Recenzje

SLENDER MAN. Przerażająca nuda

Jak przemienić jedną z najbardziej intrygujących postaci ostatniej dekady w gatunkową kliszę.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Strach ma wielkie oczy... a Slender Man ich nie ma

Historia zekranizowania losów Slender Mana przypomina drogę, jaką musiał przejść He-Man, zanim trafił na duży ekran. Najpierw była ogromna popularność o innym źródle (zabawki, serial animowany albo creepypasta czy inspiracja dla postaci Endermana w grze Minecraft), później przewlekłe niedowierzanie producentów, czy aby na pewno da się na tym zarobić. Wreszcie nastąpił przełom, ale za późno i niestety po linii najmniejszego oporu.

Slender Man narodził się w 2009 roku na jednym z internetowych forów, gdzie użytkownicy rzucili sobie wyzwanie tworzenia fikcyjnych zdjęć obrazujących zjawiska paranormalne. Z czasem zaczęły krążyć przeróżne legendy na temat pozbawionego twarzy monstrum, przypisano mu specyficzne właściwości (najbardziej znana głosi, że nie wolno na niego patrzeć), a niektórzy zatracili się w wykreowanym dla zabawy świecie do tego stopnia, że zaczęli doszukiwać się prawdy w tych współczesnych mitach.

Jako postać na tyle interesująca, by wspiąć się na panteon od lat okupowany przez Michaela Myersa, Jasona Voorheesa, Freddy'ego Kruegera i kilku innych, zostaje skarcony przez twórców i skazany na limbo przeciętności.

Podobnie jednak jak deska Ouija nie może mieć właściwości medium, bo obok G.I. Joe czy Transformersów jest tylko jednym z wielu produktów firmy Hasbro, tak i Slender Man jest wyłącznie wymysłem ludzkiej fantazji. Oczywiste? Okazuje się, że nie – w 2014 roku dwunastolatka zadała dziewiętnaście ciosów nożem koledze z klasy, bo rzekomo nakazał jej to nasz czarny charakter. Dyskusja na temat postaci nasilała się. Z jednej strony były gościnne występy w My Little Pony: Przyjaźń to magia, z drugiej oburzenie rodziców, którzy woleliby nawet, żeby ich pociechy zasłuchiwały się w dyskografii Slayera.

Wydawać by się mogło, że kapitał strachu zbieranego przez blisko dekadę jest wystarczająco duży, by stworzyć nie tyle arthouse’owe dzieło na miarę Uciekaj! czy Dziedzictwa. Hereditary, ile solidny, w konstrukcji klasyczny film grozy w stylu Obecności albo To. Nadzieje zaczęły jednak blaknąć, gdy na reżysera wytypowano Sylvaina White’a, który nieźle sobie radzi za kamerą serialowych produkcji (Imperium czy The Following), ale ma na koncie również fatalny Koszmar kolejnego lata – trzecią część slashera z lat 90., o której istnieniu pewnie nawet nie wiedzieliście (i lepiej udawajcie, że wciąż nie wiecie). Po premierze nie ma już wątpliwości – pełnometrażowy Slender Man przegrywa z memami, amatorskimi filmikami i zdjęciami krążącymi w sieci. Jako postać na tyle interesująca, by wspiąć się na panteon od lat okupowany przez Michaela Myersa, Jasona Voorheesa, Freddy’ego Kruger i kilku innych, zostaje skarcony przez twórców i skazany na limbo przeciętności.

Pomysłowość White’a plasuje się na podobnym poziomie, co pomysłowość chomika podejmującego codzienny trud rozdrapania plastikowego dna klatki. Trud oczywiście daremny. Dostajemy tak sztampowe rozwiązania, jak chaotyczne migawki z niepokojącymi scenkami (koniecznie zawierające zbliżenia oka, bo oczy zawsze wzbudzają lęk); filmik, którego obejrzenie jest wyrokiem śmierci; „straszne” dziecięce rysunki, niewłączanie świateł w ciemnych pomieszczeniach czy koszmarnie nudne internetowe śledztwo. Nie muszę chyba dodawać, że źródłem grozy mają tutaj być wyłącznie jump scare’y. Nie ma natomiast najważniejszego, czyli samego Slender Mana. Gwoli ścisłości – Michaela Myersa też prawie nie ma w pierwszej części Halloween, a Jasona Voorheesa nie ma w ogóle w inicjującym cykl Piątku trzynastego, ale wokół ich nieobecności konstruowane jest napięcie i to właśnie wyczekiwanie stanowi najbardziej emocjonującą część tych filmów. W przypadku Slender Mana po prostu patrzymy, jak nastolatka przegląda strony internetowe, i możemy poczuć się jak dzieciak, któremu tata proponuje: „Idziemy pograć?”, po czym sam chwyta za pad, a naszą rolę ogranicza do kibicowania (najlepiej niemego).

Slender Man to film bez charakteru, z postaciami bez charakteru, z antagonistą bez charakteru. Nie sprawdza się nawet jako prosta rozrywka wzbudzająca kilka dreszczyków, pozostawia po sobie wyłącznie uczucie znużenia. Rozczarowanie w tym przypadku jest znacznie większe niż po seansach Lasu samobójców, Krucyfiksu czy Baby Jagi, bo tamte historie nie zmarnowały dziesięciu lat budowania potencjału. Nie ma innego powodu, żeby oglądać ten film w kinie, jak tylko pokuta. Szkoda waszego czasu.

Ostatnio dodane