryka Vegi, bo takie zestawienie bez jego udziału wydaje się nie mieć racji bytu. Potem stwierdziłem jednak, że nawet takie koszmarki jak Last Minute czy Botoks coś w sobie mają – choćby rozśmieszały mnie w momentach, w których twórcy absolutnie nie mieli takiego zamiaru, jakieś pozytywne emocje wywołują. Smoleńsk może zaś wywoływać jedynie złość.
Jest we mnie wielki bunt na to, że tak wielką tragedię, wydarzenie, które zmieniło oblicze współczesnej Polski, przedstawiono w sposób absolutnie niegodny – jako produkt wykonany na konkretne polityczne zamówienie, z udziałem ekipy i obsady wybranej nie ze względu na talent czy dorobek, ale poglądy. Efekt? Twór przypominający parodię, co w przypadku akurat tego tematu jest niedopuszczalne. Zamiast nakręcić bolesną, niemal dokumentalną opowieść o katastrofie albo studium podziału społeczeństwa, postawiono na fatalną jakościowo agitkę. Wstyd!
Emotki. Film
Przyzwyczailiśmy się już do tego, że animacje rodem z USA prezentują naprawdę wysoki poziom i zachwycają nie tylko dzieciaki, ale i dorosłych. Z Emotek nie byli zaś zadowoleni ani jedni, ani drudzy. Nie wiem, komu przyszedł do głowy pomysł na tę fabułę. Zapewne decydująca była tu chęć nakręcenia czegoś podobnego do W głowie się nie mieści oraz smartfonowy szał, który opanowuje coraz młodsze dzieciaki, ale tu nie wyszło po prostu nic. Ta historia nie angażuje, wizualnie jest co najwyżej przeciętna, ma fatalne, kompletnie nieśmieszne żarty.
Wydaje mi się, że jeśli chodzi o morał, również było nijako, ale szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, jak ten film się skończył. Zamiast fajnej, sympatycznej animowanej produkcji dostaliśmy półtoragodzinną reklamę.
Baywatch. Słoneczny patrol
Najgorszy przykład odgrzewanego kotleta, produkcji, która ma za zadanie zgarnąć kasę wyłącznie poprzez znajomy tytuł i popularne nazwiska na plakatach. Wybierając się na Baywatch. Słoneczny patrol, chciałem tylko popcornowej rozrywki, kiczowatej komedii w wakacyjnym klimacie. Seans był natomiast męczarnią. Powiedzieć o intrydze kryminalnej, że jest grubymi nićmi szyta, to mało. Jest tu mnóstwo dziur logicznych, jeszcze więcej momentów przestoju, kiedy nie dzieje się absolutnie nic, wreszcie – nie doświadczycie ani trochę energii i humoru. Jeśli ktoś chce popatrzeć sobie na wyrzeźbione męskie klaty i nieskazitelne damskie sylwetki, proszę bardzo. Przypominam jednak, że można to zrobić w łatwiejszy sposób, niż spędzając dwie godziny przy tej produkcji.
Prawdziwe zbrodnie
Ten film wstawiłem bonusowo, bo nie miał premiery w polskich kinach – pojawił się tylko na Warszawskim Festiwalu Filmowym, a obecnie można go oglądać w kilku serwisach VOD. Jest to jednak produkcja tak słaba, że po prostu nie można o niej nie wspomnieć. Wszystkie wcześniej wymienione tytuły w porównaniu z Prawdziwymi zbrodniami są arcydziełami. Takiego chaosu w warstwie fabularnej nie pamiętam, a filmów w swoim życiu obejrzałem tysiące. Widać gołym okiem, że film montowany był wielokrotnie, niestety nic to nie dało, jest to historia bez żadnego ładu i składu.
Kryminał czy thriller powinny wciągać tak, że nie chce się mrugnąć, aby nie stracić z seansu choćby sekundy; tutaj można wyjść na 20 minut i po powrocie wszystko będzie tak samo niejasne. Ciągnie się to wszystko jak flaki z olejem, w wielu momentach nie wiadomo, kto, gdzie i po co. Nagle główny bohater znajduje się w jakimś miejscu i rozmawia z kimś, kogo widzimy pierwszy raz na oczy, nie wiemy, o czym panowie dyskutują i jak w ogóle się tam znaleźli – takie sytuacje zdarzają się tu regularnie. To po prostu koszmarnie słaby film. Współczuję wszystkim wybitnym aktorom, którzy mieli wątpliwą przyjemność zagrania w tym czymś.
