Recenzje

365 DNI. Krystaliczna woda, błyskawiczne orgazmy, chemsex i filtry z FaceApp

Bezpiecznie  robi się na duszy, gdy po wyjściu z kina, obejrzeniu twarzy nieco rozczarowanych widzów, zaczynasz doceniać zwyczajność swojej "życiowej narracji".

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Jest taki filtr w aplikacji FaceApp, który sprawia, że na chwilę możesz zamienić się w obłędnie przystojnego mężczyznę. Garbaty nos nabiera szlachetności, czubata szczęka lekkiej kwadratury, a kruczoczarny zarost przywołuje na myśl typków z reklamy siłowni i sprayów do farbowania brody. Możemy na chwilę zmienić się w Massimo. Widziałem, jak młodzi ludzie, którzy wychowali się w Internecie nieco mocniej niż ja, wstawiali takie zdjęcia, ośmieszając swój wizerunek. Poczucie żenady nie pozwalało potraktować tego poważniej.

Nie było w tym jednak żadnej złośliwości, jedynie fakty – nie ma idealnych światów, wulkanicznych orgazmów i ciemnowłosego zła, które należy udomowić. Znikąd ratunku (oprócz porady u specjalisty), gdy seks jest nudny, codzienność monochromatyczna, a tkanka tłuszczowa waha się między 25 a 27%. Narracja o przygodnym spełnieniu zawiera w sobie niebezpieczeństwo chemsexu. Czym on jest? To termin powstały w kulturze klubowej jako nazwa dla połączenia narkotyków (głównie MDMA) oraz afrodyzjaków. Definicja udanego seksu, trwającego ponoć godzinami, to zagwozdka dla psychologów. Zwyczajność staję się po czymś takim jeszcze bardziej męcząca, a pułap tego, co dobre, zostaje podwyższony. Tak mniej więcej widzę popularność narracji tworzonych przez Dana Bilzeriana, E.L. James czy Blankę Lipińską, autorkę książki 365 dni – tworzą fantazję, o którą nie można się chociażby otrzeć w świecie rzeczywistym, nie próbując bycia transgresywnym.

Myślę, że opowieść o Laurze, tkwiącej od jakiegoś czasu w związkowej nudzie z kolesiem, który przypomina nieco Vienia z niebyłej już formacji Molesta Ewenement, nie jest dzieckiem złych intencji. Ponoć scenarzysta filmu Barbary Białowąs ułagodził niektóre wątki z literackiego oryginału, ale historia miłosna Polki na wakacjach oraz porywającego ją włoskiego mafioza jest problematyczna również tutaj. Jest taka nieczęsto dyskutowana scena w Jokerze, w której szalony klaun wbija nieproszony do mieszkania swojej przerażonej sąsiadki, a następnie widzimy, że z niego wychodzi. Tamten film tak desperacko wręcz próbuje sprawić, żebyśmy lubili antybohatera, że stara się utrzymać ambiwalencję – Joker może i zabił dziewczynę, ale my tego nie musimy oglądać. U Białowąs jest mniej subtelnie – jesteśmy świadkami tego, że Massimo porywa obiekt swoich westchnień i daje mu tytułowy rok na zakochanie. Teza, jakoby to uczucie miało być oparte jedynie na syndromie sztokholmskim, to jedyne wiarygodne psychologicznie wyjaśnienie tego, co dzieje się na ekranie. Ale nie – Massimo to kolejna popkulturowa strapiona dusza do zbawienia, który wystarczy, że zabierze kobietę na zakupy i przyrzecze, że „nawet jej nie tknie bez jej zgody”, a wszystko jest już cacy.

Szkoda, że Barbara Białowąs, dokładnie 8 lat po zrobieniu Big Love, niejako wymazuje własny słownik mówienia o uczuciach. To sprawna, ale zagubiona reżyserka, która w swoim kinie nie ma pojęcia, po czyjej stronie stanąć. Kobiety? Mężczyzny? Marzeń? Przy Big Love doszło do próby opowiadania o relacjach damsko-męskich za pomocą startych znaków popkultury, niejako naśmiewając się z tych najbanalniejszych. Wyszło jak wyszło, tym razem jednak Białowąs nie ma najmniejszych oporów, żeby sprzedawać stereotypy o kobietach i mężczyznach bez zająknięcia. Czy narzędzia ironii nie byłyby bardziej przydatne przy tej właśnie produkcji? Trzeba jednak przyznać, że jej oko potrafi dostrzec ładne rzeczy, a największa energia bije z tańca kamery. I chociaż wolno się to buja, ładnie na to popatrzeć, wesoło posłuchać…

O dziwo najwięcej życia, które motywowane jest chyba postawieniem wszystkiego na jedną kartę, bije z aktorów. Między Anną Marią Sieklucką a Michelem Morronem wytworzyła się widoczna więź, której źródeł należy doszukiwać się w zrozumieniu konwencji. Tu nie ma w czym grzebać, a cała energie vitale włożona być powinna w sceny seksu. Gdy aktorzy są blisko siebie, coś tam w powietrzu wisi, a gdy zaczynają rozmawiać, czar pryska. To kolejny popkulturowy dowód na wyższość jednostkowej charyzmy nad tekstem. Życzę tym aktorom dobrze, niech żyją w tej wesołej branży, ale na razie czeka ich domknięcie serii.

Tak, będziemy mieli serię, a ciąg dalszy nastąpi pewnie szybciej, niż chcieliby recenzenci. Bezpiecznie robi się na duszy, gdy po wyjściu z kina, obejrzeniu twarzy nieco rozczarowanych widzów, zaczynasz doceniać zwyczajność swojej „życiowej narracji”. Żadnych zawyżonych oczekiwań, chemikaliów w żyłach, migoczących kolorów, ale na szczęście – więcej prawdy, zwyczajności i prawdziwych ludzi. 

Ostatnio dodane