Connect with us

Publicystyka filmowa

Reżyser mój WRÓG, czyli siedem najciekawszych KONFLIKTÓW na planie filmowym

„WRÓG” to fascynująca podróż przez siedem filmowych konfliktów, gdzie emocje i ambicje zderzają się w dramatycznym stylu.

Published

on

Reżyser mój WRÓG, czyli siedem najciekawszych KONFLIKTÓW na planie filmowym

Pisząc pracę na temat konfliktów na planach filmowych między reżyserami a aktorami, napotkałam na dwie podstawowe trudności. Pierwszą z nich była konieczność ograniczenia się do kilku najciekawszych. Drugą, znacznie gorszą: za wszelką cenę nie dać ponieść się emocjom i mimo wszystko pozostać bezstronnym.

Advertisement

Konflikty na planach filmowych wybuchają z różnych pobudek – czasami zupełnie błahych, czasem poważnych. Niejednokrotnie dotyczą walki między nieznającymi granic mężczyznami i nieznającymi swoich praw kobietami, ale i kobiety nie zawsze są święte. Atmosferę na planie potrafi zepsuć także trudny charakter którejś ze stron konfliktu. A to reżyser jest zbyt wymagający, a to aktor jest zbyt pewny swego geniuszu i nie liczy się z żadną krytyką. Poznajmy więc siedem sytuacji, w których doszło do konfrontacji między reżyserem a aktorem.

Nieodwzajemnione zauroczenie

Hitchcock – nazwisko, które znane jest chyba każdemu. Filmowy geniusz, a jednocześnie rubaszny, pozbawiony skrupułów, sfrustrowany sadysta, o czym w pełni przekonała się debiutująca młoda aktorka, Tippi Hedren.

Advertisement

To właśnie ją reżyser wypatrzył w reklamie coca-coli i zachwycony jej wdziękiem, zaangażował do roli w filmie Ptaki. A że Hedren była zdeterminowana i nie do końca wiedziała jeszcze, na co może się zgadzać, a na co nie, stała się główną ofiarą Hitchcocka. Ofiarą, która najpierw odgrywała rolę bóstwa. Niestety Hedren, mimo początkowych próśb, które ostatecznie zmieniły się w groźby, nie zauroczyła się Hitchcockiem. Ten natomiast wyraźnie nie radził sobie z odmową i być może zignorowanie takiego „zaszczytu”, jakim był romans z nim samym, było dla niego szczytem bezczelności ze strony młodej aktorki.

Postanowił więc pokazać jej, kto tu rządzi. Elementem owej dominacji był chociażby sposób kręcenia niektórych scen. Mimo zapewnień, że będzie inaczej, na planie użyto żywych ptaków, którymi Hedren została obrzucona. Dodatkowo, aby nie odlatywały, były przywiązywane żyłkami. Mało? Reżyser postanowił decydować o każdym jej kroku, ubraniu czy fryzurze. Aby jeszcze bardziej przytłoczyć aktorkę, kontrolował także jej kontakty z przyjaciółmi i miał swoich ludzi, którzy śledzili każdy jej krok. I chociaż reżyser znany był w środowisku ze swoich zawyżonych wymagań, w tym przypadku nawet pozostali aktorzy pracujący na planie Ptaków przyznawali, że jego obsesja na punkcie Hedren przekraczała wszelki granice.

Advertisement

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że reżyser zwyczajnie był perfekcjonistą i dążył do tego, by odwzorować idealnie swoja wizję, uzyskać efekt strachu. No cóż. Myślę, że mimo wszystko można to był zrobić inaczej. Bez rujnowania kariery i psychiki Tippi Hedren.

Tańcząc z wrogiem

Björk i Catherine Deneuve w filmie Tańcząc w ciemnościach

Lars von Trier to kolejny pan, któremu wydawało się, że może pozwolić sobie na wiele.

Podobno. Bo konflikt ten jest dość zagmatwany i niejednoznaczny. W odróżnieniu od starcia między Hitchcockiem i Hedren sytuacja, jaka miały miejsce na planie filmu Tańcząc w ciemnościach, jest bardzo trudna do ocenienia. Kiedy na jaw wyszły skandaliczne zachowania Harveya Weinsteina, swoją historię postanowiła opowiedzieć też piosenkarka i aktorka Björk. Wspomniała traumatyczne wydarzenia, które miały miejsce podczas jej współpracy z duńskim reżyserem. I chociaż nie wymieniła jego nazwiska, dla wszystkich stało się jasne, że mowa to o von Trierze. Björk wspomina nie tylko porywczość reżysera, ale także groźby z jego strony i propozycje seksualne skierowane w jej kierunku, w których von Trierowi nie przeszkadzała nawet obecność żony.

Advertisement

Stanowisko reżysera w tej sprawie jest nieco inne. Tłumaczy on, że owszem, dotykał jej, a raczej przytulał, ale był to dotyk przyjacielski i robi tak ze wszystkimi aktorami, z którymi współpracuje. Wspomina on również, że dziennikarze i tak nie chcą uwierzyć w jego wersję. O tym, że to Björk rządziła na planie, mówi również producent Peter Aalbæk Jensen. Jak było naprawdę, wiedzą tylko Björk i von Trier.

Nie sposób jednak przy tej sprawie nie zwrócić uwagi na dwie kwestie. Pierwszą jest znana w sieci akcja #metoo – z jednej strony w ogromny sposób pomogła ona wielu kobietom, które przeszły piekło i dotąd milczały, z drugiej jednak strony została przez niektóre panie nieco wykorzystana. Kwestią drugą są osoby, które opowiedziały się po stronie Björk – czy słusznie, tego nie wiem. Wiem natomiast, że poparcie oskarżenia wobec reżysera argumentem, iż w jego filmach jest sporo przemocy i seksualności, jak dla mnie jest niedorzeczne.

Advertisement

Kwestia trzecia – biografia von Triera. To właśnie z niej dowiemy się kilku znaczących ciekawostek. A mianowicie tego, że oboje, i von Trier, i Björk, byli bardzo uparci i impulsywni, oboje chcieli też rządzić. A współpraca z Björk była jednym wielkim koszmarem. Kapryśna gwiazda nazywała pomysły reżysera gównianymi, cały czas straszyła go, że odejdzie, nie szanowała ani reżysera, ani reszty ekipy filmowej (dobowe spóźnienie czy ataki wściekłości, z jakimi musiała zmagać się kostiumograf). Innym problemem, jaki miała Björk, był fakt, że… nie potrafiła odróżnić fikcji od rzeczywistości. Scena morderstwa, którego dokonywała w filmie, doprowadzała ją do skraju załamania nerwowego.

Ale i von Trier, zmagając się z kapryśną i humorzastą Björk, był całkowicie wykończony psychicznie – do tego stopnia, że zdarzało mu się zapłakać. Chociaż biografia von Triera, jak się łatwo domyślić, może być nieco stronnicza, to z pewnością wybryki Björk również trzeba brać pod uwagę.

Advertisement

Niemniej chyba nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę.

Molestowanie i załamanie psychiczne

I znowu kobiety. I znowu oskarżenie o molestowanie. Zestawienie dwóch filmów: Głębokiego gardła i Ostatniego tanga w Paryżu nie powinno nikogo dziwić. Linda Lovelace oraz Maria Schneider do końca życia zmagały z traumą wywołaną molestowaniem, do którego ich zdaniem doszło na planach filmowych.

Advertisement

Głębokie gardło – najpopularniejszy film erotyczny z 1972 roku to klasyk, o którym słyszeli nie tylko domorośli amatorzy pornografii. W końcu nie bez powodu jest jednym z najbardziej dochodowych filmów w historii kina. Film ten ma jednak swoja ciemną stronę, jaką jest długoletnia trauma głównej aktorki. Lindę Lovelace do świata filmu, ale także narkotyków i pornografii wprowadził jej mąż Charles Traynor. To „dzięki niemu” zagrała w kilku niskobudżetowych produkcjach pornograficznych (w tym „Dogarama”) i to on zapoznał ją z Gerardem Damianem, który zafascynowany Lovelace, postanowił obsadzić ją w głównej roli w swoim filmie.

Filmie, w którym według wizji reżysera główna bohaterka mogła osiągać orgazm tylko przez seks oralny. W konflikcie między Damianem a Lovelace trudno stanąć po stronie reżysera, widząc, jakimi argumentami posługują się obie strony. Lovelace została przedstawicielką walki kobiet przeciwko pornografii, a traumatyczną współpracę z Gerardem Damianem (a także życie z mężem zmuszającym ją do seksu z innymi mężczyznami) wspomina w swojej biografii, na potrzeby której pomyślnie przeszła test wariografem.

Advertisement

Argumenty reżysera, które możemy usłyszeć chociażby w jednym z udzielonych przez niego wywiadów, w porównaniu z punktem widzenia Lovelace są, krótko mówiąc, niedorzeczne i oburzające. Damiano mówi między innymi, że ludzie, którzy nie oglądają filmów pornograficznych, popełniają przestępstwa seksualne, a ci, którzy je oglądają, tego nie robią. Żeby było jeszcze ciekawiej, kobiety, które są przeciwne pornografii, nazywa wyrzutkami seksualnymi i z ogromną pewnością siebie przekonuje, że Lovelace na planie Głębokiego gardła przeżyła najlepsze chwile w swoim życiu. W jego wypowiedziach na temat sytuacji aktorki widać wyraźne próby zmiany tematu. Lovelace to nie jedyna artystka, która występ w znanym filmie przypłaciła traumą na całe życie.

„Ostatnie tango w Paryżu”

Podobna historia spotkała także Marię Schneider, której sprawa stała się głośna dopiero w 2016 roku. Trudno zrozumieć, co mieli w głowie Bernardo Bertolucci i Marlon Brando, kiedy podczas jedzenia śniadania, patrząc na masło, wymyślili scenę gwałtu analnego. I scena jak to scena, sama w sobie nie jest niczym złym, bo o wiele gorsze okrucieństwa można było już spotkać w kinie, gdyby nie jeden mały szczegół – aktorka nie była o niej poinformowana. Można zrozumieć różne metody pracy reżyserów. To, że czasem zszokowanie aktora, spontaniczność wywołuje w nich najprawdziwsze emocje. Ale w tych metodach są pewne granice. A Schneider poczuła się zwyczajnie… zgwałcona.

Chociaż panowie zapewniają, że do gwałtu nie doszło. Nie zapominajmy jednak, że Schneider miała wtedy 19 lat i nie bardzo jeszcze wiedziała, na co jako początkująca aktorka może się zgodzić, a na co nie. A duet Bertolucci i Brando nie tylko zmusili ją do zrobienia czegoś wbrew sobie, ale również nie pomyśleli, by później przeprosić. Fakt – zamierzony efekt został uzyskany. Tyle że wściekłość i poczucie poniżenia, jakie oglądamy w tej scenie, są autentyczne, a konsekwencją nieprzemyślanej decyzji Bertolucciego było wieloletnie załamanie nerwowe, z którym zmagała się aktorka. Jak widać, bycie artystą wizjonerem nieznającym granic ma swoje ciemne strony, którymi owi tytani sztuki nie zawsze się przejmują.

Advertisement

Reżyser bez prawa głosu

Marlon Brando dał się we znaki nie tylko młodej Marii Schneider filmie Ostatnie tango w Paryżu. Jak nieznośny potrafi być, miał okazję przekonać się pracujący z nim przy filmie Rozgrywka reżyser Frank Oz. Oz, znany szerzej jako aktor dubbingowy, np. głos Yody, czy reżyser Muppetów, kręcąc w 2004 roku swój pierwszy dramat, zatrudnił do niego trzech znakomitych aktorów: Marlona Brando, Roberta De Niro oraz Edwarda Nortona.

Czego później pożałował i jak sam mówi – wolałby mieć mniejszy budżet i zatrudnić nikomu nieznanych aktorów. Bo 77-letni Brando najwidoczniej postawił sobie za cel w swoim ostatnim filmie uprzykrzyć życie reżyserowi. A Frank Oz okazał się ofiarą doskonałą. Jak bowiem inaczej określić reżysera, który kompletnie nie potrafił zapanować nad aktorami na planie ani wyegzekwować swoich żądań? Brando doskonale wyczuł, z kim ma do czynienia. Nie pozwolił Ozowi zrobić z siebie mapeta i dać sobą sterować. By podkreślić swój brak szacunku do Oza, nazywał go Miss Piggy. Nie zgodził się, aby postać Maxa, w którą się wcielał, była zgodna z wizją reżysera, co już samo w sobie jest paranoją.

Advertisement

Bo owszem, może dyskutować i dawać sugestie, jednak całkiem inna kwestią jest całkowity bunt na planie. Chyba najdoskonalszym dowodem na to, jak groteskowa była to sytuacja, jest fakt że Brando nie zgodził się występować, gdy na planie był reżyser. Oz potulnie musiał obserwować go z innego pomieszczenia. Pomyślcie, jak na taką zachciankę, nawet najlepszego aktora, zareagowałby chociażby Kubrick? Przypuszczalnie wybuchłby śmiechem. Na szczęście dzięki pomocy Roberta De Niro, który robił za rozjemcę, film udało się skończyć i mimo wszystko, oglądając go, nie wyczujemy, jak komicznie wyglądała praca na planie.

Zastraszanie i histeria

I tak jak w przypadku filmu Rozgrywka Marlon Brando wiódł prym na planie i nie liczył się z nikim, tak w filmie Lśnienie mamy sytuację zgoła odwrotną.

Advertisement

Shelley Duvall, odgrywająca rolę Wendy Torrence, nie miała prawa głosu. A nawet jeśli próbowała coś sugerować, to wizjoner, demiurg, nieznający sprzeciwu geniusz Stanley Kubrick wystarczająco skutecznie dał jej do zrozumienia, że to on jest panem na tym planie i wszyscy będą robić to, czego on wymaga. No… może nie do końca. Bo nie jest żadną tajemnicą, że Jacka Nicholsona traktował o niebo lepiej. Kubrick nie tylko zakazał wszystkim członkom ekipy filmowej okazywania współczucia aktorce, ale również na każdym kroku dawał jej do zrozumienia, jak bardzo jej opinie są bezwartościowe i że nikt się z nią nie liczy.

Przy każdej okazji zastraszał i doprowadzał do psychicznego wyczerpania, do histerii, których efekty możemy obserwować w powtarzanej ponad sto razy scenie „walki” na schodach między zrozpaczoną i bezsilną Wendy a popadającym w szaleństwo Jackiem. Samo powtarzanie sceny kilkadziesiąt razy może nawet najbardziej spokojną i cierpliwą osobę doprowadzić do szału, a mamy tu do czynienia z kobietą wyczerpaną i fizycznie, i psychicznie, która po odgrywaniu trudnych scen u chorobliwie wymagającego reżysera nie otrzymywała od nikogo wsparcia. Nie dziwi więc chyba nikogo, jak koszmarnie wspomina współpracę z Kubrickiem.

Advertisement

Nie zaskakuje również fakt, że Duvall porzuciła aktorstwo i zmagała się z licznymi zaburzeniami psychicznymi. I chociaż Lśnienie jest bezsprzecznie filmem wybitnym, który przetrwał próbę czasu, roli Duvall nie da rady ocenić jednoznacznie pozytywnie. Bo według jednych zagrała wybitnie, dla innych natomiast jej postać jest przerysowana i groteskowa.

Agresor czy przyjaciel?

Najciekawszą historię konfliktu między reżyserem a aktorem zostawiłam na koniec. Co się stanie, jeśli wybitny, stawiający na swoim reżyser spotka się na planie filmowym z genialnym, aczkolwiek skrajnie wybuchowym aktorem? Nastąpi eksplozja, której efektem będzie długoletnia przyjaźń oraz arcydzieła kinematografii, bo jak inaczej określić Fitzcarralda czy Aguirre’a, gniew boży? Współpraca Herzoga z Kinskim była wybitnie trudna i wybitnie owocna. Kinski to osobnik wyjątkowy. A Herzog mógł się o tym przekonać najdobitniej. Nie tylko pracowali razem, ale również wspólnie mieszkali, co Herzog zapamiętał bardzo dobrze. Zapamiętał człowieka ekscentrycznego, chodzącego nago po mieszkaniu, zapamiętał szaleńca, który w napadzie furii rozbił sedes, krzyczał i się miotał, ale zapamiętał także perfekcjonistę, który godzinami ćwiczył dykcję.

Advertisement

Szaleństwo Kinskiego dało się we znaki także wszystkim, którzy musieli znosić jego humory na planie filmowym. Kinski miał się bowiem za Boga. Już sam fakt, że w dżungli są owady, pada deszcz i nie zapewniono mu hotelu, wyprowadził go z równowagi. Szału zresztą dostawał na każdym kroku. Nie pasował mu fakt, ze ktoś chce narzucić mu swoje zdanie, bo z jakiej to racji reżyser ma swoją wizję niezgodną z jego wymaganiami? I tak oto rozpoczął się pierwszy konflikt – Kinski chciał być na pierwszym planie, reżyser ośmielał się mieć wizję, by w kadrze była natura.

Miotając się ze złości, Kinski zarzucił Herzogowi manię wielkości, na co ten ze spokojem odpowiedział: „To jest nas dwóch”. Bo Herzog znał metodę, jak poskromić tę genialną bestię – wystarczyło nie dać się sprowokować. Ludzie pracujący na planie nazywali Kinskiego szaleńcem. Mówili, że nie panuje nad swoimi emocjami, jest agresywny, chłodny, roszczeniowy. Jeśli ktoś teraz myśli, że przesadzali, wystarczy wspomnieć kilka faktów. Na przykład to, że uderzył jednego aktora mieczem w głowę i pewnie gdyby nie hełm, atak ten zakończyłby się śmiercią. Mało? Innemu odstrzelił opuszek palca. Ale napady szału nie były jedynym problemem, jaki Herzog i pozostali mieli z tym wybitnym szaleńcem.

Advertisement

Kinski był skrajnym egocentrykiem. Herzog wspomina sytuację,, w której jeden z członków ekipy filmowej został ugryziony przez jadowitego węża i… odciął sobie stopę. Kinski wściekł się, że przez chwilę nie jest w centrum zainteresowania. Był na tyle irytujący, że nawet obecni na planie filmowym Indianie zaproponowali Herzogowi, że mogą go zabić (i w sumie ich niechęć do Kinskiego została wykorzystana w jednej ze scen).

SZERYF Z FIRECREEK

Kinski znał doskonale swoją wartość, sam siebie nazwał przecież „monumentalnym i epokowym”. Znał ją na tyle, że chciał decydować o tym, kogo zatrzymać, a kogo zwolnić. Jednak Herzog, chociaż wiedział, że Kinski jest niezastąpiony, nie dał się mu zastraszyć. I nawet kiedy ten po raz kolejny wykrzykiwał, że odchodzi, Herzog ze spokojem w głosie zastraszył go, że jeśli ten odejdzie, to on zabije i jego, i siebie. Kinski zdębiał, ale szantaż zadziałał. Mimo że współpraca z Kinskim dla Herzoga musiała być katorgą, to tak naprawdę byli przyjaciółmi.

Advertisement

I chociaż Kinski, jak sam przyznał, dla efektu kontrowersji nazwał w swej książce Herzoga beztalenciem, to w wywiadach nazywał go geniuszem. Bo Kinski łatwo się zapalał, ale w gruncie rzeczy nie był zły i potrafił się opamiętać, czego przykładem może być chociażby fakt, że pomagał w opatrywaniu rany jednego z operatorów.

I chociaż wydaje się to niemożliwe, reżyser pamięta swojego przyjaciela również jako łagodnego i kruchego człowieka. Mimo wszelkich trudów i konfliktów uzupełniali się nawzajem. Może dlatego, że – jak przyznał sam Kinski – oboje byli szaleni. Tak czy inaczej Herzog i Kinski stworzyli idealny duet i wybitne kino, które od lat nie straciło na wartości i z którego do dziś mogą uczyć się zarówno aktorzy, jak i reżyserzy.

Advertisement

Absolwentka Filologii Polskiej ze specjalizacją Filmoznawstwo i Teatrologia. Kocha zwierzęta i podróże - ale przede wszystkim nietuzinkowe kino z wszelkich (nawet tych najbardziej abstrakcyjnych) stron świata. Święta Filmowa Trójca: Pasolini, Bałabanow, Kubrick.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *