search
REKLAMA
Zestawienie

Słabsze od „Kotów”. NAJGORSZE filmy DEKADY

Karol Barzowski

13 kwietnia 2020

REKLAMA

Dzień Matki

Julia Roberts Jennifer Aniston

W tak zwanej świątecznej trylogii Garry’ego Marshalla nie było ani jednej dobrej pozycji. Walentynki zachwycały plejadą gwiazd, ale były trochę o niczym. Sylwester w Nowym Jorku, mimo uroczego wątku z udziałem Michelle Pfeiffer, miał do zaoferowania niewiele więcej. To znowu była ta sama formuła – mnóstwo osobnych, leciutko powiązanych ze sobą historii, najwybitniejsi aktorzy Hollywood, popularne święto jako narracyjna oś, no i… tyle. W Dniu Matki wątków było już trochę mniej, ale nie przyniosło to poprawy. Wręcz przeciwnie. Produkcja z Julią Roberts, Jennifer Aniston i Kate Hudson była jeszcze bardziej bezbarwna i wtórna. Być może nie jest to najgorsza komedia w historii świata (choć śmiechu zbyt dużo tu nie uświadczycie), ale jeśli z takimi aktorkami jak Roberts i Aniston nie da się uwieść widowni, to oznacza, że po prostu nie było czym. Po co im to było? Julia ma oczywiście wobec reżysera dług wdzięczności (ach, ta Pretty Woman), ale Aniston?

Smoleńsk

Początkowo chciałem wstawić tu jakiś film Patryka Vegi, bo takie zestawienie bez jego udziału wydaje się nie mieć racji bytu. Potem stwierdziłem jednak, że nawet takie koszmarki jak Last Minute czy Botoks coś w sobie mają – choćby rozśmieszały mnie w momentach, w których twórcy absolutnie nie mieli takiego zamiaru, jakieś pozytywne emocje wywołują. Smoleńsk może zaś wywoływać jedynie złość. Jest we mnie wielki bunt na to, że tak wielką tragedię, wydarzenie, które zmieniło oblicze współczesnej Polski, przedstawiono w sposób absolutnie niegodny – jako produkt wykonany na konkretne polityczne zamówienie, z udziałem ekipy i obsady wybranej nie ze względu na talent czy dorobek, ale poglądy. Efekt? Twór przypominający parodię, co w przypadku akurat tego tematu jest niedopuszczalne. Zamiast nakręcić bolesną, niemal dokumentalną opowieść o katastrofie albo studium podziału społeczeństwa, postawiono na fatalną jakościowo agitkę. Wstyd!

Emotki. Film

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że animacje rodem z USA prezentują naprawdę wysoki poziom i zachwycają nie tylko dzieciaki, ale i dorosłych. Z Emotek nie byli zaś zadowoleni ani jedni, ani drudzy. Nie wiem, komu przyszedł do głowy pomysł na tę fabułę. Zapewne decydująca była tu chęć nakręcenia czegoś podobnego do W głowie się nie mieści oraz smartfonowy szał, który opanowuje coraz młodsze dzieciaki, ale tu nie wyszło po prostu nic. Ta historia nie angażuje, wizualnie jest co najwyżej przeciętna, ma fatalne, kompletnie nieśmieszne żarty. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o morał, również było nijako, ale szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, jak ten film się skończył. Zamiast fajnej, sympatycznej animowanej produkcji dostaliśmy półtoragodzinną reklamę.

Baywatch. Słoneczny patrol

Najgorszy przykład odgrzewanego kotleta, produkcji, która ma za zadanie zgarnąć kasę wyłącznie poprzez znajomy tytuł i popularne nazwiska na plakatach. Wybierając się na Baywatch. Słoneczny patrol, chciałem tylko popcornowej rozrywki, kiczowatej komedii w wakacyjnym klimacie. Seans był natomiast męczarnią. Powiedzieć o intrydze kryminalnej, że jest grubymi nićmi szyta, to mało. Jest tu mnóstwo dziur logicznych, jeszcze więcej momentów przestoju, kiedy nie dzieje się absolutnie nic, wreszcie – nie doświadczycie ani trochę energii i humoru. Jeśli ktoś chce popatrzeć sobie na wyrzeźbione męskie klaty i nieskazitelne damskie sylwetki, proszę bardzo. Przypominam jednak, że można to zrobić w łatwiejszy sposób, niż spędzając dwie godziny przy tej produkcji.

Prawdziwe zbrodnie

True Crimes

Ten film wstawiłem bonusowo, bo nie miał premiery w polskich kinach – pojawił się tylko na Warszawskim Festiwalu Filmowym, a obecnie można go oglądać w kilku serwisach VOD. Jest to jednak produkcja tak słaba, że po prostu nie można o niej nie wspomnieć. Wszystkie wcześniej wymienione tytuły w porównaniu z Prawdziwymi zbrodniami są arcydziełami. Takiego chaosu w warstwie fabularnej nie pamiętam, a filmów w swoim życiu obejrzałem tysiące. Widać gołym okiem, że film montowany był wielokrotnie, niestety nic to nie dało, jest to historia bez żadnego ładu i składu. Kryminał czy thriller powinny wciągać tak, że nie chce się mrugnąć, aby nie stracić z seansu choćby sekundy; tutaj można wyjść na 20 minut i po powrocie wszystko będzie tak samo niejasne. Ciągnie się to wszystko jak flaki z olejem, w wielu momentach nie wiadomo, kto, gdzie i po co. Nagle główny bohater znajduje się w jakimś miejscu i rozmawia z kimś, kogo widzimy pierwszy raz na oczy, nie wiemy, o czym panowie dyskutują i jak w ogóle się tam znaleźli – takie sytuacje zdarzają się tu regularnie. To po prostu koszmarnie słaby film. Współczuję wszystkim wybitnym aktorom, którzy mieli wątpliwą przyjemność zagrania w tym czymś.

REKLAMA