Seriale TV

TOO OLD TO DIE YOUNG – ZA STARZY NA ŚMIERĆ. Recenzja pozytywna

Nicolas Winding Refn znów dzieli i rządzi

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Przećpany koniec świata

Neon Demon był jak psychodeliczny zwid – Too Old To Die Young jest jak dzień po narkotykowej zabawie. Upalony, powolny, kwaśny, grzęznący w marazmie. Ból głowy po imprezie, moralny kac, pustka po szaleństwie. Wspólne dzieło Nicolasa Windinga Refna i Eda Brubakera nie bierze jeńców, wóz albo przewóz, tylko skrajne opinie. Jakiś czas temu Gracja Grzegorczyk krytykowała na naszych łamach Za starych na śmierć; ja będę tę produkcję chwalić i jej bronić.

We wszystkich negatywnych recenzjach Za starych na śmierć przewija się najgłupszy zarzut, jaki można mieć wobec filmu: że jest nudny. Bo czyja to właściwie wina? Twórcy czy recenzenta, który nie ma do dzieła dość cierpliwości i nie poświęca mu odpowiedniej uwagi? Nuda to pojęcie względne. Dla jednych powolny tok tej transowej, gangsterskiej historii okaże się zabójczy – inni (w tym ja) z każdym kolejnym odcinkiem będą siedzieli bliżej brzegu fotela, zahipnotyzowani medytacyjnym rytmem opowieści. Refn traktuje nudę jak środek stylistyczny – owszem, momentami go nadużywa, ale ten bezruch kreuje napięcie i generuje podskórny niepokój. Jest jak cisza przed burzą, usypia czujność widza przed gwałtownymi rozbłyskami przemocy i akcji (stara, dobra szkoła Sergia Leone) oraz przed okazjonalnymi kropelkami ironii i czarnego humoru, którymi zroszona jest całość.

Refn jak mało kto umie tworzyć takie obrazy, które zostają z człowiekiem na długo po seansie.

Nuda jest też odpowiedzią na przebodźcowanie współczesnego świata; twórcy serwują nam antyblockbuster i anty-Internet, zmuszają nas do skupienia się na zaledwie jednej otwartej stronie przeglądarki. Nikt nie spodziewa się po opowieści o glinach, gangsterach i mordercach takiej dawki ciszy, reżyser odwraca się plecami od robienia z takich osób bohaterów popkultury, pokazuje ich w najmniej spektakularnych, niefilmowych momentach. Serial płynie nieśpiesznie także po to, by zniewalać swym pięknem; twórcy ze słusznej autorskiej próżności chcą się popisać wysmakowanymi kompozycjami i pieszczącą oczy kolorystyką. Każdy kadr jest wart ramki, a muzykę Cliffa Martineza muszą docenić nawet najzajadlejsi przeciwnicy całości. Przede wszystkim jednak nuda jest w serialu nośnikiem pustki, jaka trawi bohaterów – wewnętrznie martwych, obojętnych, amoralnych, ogarniętych uczuciową atrofią i recytujących swoje kwestie z zapałem osoby pogrążonej w katatonii. Bo cały ich świat jest w stanie katatonii. Za starzy na śmierć to okrutny zapis schyłku – schyłku kultury, moralności, artystycznej potencji, męskości, wszystkiego. Smutny to serial.

To już nawet nie jest mroczny moralitet o upadku. To portret świata, w którym wszystko upadło dawno temu, a w powietrzu unosi się odór gnijących zwłok. To świat, który się przećpał. O temperamencie zdecydowanie bliższym temperamentowi Wady ukrytej Andersona niż Las Vegas Parano Gilliama. Bogiem tego zgniłego świata jest Jesus (Augusto Aguilera), książę meksykańskiego kartelu, zrodzony nie przez świętą Marię, a przez grzesznicę Magdalenę. To w zemście za jej śmierć zabija gliniarza, czemu przygląda się drugi z policjantów – Martin (Miles Teller), dziwny i zagadkowy facet o kamiennej twarzy, budzący skojarzenia z Kierowcą z Drive. To zdarzenie sprawia, że Martin zostaje mordercą na zlecenie. Nie wiemy, co popycha go do takiej decyzji – depresja, wypalenie, a może psychopatia? Jego wnętrze jest zagadką, jego życie jest przypadkiem. Los i kolejne zlecenia prowadzą Martina (i widza) przez najniższe kręgi piekła, a cały serial zamienia się w upiorny katalog sadyzmu i niesmaku. Na swojej drodze Martin spotyka wszelkiej maści szumowiny i gangsterów. Braci specjalizujących się w reżyserowaniu pornograficznych scen gwałtu i obleśnego ojca (William Baldwin), którego miłość do córki ma znamiona seksualnej fascynacji. Znamienne, że najlepszymi osobami w całym tym bagnie wydają się seryjny morderca Viggo (John Hawkes) i jego zleceniodawczyni Diana (Jena Malone), polujący na pedofilów. Wszystkie te wątki łączą się ze sobą w określony sposób, a cały serial wbrew pozorom jest starannie przemyślaną pod względem konstrukcji układanką, łamiącą klasyczne reguły narracyjnej gry (vide idące pod prąd oczekiwaniom zakończenie).

Ostatnio dodane