Publicystyka filmowa
TOO OLD TO DIE YOUNG – ZA STARZY NA ŚMIERĆ. Recenzja pozytywna
TOO OLD TO DIE YOUNG to psychodeliczna podróż przez moralny kac i emocjonalne zawirowania, którą warto poznać i docenić.
Neon Demon był jak psychodeliczny zwid – Too Old To Die Young jest jak dzień po narkotykowej zabawie. Upalony, powolny, kwaśny, grzęznący w marazmie. Ból głowy po imprezie, moralny kac, pustka po szaleństwie. Wspólne dzieło Nicolasa Windinga Refna i Eda Brubakera nie bierze jeńców, wóz albo przewóz, tylko skrajne opinie.
Jakiś czas temu Gracja Grzegorczyk krytykowała na naszych łamach Za starych na śmierć; ja będę tę produkcję chwalić i jej bronić.
We wszystkich negatywnych recenzjach Za starych na śmierć przewija się najgłupszy zarzut, jaki można mieć wobec filmu: że jest nudny. Bo czyja to właściwie wina? Twórcy czy recenzenta, który nie ma do dzieła dość cierpliwości i nie poświęca mu odpowiedniej uwagi? Nuda to pojęcie względne. Dla jednych powolny tok tej transowej, gangsterskiej historii okaże się zabójczy – inni (w tym ja) z każdym kolejnym odcinkiem będą siedzieli bliżej brzegu fotela, zahipnotyzowani medytacyjnym rytmem opowieści. Refn traktuje nudę jak środek stylistyczny – owszem, momentami go nadużywa, ale ten bezruch kreuje napięcie i generuje podskórny niepokój.
Jest jak cisza przed burzą, usypia czujność widza przed gwałtownymi rozbłyskami przemocy i akcji (stara, dobra szkoła Sergia Leone) oraz przed okazjonalnymi kropelkami ironii i czarnego humoru, którymi zroszona jest całość.
Nuda jest też odpowiedzią na przebodźcowanie współczesnego świata; twórcy serwują nam antyblockbuster i anty-Internet, zmuszają nas do skupienia się na zaledwie jednej otwartej stronie przeglądarki. Nikt nie spodziewa się po opowieści o glinach, gangsterach i mordercach takiej dawki ciszy, reżyser odwraca się plecami od robienia z takich osób bohaterów popkultury, pokazuje ich w najmniej spektakularnych, niefilmowych momentach. Serial płynie nieśpiesznie także po to, by zniewalać swym pięknem; twórcy ze słusznej autorskiej próżności chcą się popisać wysmakowanymi kompozycjami i pieszczącą oczy kolorystyką.
Każdy kadr jest wart ramki, a muzykę Cliffa Martineza muszą docenić nawet najzajadlejsi przeciwnicy całości. Przede wszystkim jednak nuda jest w serialu nośnikiem pustki, jaka trawi bohaterów – wewnętrznie martwych, obojętnych, amoralnych, ogarniętych uczuciową atrofią i recytujących swoje kwestie z zapałem osoby pogrążonej w katatonii. Bo cały ich świat jest w stanie katatonii. Za starzy na śmierć to okrutny zapis schyłku – schyłku kultury, moralności, artystycznej potencji, męskości, wszystkiego. Smutny to serial.
To już nawet nie jest mroczny moralitet o upadku. To portret świata, w którym wszystko upadło dawno temu, a w powietrzu unosi się odór gnijących zwłok. To świat, który się przećpał. O temperamencie zdecydowanie bliższym temperamentowi Wady ukrytej Andersona niż Las Vegas Parano Gilliama. Bogiem tego zgniłego świata jest Jesus (Augusto Aguilera), książę meksykańskiego kartelu, zrodzony nie przez świętą Marię, a przez grzesznicę Magdalenę. To w zemście za jej śmierć zabija gliniarza, czemu przygląda się drugi z policjantów – Martin (Miles Teller), dziwny i zagadkowy facet o kamiennej twarzy, budzący skojarzenia z Kierowcą z Drive. To zdarzenie sprawia, że Martin zostaje mordercą na zlecenie. Nie wiemy, co popycha go do takiej decyzji – depresja, wypalenie, a może psychopatia? Jego wnętrze jest zagadką, jego życie jest przypadkiem.
Los i kolejne zlecenia prowadzą Martina (i widza) przez najniższe kręgi piekła, a cały serial zamienia się w upiorny katalog sadyzmu i niesmaku. Na swojej drodze Martin spotyka wszelkiej maści szumowiny i gangsterów. Braci specjalizujących się w reżyserowaniu pornograficznych scen gwałtu i obleśnego ojca (William Baldwin), którego miłość do córki ma znamiona seksualnej fascynacji. Znamienne, że najlepszymi osobami w całym tym bagnie wydają się seryjny morderca Viggo (John Hawkes) i jego zleceniodawczyni Diana (Jena Malone), polujący na pedofilów. Wszystkie te wątki łączą się ze sobą w określony sposób, a cały serial wbrew pozorom jest starannie przemyślaną pod względem konstrukcji układanką, łamiącą klasyczne reguły narracyjnej gry (vide idące pod prąd oczekiwaniom zakończenie).
Świat Za starych na śmierć zamieszkują nie osoby, ale archetypy, instynkty i popędy, które nakręcają beznamiętne i bierne kukiełki o ludzkich powłokach. Neon Demon był baśnią przeglądającą się w archetypach zaludniających podświadomość kobiety wkraczającej w dorosłość; serial Za starzy na śmierć robi to samo, ale z podświadomością mężczyzny, co zbliża produkcję do Tylko Bóg wybacza.
Mamy więc tutaj przegląd wszystkich głęboko zakorzenionych, pierwotnych męskich konfliktów i frustracji. Pragnienie pokonania i przewyższenia własnego ojca. Kompleks Edypa. Potrzebę dominacji i ugruntowania pozycji w stadzie. Gen myśliwego, fascynację przemocą, skrywaną agresja. Strach przed wyjściem z etapu chłopca i wejściem w fazę mężczyzny. Introwertyzm. Homoerotyczne tęsknoty. Lęk przed kobietami. Pogardę dla kobiet. Idealizowanie kobiety. Refn od kilku już filmów bierze takie archetypiczne, szczątkowe historie – o znamionach mitu i baśni, o ciężarze tragedii antycznej czy dramatu szekspirowskiego – i umieszcza je we współczesnych, pustych, zepsutych realiach, prześmiewczo i jednocześnie z fascynacją czerpiąc z nowoczesnych form ekspresji artystycznej, takich jak teledysk czy estetyka instagramowa.
Oczywiście, inaczej niż w klasycznych historiach, te archetypy i motywy zostają przetasowane, a mężczyźni – upodleni. Najlepszym tego przykładem jest Jesus, zwierzęco wręcz krwiożerczy, kazirodczo pragnący własnej matki, uwikłany w niejasną relację z kuzynem oraz perwersyjną grę z Yaritzą. Świat mężczyzn nie istnieje bez kobiet, więc także w Za starych na śmierć stanowią one ważne bohaterki. Więcej: postaci Diany i Yaritzy (Cristina Rodlo) należą do wręcz mistycznego porządku, wprowadzają do historii elementy (dosłownej!) magii. Całą fabułę można interpretować jako pojedynek tych dwóch kobiet, w tajemniczy sposób wpływających na rozwój wypadków i rozporządzających pozostałymi bohaterami jak pionkami na planszy.
Yaritza to niezaprzeczalna gwiazda tej produkcji, z miejsca dołączyła też do mojej listy ulubionych heroin kina. Zagadkowa morderczyni w kurtce z czaszkami i oczami na plecach jest godną partnerką dla pewnego słynnego bohatera też noszącego kurtkę, tyle że ze skorpionem.
Serial jest ciągiem scen, które jednocześnie dają się interpretować jako zamknięte, samodzielne całostki oraz układają się w konsekwentną całość, pochylającą się nad trudnymi zagadnieniami przemocy i śmierci. Przede wszystkim jednak Za starzy na śmierć to triumf tego wszystkiego, co filmowe. Alejandro Jodorowsky już kilkanaście lat temu nazwał Duńczyka wizjonerem i jedynym współczesnym reżyserem, którego twórczość go interesuje. Rzeczywiście, Refn jak mało kto umie tworzyć takie obrazy, które zostają z człowiekiem na długo po seansie. Viggo zawieszony w ciemnej próżni, strzelający do symboli amerykańskiego zidiocenia i niemoralności.
Osiemnastka dziewczyny Martina, na której wszyscy goście radośnie skaczą w rytm Homicide (ang. zabójstwo) zespołu 999, a głównemu bohaterowi nakładają się na ten uroczy obrazek wizje zakrwawionych ciał. Zdziecinniali, hałaśliwi policjanci, tak bardzo niepasujący do posępnej narracji, urządzają swojemu koledze groteskowe przedstawienie, dziwaczne misterium męki Pańskiej z okazji zakończenia służby. Prześwietlony na czerwono Jesus z biczem, upodobniający się do czarta wśród przetworzonej, kojarzącej się z krzykami zarzynanych świń muzyki. Absolutnie każda scena, w której Arcykapłanka Śmierci sięga po swoją ozdobioną brylantami i podobizną wisielca broń.
Słynna już scena pościgu samochodowego. I tak wymieniać mogłabym jeszcze długo; ogólnie to po każdym odcinku, kiedy tylko pojawiały się napisy końcowe, a w tle leciały elektroniczne kompozycje Martineza, miałam ochotę wstać z kanapy i skandować: „Refn! Refn! Refn!” z takim samym zaślepieniem i fanatyzmem, z jakim w jednym z epizodów grupa policjantów skandowała: „Faszyzm! Faszyzm! Faszyzm!” w cudownej parodii coachingowych i MLM-owych spotkań.
Najnowsze dzieło Duńczyka nie usatysfakcjonuje przytłaczającej większości widzów. Krytycy filmowi zgodnie jak mechaniczne małpki pokręcą głowami z politowaniem. Platforma Amazon Prime, na której w czerwcu debiutował serial Za starzy na śmierć, już teraz odcina się od produkcji Refna i Brubakera: ich dzieło praktycznie nie doczekało się promocji. I wiecie co? Mam to w dupie. Wezmę taką jedną autorską rzecz za dziesięć taśmowo produkowanych seriali Netflixa, obyczajowych, przegadanych, zapominanych w tydzień po seansie.
Refn zrobił serial dla siebie – i super, że do nikogo się nie mizdrzy i pozostaje w zgodzie z własną wizją; że kręci takie kino, jakie sam chciałby oglądać, zamiast zgadywać, co kryje się w głowach widzów, oraz podporządkowywać się wyrokom statystyk, producentów i analityków. Jak coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. I niech sztuka dalej szuka – nie pieniędzy, ale nowych rozwiązań.
