Publicystyka filmowa
Największe ABSURDY trylogii STAR WARS Disneya
Największe ABSURDY trylogii STAR WARS Disneya to zaskakująca podróż przez kuriozalne momenty, które zdobią nowe Gwiezdne Wojny.
W całym uniwersum Gwiezdnych wojen absurdów i drobniejszych nielogiczności są setki, jak nie więcej. Gdy jednak chodzi o najnowszą trylogię GW, to jednak zasługa głównie Disneya. Prócz koncepcyjnego zniszczenia legendy Star Wars stworzonej przez George’a Lucasa, okazało się nią napisanie kontynuacji sagi, żeby dosłownie pękała od nieprawdopodobnych faktów.
A nadzieje były tak wielkie. Kiedy w 2012 roku Disney kupił Star Wars, chyba nawet sam Lucas sądził, że jego pomysły zostaną wykorzystane. Tak bardzo się pomylił, przez co dzisiaj możemy mówić o gruzach Gwiezdnych wojen, z których wciąż jednak możemy wyłowić absurdalne perełki, podobnie jak Rey znalazła tellurium we wraku drugiej Gwiazdy Śmierci. Szkoda tylko, że są to smaczki będące przyczynkami do obśmiewania gwiezdnej trylogii Disneya.
A o to już postarała się uwielbiająca konflikty i bagienkowy korpoklimat Kathleen Kennedy. Generalnie włodarze Disneya i należącego do niego Lucasfilm mają się za szefów wszystkich szefów i nie liczą się ani z fandomem GW, ani z pomysłami twórców współpracujących przy najnowszych produkcjach związanych z uniwersum (np. sprawa Benioffa i Weissa oraz Colina Trevorrowa). Podejście korpo polega na liczeniu zysków, uśrednianiu targetów i eliminowaniu z filmów GW wszelkich co bardziej skomplikowanych narracji. Pod władztwem Disneya saga Lucasa stała się niepoważną bajeczką kierowaną tak naprawdę nie wiadomo do kogo.
Najnowsze filmy przypominają mi kalejdoskop, w którym wszystko składa się losowo w piękne, barwne kolaże, lecz nie ma w nim sensu ani ciągłości. Widać brak pomysłów, a przede wszystkim brak świadomości metafizycznej wartości starych części, projektowanych przecież tak mozolnie przez George’a Lucasa i współpracowników ze starego Lucasfilm.
Dlaczego Kylo Ren nosił maskę i dlaczego jest sklejona czerwonym klejem?
Wstydził się swojej twarzy – to jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy. Mógł mieć też kompleks dziadka Vadera, z tym że Vader nosił maskę ze względów, powiedzmy, zdrowotnych. Mało tego, Kylo nie nosił jej cały czas. Raz ją miał, raz nie, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, jak postać Mistrza zakonu Ren ma finalnie wyglądać. A może przyczyny były bardziej prozaiczne? Kylo Ren ściągał maskę tylko dlatego, żeby widz mógł zobaczyć Adama Drivera. Tak znany w porównaniu z Davidem Prowse’em aktor nie mógł pozostać ciągle bez twarzy. Musiał żonglować maską wbrew wszelkim logicznym wytłumaczeniom. W końcu ją nawet zniszczył, lecz nie wiedzieć czemu – naprawił za pomocą czerwonego kleju. Czyżby w tamtych czasach takie maski były towarem deficytowym i nie można było zrobić nowej? A może kolor kleju był dostosowywany do używającego go jak kolor kryształów w mieczach świetlnych? Jak wiemy, Sithowie używali zwykle czerwonych kryształów kyber. Kylo również, chociaż pierwotnie jego miecz nie miał krzyżowej rękojeści i świecił na niebiesko. Podobno dodatkowe wyprowadzenia ostrzy stały się koniecznością z powodu niestabilności energetycznej głównej klingi.
Po co zbudowano kolejną Gwiazdę Śmierci w Przebudzeniu mocy?
Dla szpanu, względnie Najwyższy Porządek nie miał co zrobić z funduszami. Dostali np. jakiś grant z międzygalaktycznej Unii i wyznaczony czas na jego wykorzystanie. Co więc mogli wymyślić, jak nie kolejną Gwiazdę Śmierci, tym razem w formie planety, a nie stacji kosmicznej.
Nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia tej sytuacji prócz drętwoty umysłowej twórców. Zachowawczy i spragniony zysków jak koń na pustyni Disney może uznał, że nic tak się nie sprzeda jak stara dobra Gwiazda. Nic bardziej mylnego. Gdy już premierowy kurz opadł, widzowie zrozumieli, że dali się nabrać, oglądając Przebudzenie mocy. Nie ma w tym filmie nic nowego, żadnej odkrywczości, lecz jedynie odcinanie kuponów od sagi Lucasa. W tej perspektywie ciekawe, jak wyglądają utyskiwania na części I–III, na które lał się hejt strumieniami dlatego, że nie utrzymały stylistyki części IV–VI? Disney po prostu przesunął granice banału, w czym, trzeba przyznać, był sprytny, przynajmniej w VII części.
Dalej już było coraz gorzej, czego królewskim zwieńczeniem tandety jest część IX – Skywalker: Odrodzenie.
Jakim cudem Rey stała się wnuczką Palpatine’a?
W filmie dostępne są jedynie migawki z wczesnego życia Rey. Wątpię, czy był na nie pomysł jeszcze na etapie kręcenia części VII GW. Wtedy jeszcze nie było koncepcji opisującej powrót Imperatora, ale o tym za chwilę. Podobno rodzice sprzedali Rey, żeby ją chronić… przed jej dziadkiem. Palpatine zawzięcie szukał swojej wnuczki, dlatego kazał porwać jej rodziców.
Rodzice Rey jednak nie wyjawili mu, gdzie znajduje się ich córka, za co spotkała ich śmierć. Zabił ich oczywiście dziadek Rey, Palpatine. Twój ojciec był synem Imperatora – wyraźnie powiedział to Kylo Ren w rozmowie z Rey w hangarze swojego niszczyciela na planecie Kijimi. Nic się w tej historii logiki nie trzyma, dlatego że Skywalker: Odrodzenie wyraźnie prezentuje nam motywy działania Imperatora Palpatine’a. On chciał, żeby Rey przeszła na Ciemną Stronę Mocy i zajęła, jak twierdził, należne jej miejsce po śmierci demonicznego dziadka.
Dlaczego więc chciał ją wcześniej zabić? Czyżby zmienił zdanie? Czemu takich planów nie miał wobec ojca Rey, czyli swojego syna? Kiedy go spłodził? Wreszcie – dlaczego nie chciał, żeby to on był u jego boku jako kontynuator dzieła zniszczenia Galaktyki? Możliwość postawienia tych wszystkich pytań świadczy o tym, że Imperator znalazł się w Disneyowskiej historii GW przypadkiem. Znów korporacja producencka wymyśliła sobie, że najwięcej zarobi, gdy wykorzysta stary, ukochany przez fandom motyw Imperatora. Jakież to lenistwo umysłowe speców od marketingu, tak rżnąć bez cienia wstydu dzieło Lucasa.
Dlaczego wszystkie wraki działają?
Odnoszę się tu głównie do akcji na Pasaanie, ale też stanu Sokoła Millennium czy wykraczającego poza świat duchów wydobycia z morskich głębin swojego X-Winga przez Luke’a Skywalkera na Ahch-To. Wszystko zawsze działa, a jak nie, to przynajmniej po niewielkich naprawach zaczyna, nie wspominając już o zawsze pełnych bakach paliwa. Nikt się nim nie przejmuje, a przecież owe statki muszą skądś pozyskiwać energię. Rozumiem tzw. grywalność filmu i skróty myślowe. Cały świat GW w nowej odsłonie przypomina jednak składowisku złomu. Jedynie Najwyższy Porządek dysponuje statkami, które wyglądają na nowe.
Reszta przypomina nienadające się do niczego zardzewiałe szroty, które jednak wciąż podróżują w hiperprzestrzeni i zupełnie nie ima się ich zmęczenie materiału. A gdzie chociażby przeglądy? Naprawy wyglądają jak grzebanie w silniku za czasów PRL wszystkimi dostępnymi narzędziami, no i ta mnogość wszelkich drucików w najprzeróżniejszych kolorach, a brak układów scalonych. Czyżby w czasach skoków nadprzestrzennych powrócono do stylu budowania wnętrz urządzeń rodem z odbiorników radiowych w latach 70. XX wieku?
Powrót Imperatora na początku Skywalkera: Odrodzenia
Wątek Imperatora przewija się w tym tekście kilka razy, dlatego nie będę niektórych wniosków powtarzał. W przypadku tak ujętego absurdu chodzi bardziej o moment fabularnej prezentacji Imperatora. Nie rozumiem, dlaczego już na początku twórcy wszystko wyjaśniają.
Imperator mógł stać się rodzynkiem filmu, pokazanym w drugiej połowie, a nie na wstępie. To tak jakby zaspojlerować cały film, a potem już tylko czekać na poszczególne wydarzenia. Nietrudno się było domyślić reszty fabuły. Wiadomo, że Imperator będzie chciał, żeby albo Kylo, albo Rey zajęli jego miejsce. A sposobem osiągnięcia tego celu było zabójstwo Imperatora, lecz najpierw Rena lub Rey między sobą. Nie sposób takim postępowaniem zbudować nawet namiastki suspensu w produkcji filmowej. Najwidoczniej spece z Disneya uznali, że widzowie są zbyt głupi, żeby zwracać uwagę na budowanie napięcia w fabule.
Po co gwiezdnym niszczycielom wieża nawigacyjna na planecie Exegol?
Żeby rebelianci mieli jak uzasadnić swoją wygraną w bitwie, gdyż w porównaniu z siłami odradzającego się Imperium nie mieli żadnych szans, nawet z przybyłymi później posiłkami. Trzeba było wymyślić jakiś wybitnie nielogiczny sposób wygrania tych dobrych, chociaż do kosmicznych rozmiarów wybudowano potęgę tych złych.
Innego uzasadnienia nie widzę, chociaż mam świadomość, że przeniesienie dowodzenia z wieży na okręt flagowy było dobrym rozwiązaniem utrudniającym rebeliantom wygraną. Dobro jednak musiało zatriumfować. Cóż to więc za zabawa, takie happy endy? Wciąż pozostaje do rozwikłania naciągana kwestia owej nawigacji. Czy w dobie, gdy niszczyciele zostały wyposażone w działa zdolne do niszczenia całych planet, jak w przypadku Kijimi, wciąż nie rozwiązano problemu nawigacji? Nie chce mi się wierzyć, że wiedza o hiperprzestrzeni nie szła w parze z rozwijaniem zdolności nawigacyjnych.
Do czego przydała się obecność Lei Organy w ostatniej części trylogii?
Leia przekazała całą swoją moc Rey, żeby ta uleczyła śmiertelnie zranionego Bena Solo. Miałoby to sens, gdyby nie forma ukazania Organy w filmie, owej nieszczęsnej ostatniej części sagi. Sposób prezentacji Carrie Fisher w tej roli był kompromitujący zarówno dla niej, jak i dla twórców.
Leia właściwie nie poruszała się na nogach. Jakaś kukła z jej twarzą przesuwała się czasem na ekranie, opowiadając łamiące intelekt truizmy, kompletnie pozbawione znaczenia dla historii. A szczególnie sztuczne były ujęcia od tyłu. Wszelkie ruchy Lei zostały ograniczone do minimum. Żal było patrzeć na ten spektakl bezwładu. Znów chęć odcinania kuponów od legendarnych postaci sagi wzięła górę nad szacunkiem i do Lucasa, i do zmarłej Carrie Fisher.
Dlaczego w uniwersum Gwiezdnych wojen kable do przesyłania danych są wielkie jak smoki?
Nie tylko kable. Wszelkie nośniki danych. Wydaje mi się, że w uniwersum GW zupełnie nie ma bezprzewodowego przekazywania danych, a jeśli jest, funkcjonuje jedynie dla najmniejszych pakietów – kody startowe, kody wejścia itp. Nie dość, że kable, to jeszcze ich wygląd. Czy grubość przekłada się na szybkość? Na to wygląda. Wielkość wtyczek podobnie. Im większa, tym szybszy transfer.
Skąd się wzięły szczątki Gwiazdy Śmierci na Kef Bir?
Przetrwał nawet fotel Imperatora, a także jakimś cudem działały drzwi do tajemnej komnaty z ukrytym tellurium, specjalnym kompasem Sithów, wskazującym drogę na Exegol, gdzie ukrywa się Imperator i jego superniszczycielska flota. Pomijając już bezsensowne czekanie owej floty na odpowiedni moment do ataku, gdy Najwyższy Porządek i Snoke z wolna pogrążali się w chaosie, jakim cudem Gwiazda Śmierci, czy jakikolwiek jej szczątek, przetrwały Bitwę o Yavin? Jak pamiętamy z Powrotu Jedi, Gwiazda wybuchła, przez co rozsypała się w drobne kawałki. Ewoki widzieli ten przypominający petardy rozbłysk na niebie z powierzchni księżyca Endor.
Rebeliancka flota zresztą wyłapała co większe szczątki, żeby nie uszkodziły okolicznych planet. A tutaj okazuje się, że mający przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów fragment Gwiazdy Śmierci upadł na Kef Bir. Całość jej miała średnicę 900 kilometrów, a pracowało na niej prawie 650 tysięcy ludzi. Mało tego, ocalał akurat ten fragment stacji kosmicznej z fotelem Imperatora oraz komnatą, gdzie ukryte było tellurium. Historia całkowicie pozbawiona sensu.
Dlaczego trooperzy giną setkami, ale nie widać krwi?
Oglądając od dziecka mnóstwo kina akcji, horrorów i fantastyki, przyzwyczaiłem się do krwi. Wiem, że nie brzmi to dobrze, wręcz przeciwnie. Świadczy o pewnym rodzaju zdegenerowaniu kultury, o którym kilka razy już zresztą pisałem. Moje przyzwyczajenie jest jednak faktem i nie mogą go pominąć, tym bardziej że Gwiezdne wojny nie są filmem, który ucieka od śmierci.
W każdej części ktoś umiera, czasem trup ściele się gęsto, jednak nie ma krwi, która przecież powinna być widoczna na białych uniformach szturmowców. Przyznaję, że w najnowszych częściach sagi widać przynajmniej tlące się przepalenia na ciałach wrogów, i to na wylot. Wciąż jednak nie ma krwi. Taka sytuacja jest więc dla mnie podwójnym absurdem. Po pierwsze dlatego, że tak celowe uciekanie od krwi, a przy tym niepowstrzymywanie się od pokazywania zabijania jest podejściem purytańskim i/dlatego dwulicowym. Po drugie mechanika zabijania powinna chociaż przypominać rzeczywistość. Rozumiem, że broń energetyczna może wypalać, a przez to ekspresowo koagulować brzegi rany, ale aż tak? Oczekiwałbym nieco więcej realizmu przy takich budżetach.
Co z tą Mocą?
Najtrafniej przedstawił ją Mel Brooks w Kosmicznych jajach. Po pierwsze nazwał ją Szmocą, a po drugie nieco prześmiewczo zaprezentował jako tajemną siłę, która potrafi zdziałać prawdziwe cuda. Trudno nie skojarzyć jej, w tej Brooksowskiej interpretacji, z siłą pokazaną w trylogii Disneyowskiej, z tym że jej potęga w najnowszych Gwiezdnych wojnach została wykreowana całkiem serio, a nie pastiszowo. W tym właśnie problem.
Lucas wyobrażał sobie Moc jako coś elitarnego, niemal jak magia, której nie należy wykorzystywać niepotrzebnie. Moc przypominała pranę albo pneumę, czyli życiodajne spoiwo które przenika wszystkie istoty żywe i pozwala im mniej lub bardziej świadomie funkcjonować. Moc była więc czymś w postaci matrycy czy wspólnej, panteistycznej duszy świata, którą nieliczni potrafili odbierać i formować w fizyczną siłę. Ten konstrukt we wczesnych GW był wykorzystywany dość oszczędnie, powiedzmy, że z szacunkiem dla ważności Mocy. Moc nie miała być elementem reklamowym, lecz metafizycznym sagi. Pazerny na zyski Disney stwierdził, że przemieni Moc z ukrytej, elitarnej siły w coś efekciarskiego i tym samym tandetnego.
Rey zyskała więc ogromną siłę, która jednak ze względu na swoją potęgę paradoksalnie zaczęła stać w sprzeczności z fabułą. Dysponując taką siłą, jak zaprezentowana w poszczególnych sytuacjach, z łatwością można by pokonać Najwyższy Porządek, zwłaszcza że twórcy co rusz udowadniali, że mając Moc, można wszystko. Z drugiej strony historia rządziła się swoimi przygodowymi prawami, nieulegającymi Mocy. Jedi więc za jej pomocą umiał obłaskawiać zwierzęta, wyrywać przeciwnikom broń, powstrzymać odlot statku z Chewbaccą na Pasaanie, a nawet przetrwać w kosmosie bez skafandra, a nie mógł pomóc sobie i kompanom, gdy wpadł w ruchome piaski.
Moc nakazywała buntować się całym oddziałom szturmowców przeciwko ludobójczym rozkazom Porządku, ale nie potrafiła ukazać szpiegom rebelii umiejscowienia planety Exegol. Coś tu ewidentnie nie gra. Moc działała bardzo wybiórczo, dosłownie tak, jak było wygodnie twórcom.
Wracając jeszcze do tej siły Mocy, która kazała się buntować całym oddziałom szturmowców. Skoro tak, to Najwyższy Porządek i Imperium powinny mieć duży problem z karnością swoich oddziałów, jednak w żadnym filmie nie widać tego buntu. Z objęć zunifikowanego wojska zdołał się wyrwać jedynie Finn (FN-2187) i grupa dowodzonych przez Jannah (TZ-1719) dezerterów na planecie Kef Bir. Co ciekawe, obydwoje byli czarni, więc jak łatwo się domyślić, coś tu jest ideologicznego na rzeczy. Moc zatem łatwiej przenika osadzone w ciemnej skórze umysły, nie dając jednak w zamian żadnych możliwości władania sobą. Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć.
A tak na koniec, chciałbym się dowiedzieć, co Finn zamierzał powiedzieć Rey.
