Connect with us

Publicystyka filmowa

5 filmów BERNARDO BERTOLUCCIEGO, które MUSISZ znać

Odkryj pięć arcydzieł BERNARDO BERTOLUCCIEGO, które wciągną Cię w emocjonalne i kontrowersyjne światy jego wizji filmowej.

Published

on

5 filmów BERNARDO BERTOLUCCIEGO, które MUSISZ znać

Urodzony w Parmie blisko 80 lat temu Bernardo Bertolucci uchodził za jednego z najbardziej wizualnych reżyserów Starego Kontynentu. Był też jednym z najbardziej kontrowersyjnych twórców kina – głównie przez wzgląd na zawsze obecną w jego filmach nagość i erotykę, którymi bardzo swobodnie operował. Jednak Włoch nie bał się też podejmować drażliwych tematów, dotykać ważnych treści oraz zanurzać w niezgłębione światy. Szkoda, że to wszystko w ostatnich latach życia Bertolucciego przysłoniły skandale wygrzebywane z planów jego dawnych filmów.
Advertisement

Tych, od momentu debiutu w 1962 roku, nakręcił ostatecznie szesnaście (plus dwa segmenty w produkcjach nowelowych). Żadnemu nie można odmówić swego rodzaju klasy. Poniżej piątka tych najważniejszych, z którymi warto zapoznać się w pierwszej kolejności.

Ostatnie tango w Paryżu (Last Tango in Paris; 1972)

Najbardziej niesforne dzieło reżysera – jedno z tych, o których niezwykle trudno się pisze bez zagłębiania się w szczegóły. To właśnie ono przyczyniło się do publicznego oczerniania jego nazwiska w ramach akcji #MeToo. Rzecz o tym, jak to podstarzały Amerykanin (w tej roli podstarzały Marlon Brando) tuż po samobójczej śmierci swojej żony poznaje młodą Francuzkę (młoda Maria Schneider), z którą zaczyna seksualne igraszki, pozornie bez emocjonalnego zaangażowania…

Film powstał w czasach, kiedy nie zamykano okiennic przed podobnymi rzeczami, zatem mimo kontrowersyjnej fabuły i całego tego seksu otrzymał on dwie nominacje do Oscara i Złotego Globu, a za muzykę dostał nawet statuetkę Grammy. Powszechnie uznawany za jedno z najlepszych przedsięwzięć Bertolucciego (sam Roger Ebert poświęcił mu aż trzy recenzje!), zalicza się z całą pewnością do jego najbardziej wysmakowanych estetycznie dzieł. Jeśli więc kogoś nie przerażają cycki i nie mdleje, gdy z ekranu lecą przekleństwa, to żywo powinien zainteresować się tym tytułem – choćby i po to, aby sprawdzić, o co w ogóle tyle hałasu.

Advertisement

Wiek XX (Novecento aka 1900; 1976)

Wyjątkowo ambitny projekt – ponad pięciogodzinny (!!) fresk historyczny, który robi wrażenie nie tylko długością, ale i obsadą (Robert De Niro, Gérard Depardieu, Sterling Hayden, Donald Sutherland, Burt Lancaster). Przepięknie sfotografowany i opatrzony muzyką Ennio Morricone, opowiada o początkach minionego stulecia w słonecznej Italii. Z punktu widzenia dwóch dorastających chłopców – przyjaźniących się synów chłopa i arystokraty – Bertolucci pokazuje kształtowanie się faszyzmu i rozwój socjalizmu.

Na swój sposób jest to film bardzo podobny do późniejszego Dawno temu w Ameryce, gdzie też obserwujemy, jak Bobby De Niro spogląda wstecz na swoje życie. Mniej jednak spójny od dokonania Sergia Leone. Nie nudzi co prawda, ale bywa mocno nierówny i pozostawia po sobie lekki niedosyt. Tak jakby reżysera bardziej interesowała inscenizacja poszczególnych wydarzeń niż płynące z nich konsekwencje. Bywa więc, że odbijamy się od poszczególnych scen bez emocji, czemu bynajmniej nie pomaga metraż tego dzieła (aczkolwiek powstały też jego krótsze, alternatywne wersje).

Advertisement

Najbardziej niedocenionego od tego twórcy, dalekiego od nadania mu przedrostka „arcy”, ale też i jedynego w swoim rodzaju, pod wieloma względami imponującego realizatorsko i już choćby z tych powodów wartego większej uwagi.

Ostatni cesarz (The Last Emperor; 1987)

Epicka, barwna, ale też smutna rzecz prosto z chińskiego Zakazanego Miasta, które ten jeden raz zdaje się odkrywać przed nami swe dawne sekrety. Poznajemy losy tytułowego, ostatniego władcy tego azjatyckiego mocarstwa – małego Puyi, który zasiadając na tronie w wieku zaledwie trzech lat, jest niczym więcej, jak tylko marionetką i próbą podtrzymania symbolu upadających tradycji.

Advertisement

Raz jeszcze zanurzamy się w historię XX wieku na kilka dekad. Jednak tym razem całość skąpana jest w olbrzymim przepychu, wręcz splendorze kultury orientu i lokacji, pośród których rozgrywa się prawdziwa tragedia – tak jednostki, jak i całego narodu.

Stworzony z niezwykłym pietyzmem, Ostatni cesarz to bodaj najsłynniejszy film Bertolucciego, który otrzymał za niego aż dwa Oscary z dziewięciu ostatecznie przyznanych tej produkcji. Wizualnie jest to majstersztyk (za zdjęcia odpowiada tu wszak Vittorio Storaro, którego talent Bertolucci pomógł wypromować swoimi filmami), obsada ponownie składa się z gigantów wielkiego ekranu, a całość potrafi zarówno porwać, omamić feerią kolorów, jak i przejąć, wzruszyć, zainteresować intrygą prawdziwie królewskiego sortu. Bez dwóch zdań jest to jeden z tych filmów, które zdarzają się raz na dekadę, może nawet rzadziej (sześć lat później ta sama ekipa próbowała bezskutecznie powtórzyć ten sukces, kręcąc Małego Buddę), i pozycja obowiązkowa każdego kinomana.

Advertisement

Pod osłoną nieba (The Sheltering Sky; 1990)

Kino specyficzne – dramat albo tak zwany romantyczny snuj, w którym amerykańskie małżeństwo o artystycznych duszach (Debra Winger i John Malkovich) próbuje ożywić swój skostniały związek, wybierając się na wycieczkę po północnej Afryce. Dziś przypuszczalnie zostaliby szybko zastrzeleni bądź wzięci jako zakładnicy. Jednak w akcji osadzonej w latach 40. XX wieku towarzyszy im o wiele mniej niebezpieczeństw, które głównie sprowadzają sami na siebie…

To zdecydowanie mniej angażujący fabularnie film Bertolucciego, który porzucając tradycyjną narrację i nie dbając o upływający czas, stawia przede wszystkim na niezapomniany klimat, symbolikę oraz iście kontemplacyjny rytm. Jest to więc produkcja na tak zwane czucie, broniąca się głównie wielce uduchowioną, skąpaną w cieple oraz nieprzeniknionej tajemnicy atmosferą i pięknem egzotycznych krajobrazów, które nadają tej podróży w głąb siebie dodatkowych znaczeń. Sugestywna aura uzupełniona jak zawsze u tego reżysera bezbłędną sferą audiowizualną (Złoty Glob za ścieżkę dźwiękową Ryūichiego Sakamoto – stałego współpracownika Bertolucciego) wyraźnie górują tu nad treścią. Lecz w tej specyficznej naturze można się zakochać. To niełatwe w odbiorze, ale piękne, wieloznaczne dzieło, będące wspaniałym podsumowaniem pewnego etapu w karierze Bertolucciego.

Advertisement

Ukryte pragnienia (Stealing Beauty; 1996)

Osadzona już bardziej współcześnie opowieść o dorastaniu. Po tragicznej śmierci matki nastoletnia Lucy (ponętna Liv Tyler) wyjeżdża do Włoch w poszukiwaniu oddechu/siebie/miłości (nic nie skreślać – wszystko ważne). Na miejscu odkrywa kilka sekretów z przeszłości oraz staje się kobietą. Tylko tyle i aż tyle. Bertolucci w pozbawionym polityki ujęciu stworzył bezapelacyjnie mocno sensualny ruchomy obraz, gdzie znów emocje dominują nad intrygą.

Ukryte pragnienia przyszło zaliczać się do jednych z najbardziej erotycznych filmów. Seks i wszystko, co z nim związane, przenika tu każdy kadr, choć reżyser nie epatuje nim tak mocno, jak w innych swoich filmach, poszczególne sceny miłosne zapodając ze smakiem. Swoje robią tu wakacyjny, sielski, wręcz dziewiczy klimat południa Europy oraz znakomicie dobrana do poszczególnych scen muzyka – tym razem składająca się głównie z rockowych przebojów różnych wykonawców. To wszystko, w tym, raz jeszcze, dobra obsada, składa się może na niezbyt ambitne, a nawet i mocno naiwne, ale z pewnością niezapomniane doznanie, które doczekało się nawet swoistego kultu.

Advertisement

Nie bez znaczenia jest też fakt, iż to jeden z ostatnich – a już na pewno ostatnich udanych – filmów tego reżysera, który do przywołanego tu nastroju powróci jeszcze później w cieszących się większym powodzeniem (i przypuszczalnie także lepszych) Marzycielach, których tym samym można także gorąco polecić.

A wy, jakie filmy Bernardo Bertolucciego cenicie najbardziej?
Komentujcie ku jego pamięci!

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *