search
REKLAMA
Seriale TV

TOO OLD TO DIE YOUNG – ZA STARZY NA ŚMIERĆ. Recenzja pozytywna

Katarzyna Kebernik

13 lipca 2019

REKLAMA

Neon Demon był jak psychodeliczny zwid – Too Old To Die Young jest jak dzień po narkotykowej zabawie. Upalony, powolny, kwaśny, grzęznący w marazmie. Ból głowy po imprezie, moralny kac, pustka po szaleństwie. Wspólne dzieło Nicolasa Windinga Refna i Eda Brubakera nie bierze jeńców, wóz albo przewóz, tylko skrajne opinie. Jakiś czas temu Gracja Grzegorczyk krytykowała na naszych łamach Za starych na śmierć; ja będę tę produkcję chwalić i jej bronić.

We wszystkich negatywnych recenzjach Za starych na śmierć przewija się najgłupszy zarzut, jaki można mieć wobec filmu: że jest nudny. Bo czyja to właściwie wina? Twórcy czy recenzenta, który nie ma do dzieła dość cierpliwości i nie poświęca mu odpowiedniej uwagi? Nuda to pojęcie względne. Dla jednych powolny tok tej transowej, gangsterskiej historii okaże się zabójczy – inni (w tym ja) z każdym kolejnym odcinkiem będą siedzieli bliżej brzegu fotela, zahipnotyzowani medytacyjnym rytmem opowieści. Refn traktuje nudę jak środek stylistyczny – owszem, momentami go nadużywa, ale ten bezruch kreuje napięcie i generuje podskórny niepokój. Jest jak cisza przed burzą, usypia czujność widza przed gwałtownymi rozbłyskami przemocy i akcji (stara, dobra szkoła Sergia Leone) oraz przed okazjonalnymi kropelkami ironii i czarnego humoru, którymi zroszona jest całość.

Nuda jest też odpowiedzią na przebodźcowanie współczesnego świata; twórcy serwują nam antyblockbuster i anty-Internet, zmuszają nas do skupienia się na zaledwie jednej otwartej stronie przeglądarki. Nikt nie spodziewa się po opowieści o glinach, gangsterach i mordercach takiej dawki ciszy, reżyser odwraca się plecami od robienia z takich osób bohaterów popkultury, pokazuje ich w najmniej spektakularnych, niefilmowych momentach. Serial płynie nieśpiesznie także po to, by zniewalać swym pięknem; twórcy ze słusznej autorskiej próżności chcą się popisać wysmakowanymi kompozycjami i pieszczącą oczy kolorystyką. Każdy kadr jest wart ramki, a muzykę Cliffa Martineza muszą docenić nawet najzajadlejsi przeciwnicy całości. Przede wszystkim jednak nuda jest w serialu nośnikiem pustki, jaka trawi bohaterów – wewnętrznie martwych, obojętnych, amoralnych, ogarniętych uczuciową atrofią i recytujących swoje kwestie z zapałem osoby pogrążonej w katatonii. Bo cały ich świat jest w stanie katatonii. Za starzy na śmierć to okrutny zapis schyłku – schyłku kultury, moralności, artystycznej potencji, męskości, wszystkiego. Smutny to serial.

To już nawet nie jest mroczny moralitet o upadku. To portret świata, w którym wszystko upadło dawno temu, a w powietrzu unosi się odór gnijących zwłok. To świat, który się przećpał. O temperamencie zdecydowanie bliższym temperamentowi Wady ukrytej Andersona niż Las Vegas Parano Gilliama. Bogiem tego zgniłego świata jest Jesus (Augusto Aguilera), książę meksykańskiego kartelu, zrodzony nie przez świętą Marię, a przez grzesznicę Magdalenę. To w zemście za jej śmierć zabija gliniarza, czemu przygląda się drugi z policjantów – Martin (Miles Teller), dziwny i zagadkowy facet o kamiennej twarzy, budzący skojarzenia z Kierowcą z Drive. To zdarzenie sprawia, że Martin zostaje mordercą na zlecenie. Nie wiemy, co popycha go do takiej decyzji – depresja, wypalenie, a może psychopatia? Jego wnętrze jest zagadką, jego życie jest przypadkiem. Los i kolejne zlecenia prowadzą Martina (i widza) przez najniższe kręgi piekła, a cały serial zamienia się w upiorny katalog sadyzmu i niesmaku. Na swojej drodze Martin spotyka wszelkiej maści szumowiny i gangsterów. Braci specjalizujących się w reżyserowaniu pornograficznych scen gwałtu i obleśnego ojca (William Baldwin), którego miłość do córki ma znamiona seksualnej fascynacji. Znamienne, że najlepszymi osobami w całym tym bagnie wydają się seryjny morderca Viggo (John Hawkes) i jego zleceniodawczyni Diana (Jena Malone), polujący na pedofilów. Wszystkie te wątki łączą się ze sobą w określony sposób, a cały serial wbrew pozorom jest starannie przemyślaną pod względem konstrukcji układanką, łamiącą klasyczne reguły narracyjnej gry (vide idące pod prąd oczekiwaniom zakończenie).

Katarzyna Kebernik

Katarzyna Kebernik

Pisze. Żyje dla czytania, oglądania, słuchania i snucia opowieści. Lauretka II nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz zwyciężczyni konkursu Krytyk Pisze Festiwalu Kamera Akcja. Publikuje w "KINIE", "Pleografie" i (oczywiście) na film.org.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA