Recenzje

NIEPLANOWANE. Czarno-biała reklama antyaborcyjna

Godzina i czterdzieści minut poświęcone na ideologiczny blok reklamowy to nieco za długo.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Misja zakończona sukcesem. Całkiem głośno zrobiło się o tym filmie również w Polsce, a recenzenci i dziennikarze przypomnieli sobie o nim ponownie na fali dyskusji o aborcji. Padają takie zarzuty, że Nieplanowane to antyaborcyjna agitka, wyssana z palca historia, która nijak ma się do faktycznego stanu rzeczy. Łatwiej byłoby twórcom odbijać te zarzuty, gdyby zaprezentowali widzowi produkt, który na poziomie artystycznym może stawać w szranki z czymkolwiek, co wyświetlane jest obecnie w kinach. A nie staje. Bezbronnie opuszcza ręce i męczy nasz wzrok przez godzinę i czterdzieści minut. I choć zarzuca się lewicowym dziennikarzom, że uderzają w ten film na oślep, atakując jego wymowę ideologiczną, to naprawdę warto zastanowić się przede wszystkim, jaki poziom artystyczny reprezentuje rzeczone dzieło.

Nieplanowane to film, który powstał na podstawie bestsellerowej książki Abby Johnson i Cindy Lambert pod tym samym tytułem. Bohaterką jest dyrektorka kliniki aborcyjnej, która złamana wydarzeniami, będącymi jej udziałem, dołącza do ruchu pro-life. Jest to oczywiście pretekst, aby snuć refleksje na temat istoty aborcji, jej powodów, meandrów ideologicznych oraz politycznej temperatury, która towarzyszy dyskusjom o niej. Mamy więc bohaterów, którzy trafiają do kliniki aborcyjnych, rozpatrzenie mechanizmów koncernowych, które napędzają tę machinę oraz pobieżne, nieco łopatologiczne komentarze dotyczące XXI wieku.

Jedna z bohaterek filmu, Abba (która wkrótce staje się ową dyrektorką), po wielu życiowych wywrotkach, trafia do organizacji Planet Parenthood. Ma ona na celu edukować oraz wspierać młodociane dziewczyny, które za wcześnie zaszły w ciążę. Widzimy, jak otwierają się przed nią kolejne bramy piekła w przeszarżowanych, nieco zbyt uderzających w łapy scenach, a jej moralność zostaje poddana kolejnym próbom. W tym samym czasie pod bramami kliniki widzimy gorliwie modlących się antyaborcjonistów, których motywacje – według narracji filmowej – są czyste i nieskazitelne. Wyznawcy pro-life po seansie pokiwają ze zrozumieniem głową, mówiąc: właśnie tak to wygląda. Strona pro-choice wzruszy ramionami i porówna film do kina Patryka Vegi. Może niezbyt słusznie, ponieważ reżyserzy Nieplanowanych nie okrasili swojego komentarza złośliwą, chichoczącą satyrą i nawet przez chwilę nie tracą poważnego tonu. I w sumie dobrze – z tematu aborcji nie powinno się żartować, przynajmniej nie za pomocą fabuły, która ma swoje zakorzenienie w rzeczywistości. Szkoda tylko, że linia oddzielająca dwa światy tak mocno rzutuje na kiepskie pozszywanie ze sobą dwóch tonacji. Tu nie ma pytań, jest jedynie gruba czerwona kreska oddzielająca dwie połówki.

Z jednej strony mamy kolorową, rodzinną i ciepłą sielankę ludzi kochających innych ludzi, walczących o ich życie i traktujących je z nabożną powagą (takim filmowym językiem pokazani są członkowie ruchu pro-life), a z drugiej – sterylny i brudny na przemian świat medycznej oraz korporacyjnej bezduszności. Nie ma miejsca na złudzenia, po której stronie mieszka prawdziwy szatan. Odbija się to również na charakterach postaci. Szefowa Abby jest złem wcielonym, a antyaborcyjny mąż gwarantem ciepła, porządku i bezpieczeństwa. Praktycznie wszystko, co napisano o bohaterach tego filmu, związane jest z kwestią ideologiczną lub światopoglądową, jak gdyby ich życie wewnątrz filmowego świata przypisane było jedynie kwestii ciąży oraz stosunku do niej. Abba jest więc kimś stojącym między jednym światem a drugim, a fabuła to nieustanna walka o jej duszę. Przeciąganie liny jest subtelne niczym cios w splot słoneczny.

Reżyserzy, Chuck Konzelman i Cary Solomon, chcą sprzedać nam mocną, nieco uproszczoną tezę, bardzo działającą na wyobraźnię. Według nich istniejąca naprawdę klinika aborcyjna jest miejscem napędzanym przemysłem śmierci, swoistą hamburgerownią, w której pozbywanie się ciąży jest traktowane jak złożenie cheeseburgera i zapakowanie go na wynos. I wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy oprócz tego mieli w tej opowieści aktorów, o których warto wspomnieć, albo szarą strefę, która odnosi się do tego, że żyjemy w bardzo skomplikowanym świecie. Nic z tych rzeczy do końca seansu się nie dzieje, napisy końcowe gasną, a widz czeka – na to, aż zacznie się prawdziwe kino. Godzina i czterdzieści minut poświęcone na ideologiczny blok reklamowy to nieco za długo.

Ostatnio dodane