Connect with us

Publicystyka filmowa

PARA IDEALNA. Dziesięć scen, w których piosenka perfekcyjnie zgrywa się z obrazem

W „PARZE IDEALNEJ” odkryj dziesięć scen, gdzie muzyka idealnie współgra z obrazem, tworząc niezapomniane filmowe chwile.

Published

on

PARA IDEALNA. Dziesięć scen, w których piosenka perfekcyjnie zgrywa się z obrazem

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY

Advertisement

Wiedziałem, że podejmując ten temat, skazuję się jednocześnie na dokonanie kilku bolesnych wyborów. Scen doskonale zilustrowanych muzyką popularną było już w kinie całe mnóstwo – nierzadko były to jednocześnie najlepsze lub najbardziej godne zapamiętania fragmenty filmu. Ograniczając się na potrzeby tekstu do zaledwie dziesięciu, zmuszony byłem odrzucić wiele niesamowitych momentów. Po trudnej selekcji postawiłem na te, które zachwyciły mnie szczególnie i mogę je bez znudzenia oglądać nawet w oderwaniu od całości. Przedstawia się to tak:

Simon & Garfunkel – Sound of Silence
Absolwent (1967), reż. Mike Nichols

Advertisement

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że to jedno z najsłynniejszych zakończeń w historii kina. Spontaniczna decyzja Elaine, by uciec ze swojego ślubu i podążyć z Benem w siną dal, była efektem chwili i zerowego przemyślenia konsekwencji, które mogą z niej wyniknąć. Klamka zapada, para wymyka się z kościoła i odbiega w stronę drogi. Żeby przyspieszyć, zatrzymują autobus. Pasażerowie z konsternacją spoglądają na roześmianą parę, wszak patrząc na suknię ślubną, nietrudno zgadnąć, co się stało przed chwilą. Im dalej, tym bardziej uśmiechy Bena i Elaine powoli gasną.

Nie ma już odwrotu, ale zupełnie nie wiadomo, co czeka ich dalej. Być może dziewczyna popełniła błąd. Porażający jest moment, w którym twarze pary zmieniają wyraz, a w głośnikach zaczyna wybrzmiewać Sound of Silence. Gdyby Nichols zakończył film kilka sekund wcześniej, otrzymalibyśmy typową, słodką konkluzję. Tymczasem przeciwnie, na bohaterów spada bomba, bo uświadamiają sobie, że nie odjeżdżają w stronę tęczy, a przyszłość spowita jest w mroku. Fantastyczny zabieg i niezapomniane użycie genialnej piosenki. Absolwent może zresztą całościowo poszczycić się wspaniałą ścieżką dźwiękową, ale nic dziwnego – Simon & Garfunkel to klasa sama w sobie.

Advertisement

The Doors – The End
Czas apokalipsy (1979), reż. Francis Ford Coppola

Uwielbiam pełną wersję The End. Warstwa muzyczna i tekstowa jest tutaj porażająco dobra, a dodatkowo za każdym razem przeżywa się na nowo pewną historię, więc to coś więcej niż zwyczajne słuchanie.

Advertisement

W The Doors (1991) Olivera Stone’a fragment z tą piosenką jest jednym z najlepszych w filmie, ale prawdziwą moc wydobył z niej wcześniej Coppola w swoim Czasie apokalipsy, wplatając ją w początek filmu. Wietnamska dżungla, psychodeliczny dźwięk przelatujących helikopterów, aż wreszcie wybuch. Drzewa stają w ogniu dokładnie w momencie, w którym Morrison po raz pierwszy śpiewa, że to jest już koniec. Robi to piorunujące wrażenie i za każdym razem wywołuje dreszcze.


Urge Overkill – Girl, You’ll Be A Woman Soon
Pulp Fiction (1994), reż. Quentin Tarantino

Advertisement

Absolutny klasyk. Nie tylko jeden z najlepszych fragmentów kultowego dzieła Tarantino, lecz także całej jego filmografii. To teoretycznie bardzo prosta scena, ale skonstruowana jest bezbłędnie. Mia Wallace rzeczywiście czuje się tu wreszcie jak kobieta. Jej mąż jest daleko, czuje się zatem wyzwolona. Dopiero co wróciła do domu z nagrodą za konkurs taneczny (co prawda kradzioną, ale to jej nie przeszkadza), przeżywa świetny wieczór, a dodatkowo odziana jest w przyduży płaszcz swojego towarzysza. Ten z kolei rozważa w łazience kwestię swojej lojalności.

Mia, niesiona jeszcze tańcem z Jack Rabbit Slim’s, daje się po raz kolejny porwać muzyce. Kamera śledzi jej taneczne ruchy, którym towarzyszy także śpiew. Dziewczyna niestety daje się pochłonąć wieczorowi i piosence aż zanadto. Gdyby Vincent wyszedł z łazienki trochę szybciej, zapewne dałoby się uniknąć kulminacji całego tego muzycznego uniesienia. W kontekście sceny to dramatyczne zakończenie działa jednak doskonale. Podobnie jak towarzysząca jej piosenka.

Advertisement

Kath Bloom – Come Here

Przed wschodem słońca (1995), reż. Richard Linklater

Podczas swojej podróży po Wiedniu Jesse i Celine udają się do sklepu muzycznego.

Advertisement

Wybierają winylową płytę z piosenkami Kath Bloom i przechodzą do budki, w której mogą jej posłuchać. Stoją bez słowa, gdy z głośników zaczynają się wydobywać pierwsze dźwięki Come Here. W tym momencie niepotrzebny jest żaden dialog. Ukradkowe spojrzenia i uśmiechy mówią więcej niż wymiana zdań. Bloom śpiewa, że nigdy nie pożądała tak bardzo, a Celine i Jesse wyrażają to gestem, tworząc między sobą napięcie niemalże namacalne. W tym momencie oboje już wiedzą, że poznali tę wyjątkową osobę i że pragną siebie nawzajem. Tytuł utworu to jednocześnie słowa, które mogliby wypowiedzieć do siebie nawzajem. Melancholijnie, dosłownie, z pasją i z uczuciem. Absolutna perfekcja, i dobór piosenki, i sama scena.


Lou Reed – Perfect Day
Trainspotting (1998), reż. Danny Boyle

Advertisement

Jaką piosenkę wybrać do zilustrowania sekwencji przedawkowania? Można, oczywiście, celować w dramatyczne, podniosłe utwory, mające podkreślić tragizm sytuacji. Można zrobić też to, co Danny Boyle w Trainspotting – jako tło użyć piosenkę zatytułowaną Idealny dzień. Piekielnie w tym kontekście ironiczną, ale paradoksalnie pasującą tak dobrze, że trudno wyobrazić sobie inny utwór do tego momentu.

Sam Boyle stwierdził, że owszem, sceną można podkreślić wymowę piosenki, ale większy efekt wywoła się pójściem pod prąd. Utwór można znać i lubić, ale odkrywa się go na nowo w niespotykanym dotąd kontekście. Dokładnie tak jak w tym przypadku. Dzień leżącego na betonie Rentona nie był idealny, ale pomysł na tę scenę i jej wykonanie – z pewnością.

Advertisement

Nico – These Days
Genialny klan (2001), reż. Wes Anderson

Wes Anderson ma nie tylko niezwykły zmysł estetyczny – również jego umiejętność dopasowania odpowiedniej piosenki do danej sceny jest godna podziwu. W swojej filmografii wykorzystał całe mnóstwo znakomitych utworów, nieraz tworząc przy okazji prawdziwe sceny-perełki, nawet w oderwaniu od całości będące małym dziełem sztuki i doznaniem audiowizualnym. Przy tym wszystkim nie miałem problemu, aby wybrać tę jedną ulubioną. Fragment Genialnego klanu. Bohater Luke’a Wilsona czeka na swoją przybraną siostrę, w której od wielu lat jest zakochany.

Advertisement

Kobieta spóźnia się, jak zwykle, po chwili jednak przyjeżdża zielonym autobusem i wychodzi z niego prosto w stronę brata. Jest tak samo stęskniona, jak on. Anderson osiągnął tu absolutne mistrzostwo. Zachwyca kompozycja kadrów i bezbłędne użycie slow-motion. Czyż świat nie zwalnia, gdy po długim rozstaniu widzimy tę najważniejszą osobę? Paltrow i Wilson idealnie wpasowują się w ten moment – ich spojrzenia wyrażają wszystko to, co mogłyby sobie powiedzieć ich postacie. I przy tym wszystkim piosenka Nico, brzmiąca tak, jakby była pisana dokładnie pod tę scenę. Magia kina.


Donovan – Hurdy Gurdy Man
Zodiak (2007), reż. David Fincher

Advertisement

Lata pięćdziesiąte. Para młodych osób wybiera się na randkę. Późną nocą docierają na opustoszały leśny parking. Nie są sami. Drugi samochód, parkujący za nimi, wzbudza ogromny niepokój zarówno bohaterów, jak i widza. Z radia zaczynają dobiegać pierwsze dźwięki Hurdy Gurdy Man.

Piosenka osiąga kulminację w tym samym momencie, co scena. Kierowca drugiego auta podchodzi do młodej pary i oddaje kilkanaście strzałów. Odjeżdża. Wyciemnienie ekranu. Zodiaka oglądałem po raz pierwszy późną nocą, kilka lat temu. Smakował wtedy tak dobrze, że od tamtej pory miałem go jeszcze wielokrotnie na talerzu, za każdym razem w tym samym stopniu delektując się surową atmosferą, tajemnicą i doskonale przedstawionym przez Finchera śledztwem. Gęsty klimat towarzyszy nam już od pierwszych minut filmu, również za sprawą przytoczonej piosenki. Utwór ten jest zresztą swoistą klamrą spajającą film, bo słyszymy go również podczas końcowych napisów. Wzbudza wtedy ciarki.

Advertisement

Hall & Oates – You Make My Dreams
(500) dni miłości (2009), reż. Mark Webb

Ścieżka dźwiękowa do 500 dni miłości (jak bardzo polski tytuł zatraca dwuznaczność oryginalnego!) to kopalnia świetnych utworów sprawdzających się idealnie w filmie, zatem wybór jednego nie był łatwy. Postawiłem na pozytywną piosenkę duetu Hall & Oates, bo urzeka mnie sposób jej wykorzystania. Cała sekwencja z Tomem tańczącym na ulicy po pierwszej nocy spędzonej z Summer to rewelacyjny pomysł, bardzo abstrakcyjny w założeniu, a jednak dobrze działający w samym filmie (nawet licząc obecność animowanego, niebieskiego ptaszka na ramieniu Gordona-Levitta!). Piosenka bardzo mocno uwydatnia radość odczuwaną przez Toma – chyba nawet bardziej niż uruchomiona na zawołanie fontanna czy śledząca go dęta orkiestra – i jest dominującym czynnikiem, dla którego to oryginalne zobrazowanie świetnego nastroju jest jednym z najlepszych momentów filmu Webba. Dodatkowo bardzo mocno kontrastuje z ciszą, gdy wiele dni potem Tom w parszywym nastroju wychodzi z windy. Tej samej, w której Summer śpiewała niegdyś The Smiths. Mówiłem – kopalnia dobrej muzyki.

Advertisement

Bob Dylan – The Times They Are a-Changin’
Watchmen: Strażnicy (2009), reż. Zack Snyder

Dobór niektórych piosenek w filmie Snydera może być dyskusyjny (chociażby Hallelujah w scenie seksu), ale sześciominutowe intro okraszone muzyką Dylana to małe arcydzieło.

Advertisement

Przedstawienie losów superbohaterów na przestrzeni lat, z uwzględnieniem wielu ikonicznych momentów znanych z historii USA, to jednocześnie wspaniałe doznanie audiowizualne i kapitalna forma przybliżenia nam tła całej opowieści. Geneza tego utworu, będącego pieśnią protestu napisaną wobec wydarzeń z lat sześćdziesiątych (zabójstwo Kennedy’ego czy wojna w Wietnamie), znakomicie wpasowuje się w sceny z tamtych właśnie czasów przedstawiane podczas czołówki. Tekst jest z kolei dobrym komentarzem na niknącą popularność herosów, którzy niegdyś byli uwielbianymi celebrytami. Czasy rzeczywiście się zmieniły i nie wszyscy umieją się z tym pogodzić. Znakomite zarówno zarysowanie fabuły, jak i przedstawienie jej podłoża. Coś wspaniałego.


Redbone – Come and Get Your Love
Strażnicy galaktyki (2014), reż. James Gunn

Advertisement

Kompilacja stworzona na potrzeby Strażników galaktyki to nie tylko po prostu świetne piosenki, lecz także integralna część fabuły. Słuchany przez Star-Lorda Awesome Mix vol. 1, nagrany dla niego przedśmiertnie przez mamę, towarzyszy w równym stopniu tak jemu, jak i nam. Kolejne utwory, odtwarzane w odpowiednim momencie na walkmanie lub magnetofonie, doskonale nadają ton poszczególnym scenom.

To wzajemna relacja – muzyka uzupełnia obraz, a ten z kolei wydobywa z niej to, co najlepsze. Nie inaczej jest w następującej po prologu scenie, gdy Peter przybywa na planetę Morag i wybiera się po poszukiwany artefakt. Zanim wyruszy, zakłada słuchawki i wciska „play” na swoim walkmanie. Rozpoczyna się Come And Get Your Life, na ekranie pojawia ogromny tytuł, a Chris Pratt tańczy, nadając charakter zarówno swojej postaci, jak i całemu filmowi. Moment, w którym już wiedziałem, że przede mną wielka, znakomita przygoda.

Advertisement

To był trudny wybór, szczególnie że dziesięć przykładów jest jedynie kroplą w morzu innych propozycji. Z nimi jednak czuję się najbardziej związany emocjonalnie. Bardzo chętnie poczytam, które ze scen idealnie łączących obraz z piosenką podbiły wasze serca.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Elblążanin. Docenia zarówno kino nieme, jak i współczesne blockbustery oparte na komiksach. Kocha trylogię "Before" Richarda Linklatera. Syci się nostalgią, lubi fotografować. Prywatnie mąż i ojciec, który z niemałą przyjemnością wprowadza swojego syna w świat popkultury.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *