Publicystyka filmowa
Najgorszy prezent na Święta? Drugi sezon WIEDŹMINA i jego problemy
Jest to generyczne fantasy, które cynicznie podpina się pod popularną markę, bo gdyby nie skojarzenia z franczyzą Wiedźmin – serial nie zainteresowałby nikogo.
Aż boli rozdźwięk pomiędzy tym, czym Wiedźmin Netflixa mógłby być, a czym faktycznie jest.
Świeżo po seansie nowego Wiedźmina odczuwam po pierwsze ogromne znużenie, a po drugie: natłok natrętnych pytań i myśli. Po co to powstało? Kto to przyklepał? W czyim umyśle zrodziły się tak chore pomysły? Ale zacznijmy od początku.
Na początku była powieść Krew elfów autorstwa Andrzeja Sapkowskiego, którą przypomniałam sobie tuż przed premierą drugiego sezonu, ponieważ miał on bazować na wydarzeniach z tej właśnie części sagi. Nie jestem z tych, którzy potępiają adaptacje filmowe za sam fakt odbiegania od książek. Nie na tym opiera się moja niechęć do serialowego Wiedźmina. Zanim jednak przejdę do właściwej krytyki produkcji, musimy ustalić jedno: tego serialu właściwie nie da się nazwać adaptacją książki, bliżej mu do fan fiction.
Zmiany względem powieści występują w każdym wątku, co może dziwić, bo saga Sapkowskiego to wyjątkowo wdzięczny materiał do przeniesienia na ekran. Autor pisze w niebywale „filmowy” sposób: nad opisami przeważają dialogi, każdy rozdział dzieli się na mniejsze sceny, w których dynamicznie zmieniają się lokacje i perspektywy, pisarz umiejętnie stosuje suspens, stopniowanie napięcia oraz elipsę, prowadzi akcję w wartki sposób, sceny walk stanowią integralną część fabuły i popychają ją do przodu, zasady świata poznajemy wraz z rozwojem historii (nie są na nas zrzucone „z góry”). Książka Sapkowskiego to w zasadzie gotowy scenariusz, który nie wymagał przesadnego ulepszania i udziwniania.
Za jedyne wyzwanie można uznać to, że Krew elfów jest najmniej bogatą w wydarzenia częścią sagi; więc twórcy mieli tutaj do wyboru dopisanie wątków „wypełniających” (według własnej inwencji lub czerpiąc inspirację z opowiadań i gier) albo wydłużenie sezonu o początek akcji z tomu drugiego. Scenarzyści wybrali jednak opcję numer trzy: napisanie niemal całkowicie własnej historii.
Zakładałabym więc, że skoro twórcy postanowili wprowadzić tak radykalne zmiany, to mają ku temu dobre powody – ciekawsze pomysły, innowacyjne rozwiązania fabularne, pewien artyzm… Swobodne adaptacje literatury, które są udane, wskazują na wizjonerstwo i odwagę twórców. Jeśli jednak ktoś przerabia wydarzenia według własnego widzimisię i w sposób dużo gorszy od oryginału, to świadczy to niestety o rażącej pysze filmowców, o ich braku uświadomienia sobie mierności ich własnego talentu; które to cechy sprawiają, że zamiast skupić się na opowiedzeniu NAJLEPSZEJ możliwej wersji danej historii, zależy im przede wszystkim na opowiedzeniu SWOJEJ wersji historii – narcystycznie używając cudzej opowieści do wypromowania swojej osoby.
Sezon drugi Wiedźmina to przykład właśnie takiego samouwielbienia twórców, którzy na siłę zmieniają materiał źródłowy i serwują nam wizję odmienną dla samej odmienności. I nic tej pychy nie usprawiedliwia, ponieważ wersja showrunnerki Lauren Hissrich nie wytrzymuje porównania z prozą Sapkowskiego w żadnym punkcie.
Wiedźmin Netflixa nie radzi sobie zatem jako adaptacja Krwi elfów, ale jeszcze gorzej wypada jako samodzielna opowieść. I tutaj już mamy poważny problem, a właściwie szereg problemów, które postanowiłam rozebrać na czynniki pierwsze. Oczywiście będą spoilery.
Lista problemów
Problem nr 1 – brak jakiegokolwiek stylu. Netflixowa franczyza spod znaku The Witcher nie ma w sobie niczego, co wyróżniałoby ją na tle konkurencji. Swój sukces zawdzięcza przede wszystkim popularności gier i książek.
Wiedźmin jest nijaki pod względem formy. Piosenka Jaskra znowu ma zadatki na przebój, ale poza nią oprawa muzyczna jest całkowicie pozbawiona charakteru (zapamiętałam jedynie motyw przewodni i to w głównej mierze dlatego, że leci najczęściej). Zdjęcia rażą sztucznością, przesadzono tu z saturacją i komputerowymi kolorkami – to chybiony wybór dla oprawy wizualnej opowieści, która w zamierzeniu ma być mroczna, brutalna i pełna tajemnic. Estetycznie całość przywodzi na myśl tanie, kiczowate produkcje fantasy z lat 90. Do tego dochodzą rozczarowujące, nielogiczne wybory kostiumowe i charakteryzatorskie; ukrywająca się Yennefer nosi jaskrawofioletową pelerynę, Cahir snuje się wśród wojsk Nilfgaardu w czymś przypominającym współczesną piżamę i szlafrok, Ciri po długiej i trudnej podróży zjawia się w Kaer Morhen w śnieżnobiałej, czystej sukni, pięknie ułożonych blond falach i z doklejonymi rzęsami – słowem, wygląd postaci nie jest wiarygodnym oddaniem ich sytuacji, stroje są często zbyt teatralne, niefunkcjonalne, niepasujące do kontekstu.
To wszystko zaburza tak ważną w fantastyce immersję, czyli wrażenie przebywania w fikcyjnym świecie. Bo świat przedstawiony w tym serialu jest kartonowy, mało przekonujący, nie czaruje nas. Tego już nie można tłumaczyć brakiem budżetu, bo Netflix nie szczędził grosza Wiedźminowi – nie, to efekt braku pasji, braku dbałości o szczegóły i braku przemyślanego konceptu całości. Same zdjęcia z nadchodzącego The Northman mają w sobie więcej klimatu od wszystkich ośmiu odcinków Wiedźmina razem wziętych.
Problem nr 2 – Geralt ex Machina. Biedny Henry Cavill. Twórcy nie mają pomysłu na jego postać, przez co w serialu o wiedźminie mało jest… wiedźmina. W drugim sezonie to wręcz bohater drugoplanowy, pozbawiony sprawczości, ustępujący pola chaotycznym wątkom wymyślonym przez twórców. Geralt został zredukowany do mrukliwej kupy mięśni, o której scenarzyści przypominają sobie tylko wtedy, kiedy trzeba efektownie zaszlachtować jakiegoś potwora. Dodatkowo twórcy nadużywają rozwiązania deus ex machina: przynajmniej raz na odcinek mamy scenę, w której wiedźmin pojawia się znikąd, ratując kogoś dosłownie w ostatniej chwili.
Oprócz umiejętności teleportacji nie ma jednak w tym facecie niczego niezwykłego. Sapkowski stworzył wielowarstwową postać zmęczonego życiem, samotnego i pozbawionego złudzeń mężczyzny z głębokimi przemyśleniami i dylematami moralnymi; ale Hissrich nie umie lub nie chce pokazać go w taki sposób, sprowadza do roli macho wojownika, jakich wiele w innych produkcjach fantasy. Jasne, podobnie wycofane, introwertyczne postaci bywają trudne do portretowania na ekranie, ale kino wypracowało już setki sposobów czynienia ich charyzmatycznymi, a wręcz fascynującymi (vide wszystkie westerny Sergio Leone). Geralt z Netflixa jest po prostu nudny w porównaniu z Geraltem z Rivii. Jeśli jest prawdą, że Cavill musiał wręcz prosić się o więcej kwestii dialogowych, to strach myśleć, co zrobiono by z wiedźminem bez jego ingerencji.
Problem nr 3 – Yennefer zamieniła się rozumem z drzewem, pod którym się przebudziła po bitwie. To moja mała teoria tłumacząca, czemu czarodziejka zachowuje się przez cały drugi sezon tak nieracjonalnie. Yennefer została dosłownie zamordowana przez scenarzystów. Nie umiem już lubić tej postaci. Nie umiem też sobie wyobrazić jej dalszej relacji z Geraltem i szczerze mówiąc nie rozumiem, czemu nie zabił jej na miejscu po tym, jak okazało się, że zdradziła jego i Ciri. Pogłębienie postaci Yennefer w pierwszym sezonie – choć nie pozbawione wad – było jednym z ciekawszych elementów serialu.
Można by oczekiwać, że czarodziejka w drugim sezonie będzie rozwijać się dalej, że dojrzeje, że wcześniej oglądaliśmy jedynie genezę tej postaci, „Yennefer’s origin story”. Czcze marzenia! Yennefer w drugim sezonie to nadal impulsywna, strzelająca focha za fochem, obrażona na wszystkich i za wszystko, pyskata i roszczeniowa nastolatka w ciele kobiety. Do tego wszystkiego zwyczajnie głupia, jakby razem z czarodziejską mocą opuściła ją po Sodden zdolność myślenia. Jak mamy uwierzyć w inteligencję tej postaci po tym, jak daje się zwieść WCALE NIE PODEJRZANEJ babie jadze? Podobno czarownice w tym świecie to kobiety mądre i wykształcone, skąd więc biorą się u Yennefer takie błyskotliwe pomysły, jak np.
ucieczka z Cahirem? Jak się ma jej silna potrzeba posiadania dziecka do próby złożenia w ofierze przyszywanej córki ukochanego mężczyzny? Wątek miłosny Yennefer i Geralta również nie został poprowadzony w sposób satysfakcjonujący: stanowi marginalny element serialu, a co gorsza między Anyą Chalotrą a Henrym Cavillem totalnie nie ma chemii. Ich nieliczne wspólne sceny są pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Nie wierzymy w to uczucie, twórcy każą nam brać na wiarę ich rzekomo wielką, złączoną przeznaczeniem miłość. Postać Yennefer obrzydła mi tak bardzo, że kiedy w ostatnim odcinku podcięła sobie żyły, by przyciągnąć babę jagę, przez moment ucieszyłam się, że scenarzyści zdecydowali się ją uśmiercić i nie będziemy już musieli jej oglądać.
Ale będziemy oglądać ją dalej i założę się, że w sezonie trzecim wystarczy jedna ckliwa rozmowa z Geraltem, by ten znów zaczął ufać jej bezwarunkowo. Nie chcę porównywać czarodziejki książkowej z serialową, bo byłoby to okrucieństwo względem produkcji Netflixa – pozwolę sobie jednak wskazać, że platforma, która tak chętnie głosi inkluzywność i wspieranie wszelkich mniejszości, sama poprzez swoje obsadzenie Chalotry w roli Yennefer zdyskryminowała pewną grupę, która na ekranie dużych produkcji pozostaje chronicznie niedoreprezentowana w pierwszoplanowych rolach: dojrzałe kobiety. To brzydki przykład ageizmu.
Prawda jest taka, że gdyby pozostawać w zgodzie z oryginalną konstrukcją tej postaci, to w Yennefer wcieliłaby się kobieta w średnim wieku (w idealnym świecie: Eva Green). Ale według amerykańskiego i mainstreamowego standardu obiektami westchnień mogą być tylko kobiety młode, dlatego rolę, w której najlepiej odnalazłaby się aktorka w okolicach czterdziestki (czyli równolatka Cavilla – podwójne standardy, pani Hissrich…), producenci Wiedźmina przekazali Anyi Chalotrze, rocznik 1996. Trudno, by tak młoda osoba emanowała aurą doświadczonej życiowo, pewnej siebie kobiety po przejściach, jaką była książkowa Yennefer.
Dlatego konstrukcja serialowej czarodziejki różniła się od pierwowzoru już z punktu wyjścia i wymagała pod wieloma względami napisania od zera; a że jedynym pomysłem twórców na wykreowanie „silnej” kobiety jest pokazywanie jej jako osoby pełnej złości, chaotycznej, egocentrycznej i skrajnie niesympatycznej… no to wyszło, jak wyszło.
Problem nr 4 – cały wątek Cahira. Kolejną zmarnowaną po całości postacią jest Cahir. Można by oczekiwać, że bycie jeńcem wojennym, poddanie niewyobrażalnie bolesnym, magicznym torturom i uniknięcie śmierci na skutek czystego przypadku przyczynią się do przemiany wewnętrznej tego bohatera. Tymczasem Cahir po pełnym przeszkód powrocie do wojsk Nilfgaardu natychmiast staje się tym samym jednowymiarowym „złolem”, jakim był w pierwszym sezonie. Żadnej traumy, żadnej zmiany w zachowaniu, żadnych przemyśleń: wszystko wróciło do punktu wyjścia i wszystkie perypetie Cahira w sezonie drugim okazały się bezsensowne, bo nie prowadziły do niczego.
Początkowo pachniało to historią w stylu Jaimego Lannistera – czarnego charakteru, który zalicza bolesny upadek, a w jego rezultacie przechodzi głęboką zmianę – a wyszła ślepa uliczka. Po co był cały wątek niewoli Cahira, skoro narracyjna funkcja postaci nie uległa w skutek tego wątku żadnej zmianie?
Problem nr 5 – postaci bez zrozumiałych motywacji i dobrze zarysowanych osobowości. Omówione szerzej przypadki Cahira i Yennefer wskazują na ogólny problem, który dotyka w zasadzie wszystkich postaci serialu: całkowity brak rozwoju. Twórcy nie umieją w psychologię, przyczynowo-skutkowość, przekonujące motywacje. Większość bohaterów jest nijaka. Jedyna w pełni udana postać to w mojej opinii Jaskier, który stanowi dobry element komediowy, ale i jego wątek nie jest wolny od słabszych elementów. Dla przykładu – kiedy przemieszczający się bez wymaganych papierów bard nie może zdzierżyć obrażania jego sztuki i wdaje się z kontrolerem w pyskówkę, to ta całkiem zabawna scenka szybko staje się niesmaczna, bo jeden z elfów musi przez głupotę Jaskra poświęcić życie, by odciągnąć strażników i umożliwić ucieczkę reszcie.
Czy śmierć elfa z winy Jaskra zostanie w jakikolwiek sposób zaadresowana, wpłynie na śpiewaka? Oczywiście, że nie. Co do innych bohaterów: Ciri wypada bodaj najciekawiej z całej głównej trójki, chociaż jej przemiana z subtelnej panny w twardą wojowniczkę jest nieco zbyt gwałtowna i sztampowa. Freya Allan nie prezentuje się również przekonująco w scenach ćwiczeń i walki, widać brak technicznego przygotowania u młodej aktorki: filigranowa dziewczyna machająca drewnianym mieczem robi to z energią i siłą odganiania muchy przy pomocy kuchennej ściereczki… Dalej: Kim Bodnia jako Vesemir próbuje kreować postać mądrego opiekuna i starego wygi, ale mimo dobrej gry aktora trudno nam w to wszystko uwierzyć z winy scenarzystów, którzy każą mu m.
in. zgadzać się na poddanie Ciri niebezpiecznym mutacjom, mimo prośby przyszywanego syna (Geralta) o opiekowanie się dziewczyną i pilnowanie jej. Pozostali, drugo- i trzeciorzędni bohaterowie są równie niespójni i pozbawieni charakteru, bo stanowią jedynie narzędzia scenariusza, postępujące zgodnie z tym, czego akurat potrzebują twórcy do pchnięcia akcji naprzód.
Problem nr 6 – scenarzyści konkurujący ze sobą o to, kto napisze najnudniejszą scenę. Słabo napisane postaci i brak logiki wydarzeń nie byłyby tak dużym problemem, gdyby serial dostarczał dobrej rozrywki, a tak nie jest. Wiedźmin ma nużące, powolne tempo i składa się niemal wyłącznie z drętwych, pompatycznych dialogów. Co gorsza, większość wypowiedzi nie pełni właściwie żadnej funkcji narracyjnej czy światotwórczej: najczęściej dowiadujemy się z nich rzeczy oczywistych. Po skończeniu sezonu nie została mi w głowie żadna błyskotliwa kwestia. Twórcy wielokrotnie używają dialogów, by łopatologicznie przekazać to, czego nie umieją pokazać za pomocą obrazu, np.
Ciri kilka razy mówi o tym, że czuje się zagubiona i samotna, bo twórcy nie mają innego pomysłu na przedstawienie widzowi jej emocji. Większość scen to typowe zapychacze, „gadające głowy”. Mamy również dużo panoramicznych ujęć lokacji oraz powolne zbliżenia na zamyślone twarze bohaterów, nie wyrażające absolutnie niczego. Nie pomaga to, że całość wypada kiepsko pod względem aktorskim. Domyślam się, że to duże wyzwanie pracować do takiego scenariusza, ale większość aktorów gra niezwykle mechanicznie, bez grama ekspresji i charyzmy (np. odtwórczyni roli Franceski), inni z kolei osuwają się w przerysowanie i groteskowość (wręcz „po komiksowemu” nikczemny i podstępny Dijkstra).
W efekcie całość jest po prostu mało emocjonująca, płaska. Twórcy próbują przetykać tę wszechobecną nudę, kreując (sztuczne) konflikty oraz serwując widzowi kolejne sceny walk. Problem w tym, że większość tych konfliktów jest niemal telenowelowa, mało pogłębiona i bez większych konsekwencji dla naszych bohaterów (Geralt szybko wybacza Vesemirowi i Yennefer to, co próbowali zrobić Ciri, choć w obu przypadkach były to na tyle poważne przewinienia, że wiedźmin mógłby całkowicie zakończyć obie relacje). Nie ma zatem mowy o kreowaniu jakiegoś napięcia, wciągnięciu widza w opowieść, skoro ta kręci się w kółko, zamiast przeć do przodu.
Sceny walk z potworami i ludźmi ogląda się dobrze, ale większość z nich nie ma znaczenia fabularnego, przez co nie angażuje. Jak mamy się przejąć walką z przemienionym w leszego Eskelem, skoro ta postać miała wcześniej raptem kilka scen, została przedstawiona jako straszny buc, nie wydawała się szczególnie bliska Geraltowi i ogólnie mało nas obchodziła? A jednak w odcinku trzecim twórcy wychodzą z założenia, że będzie ciekawie pokazać nam w kilku przydługich scenach żałobę Geralta po Eskelu oraz wspomnienia ze wspólnej przeszłości obu wiedźminów. Najlepiej ze wszystkich wypadła walka z bruxą (ogólnie cały pierwszy odcinek jest najlepszy w sezonie).
Potencjalnie najbardziej emocjonującej walki z Micheletami nie oglądamy natomiast w całości. Większość starć jest efekciarska, uszyta pod gust nastoletniego chłopca i jak pisałam: bez żadnego znaczenia fabularnego. Absolutnym hitem jest dla mnie walka Geralta z pierwszą bestią z monolitu, w której to walce nasz wiedźmin używa Ciri jako przynęty… a przynajmniej tak to odebrałam.
Problem nr 7 – absurdy. Pozbawionych logiki i sensu elementów jest tu wiele. Mój ulubiony ma miejsce pod murami Cintry, gdzie przybywają konno Ciri i Yennefer. Ten moment jest niemal slapstickowy. Yennefer konsekwentnie, aż od świątyni Melitele, prowadzi Ciri ku babie jadze, by poświęcić dziewczynkę w zamian za moc. Gdy są już na miejscu, zmienia jednak zdanie, co wygląda mniej więcej tak, że mówi do niej: „ej, wiesz co, nie idź tam, chciałam cię złożyć w ofierze, ale przecież nie mogę czegoś takiego zrobić, wracajmy do Geralta”. Ciri zrozumiale się wścieka i powoduje tak silny wstrząs ziemi, że pęka mur w Cintrze (chociaż ona i Yen nawet się nie przewracają).
Jaka jest reakcja żołnierzy na murze? Nie, nie biją na alarm, że trzęsienie ziemi, nie są wcale zaszokowani i zdezorientowani. Posyłają kilku jeźdźców w stronę Yennefer i Ciri, bo jakoś magicznie się domyślają, że te dwie samotne, oddalone i ledwo widoczne z muru kobiety są przyczyną powstania uskoku (co jest prawdą, ale skąd żołnierze to wiedzą?). I tutaj najlepsze. Jeźdźcy docierają do Ciri i Yennefer w momencie, kiedy te stoją nad pęknięciem i nadal są wyraźnie zaszokowane całym zdarzeniem. Przepraszam bardzo, czy ci żołnierze się teleportowali? Jakim cudem znaleźli się przy Ciri praktycznie sekundę po utworzeniu przez nią uskoku, który to uskok był powodem ich wysłania na zwiady? Przecież widzimy wyraźnie, że między murami Cintry a naszymi bohaterkami jest dobre kilka kilometrów.
Widzimy też, że akcja ma miejsce na płaskim terenie. I kto przybywa na ratunek obu kobietom, gdy żołnierze bez zadawania pytań od razu rzucają się do walki z paniami? Oczywiście, że Geralt, to jest przecież jego funkcja w tym serialu, ratowanie wszystkich w ostatniej chwili i wyrastanie spod ziemi w najbardziej (nie)oczekiwanych momentach. Jakim cudem nikt wcześniej nie zauważył na płaskim, szerokim terenie, że Geralt się zbliża? Nie wiem, może tutaj wytłumaczeniem również jest baba jaga, której działania służą scenarzystom do tłumaczenia każdego niewytłumaczalnego działania… O właśnie. Baba jaga.
Główny antagonista tego sezonu i być może najbardziej absurdalny, idiotyczny, rozczarowujący wątek. Jest on tak słaby z tego samego powodu, co omówiony w osobnym punkcie wątek Cahira: dużo się w nim dzieje, usilnie przekonuje widza, jaki to nie jest „ważny”, a ostatecznie okazuje się wydmuszką, ślepą uliczką. Babę jagę systematycznie hajpowano od odcinka drugiego, przeznaczono na jej wątek stosunkowo dużo czasu w każdym epizodzie, zarysowano jej historię i zaprezentowano jako niebywale potężną, starożytną istotę… by w końcówce pokonało ją to, że Ciri po prostu się opamiętała. Dosłownie.
Opętana Ciri przebudza się z wizji, baba jaga ulatuje z niej skuszona poświęceniem Yennefer… ale nie wchodzi w ciało Yennefer, tylko odlatuje sobie gdzieś w stronę Dzikiego Gonu. Jakieś pytania? A po co. Postać baby jagi została najpewniej wprowadzona z dwóch powodów: po pierwsze, trzeba było mieć jakiegoś finałowego bossa na ostatni odcinek, po drugie, scenarzyści nie umieli znaleźć żadnej sensownej motywacji dla Fringilli, Franceski i Yennefer, by zrobiły to, co zrobiły – a były to czyny, które faktycznie trudno tłumaczyć czymś innym niż opętaniem przez wiedźmę. Pytanie tylko, jak trójka potężnych czarodziejek dała się tak łatwo oszukać podejrzanej istocie (podpowiedź: odsyłam do problemu nr 5)… Założę się też, że do tematu baby jagi nie wrócimy w przyszłych sezonach. Albo okaże się, że ona i Eredin to jedna osoba, bo tak chyba mieliśmy zrozumieć jej złączenie się z Dzikim Gonem?
Problem nr 8 – polityka naiwna jak z bajek Disneya. Hissrich chciałaby zrobić opowieść w stylu Gry o tron, pełną intryg i cwanych politycznych graczy, ale jak jej to wychodzi w praktyce? Najlepiej pokazuje to wątek sojuszu elfów z Nilfgaardem. Zawarty przez przypadek (Fringilla, będąc jeńcem, awansuje do roli niemal osobistej doradczyni Franceski, przywódczyni elfów, a bo czemu nie) i zerwany przez przypadek (bo elfy stwierdziły, że jednak nie będą walczyć z Nilfgaardem przeciwko Północy, wolą walczyć przeciwko Nilfgaardowi i Północy razem wziętym, nie potrzebują sojuszników).
Francesca, w której mamy dostrzec silną i kompetentną przywódczynię, podejmuje kluczowe decyzje nie po rozważeniu wszystkich za i przeciw, a pod wpływem silnych emocji; nie w porozumieniu ze swoimi doradcami, a po konsultacjach z babą jagą (tak, wiem, uwzięłam się na tę babę jagę). Inny przykład uprawiania polityki w świecie Lauren Hissrich? Kiedy Yennefer zostaje posądzona przez część czarodziejów o zdradę na rzecz Nilfgaardu, o jej niewinności ma zadecydować to… czy będzie w stanie zabić nilfgaardzkiego jeńca. W jaki sposób ma to udowodnić, że Yennefer nie gra na dwa fronty? Czego dowodziłoby zabicie Cahira, oprócz bezwzględności czarodziejki? I taki rodzaj sądu wymyślili czarodzieje, czyli grupa dysponująca szerokimi możliwościami w zakresie tortur, zaglądania do umysłów, badania przeszłości… Finał tego wątku jest równie szałowy – podczas publicznej egzekucji, przy tłumie świadków, Yennefer uwalnia Cahira, po czym udaje im się razem uciec, BO AKURAT PRZYPADKOWO KTOŚ ZOSTAWIŁ W POBLIŻU KONIA, a żadnemu z licznie zgromadzonych żołnierzy i czarodziejów jakoś nie chce się ścigać najważniejszego nilfgaardzkiego generała oraz czarodziejki oskarżonej o zdradę.
Problem nr 9 – światotwórczy bełkot. Świat przedstawiony w netflixowym Wiedźminie nie trzyma się kupy, po prostu. Twórcy co i rusz łamią ustalone przez siebie samych zasady. Warownia Kaer Morhen zostaje przedstawiona jako tajne miejsce, do którego drogę znają tylko wiedźmini – a w odcinku drugim oglądamy, jak Eskel sprowadza do niego tłum prostytutek, robi huczną imprezę i rozwala połowę laboratorium z unikatowymi specyfikami w czasie ostrego seksu (bo wiecie, he, he, wiedźminy to rozrywkowe chłopaki są). Podróż Ciri i Geralta do Kaer Morhen trwa dłuższy okres czasu, ale gdy Geralt musi uratować Ciri z rąk Yennefer, to podróż z Kaer Morhen pod mury Cintry odbywa się już błyskawicznie.
To jest fatalny storytelling, to są szkolne błędy w worldbuildingu. Dobrą fantastykę od złej odróżnia wewnętrzna spójność. Powtarzam się z tą Grą o tron, ale trudno: Netflix chciał mieć swoją Grę o tron, tylko zapomniał powiedzieć pani Hissrich, że powinna wzorować się na jej pierwszych sezonach, a nie na fatalnej końcówce. Bo chaos w Wiedźminie przypomina równie pozbawiony ładu i składu świat z ostatnich sezonów Gry o tron…
Problem nr 10 – płycizna intelektualna. Nie wiem, o czym chcieli opowiedzieć twórcy. Ich Wiedźmin nie ma w sobie nic z melancholii oryginału, nie portretuje też równie przekonująco żadnych ciemnych stron ludzkiej natury. Sapkowski stworzył opowieść w dużej mierze o ksenofobii, a jak do zagadnienia rasizmu podchodzi Netflix? Każe mi wierzyć w świat, w którym nietolerancyjni i ograniczeni ludzie nienawidzą elfów, ale nie mają żadnych problemów z akceptowaniem osób o innym kolorze skóry. To po prostu infantylne: zamiast skomplikowanego i skonfliktowanego świata, w którym tępi się każdą inność, dostajemy prosty podział na dobrych i złych. Problem rasizmu jest tutaj ukazany pretekstowo, jakby twórcy chcieli się podpiąć pod nośny temat, ale nie umieli w żaden sensowny sposób go pogłębić. Podobnie płytko zostały potraktowane pozostałe tropy wpisane w Wiedźmina. Wymowa antywojenna? Jest obecna tylko w słownych deklaracjach Triss, opowiadającej o tym, jak bardzo zmieniła ją wojna, ale nie oglądamy faktycznych skutków tejże wojny na ekranie, bo Cahir po torturach i niewoli wraca bez żadnej refleksji do dowodzenia wojskiem, a Tissaia momentalnie odzyskuje całą radość życia w chwili, gdy dowiaduje się, że jej ulubienica Yennefer jednak żyje (nawiasem i na marginesie: czy tylko mi przeszkadza, że Tissaia jest pokazywana jako pozytywna postać po tym, co robiła dziewczynkom w pierwszym sezonie? Czy tylko ja uważam, że jej traktowanie uczennic Aretuzy było psychopatyczne, a upodobanie do Yennefer nie ma szczególnego uzasadnienia?). Motyw rodziny, przyszywanego ojcostwa i sieroctwa zostają tu zaledwie muśnięte. Wiedźmin nie opowiada o żadnym ważnym temacie, a kiedy już to robi, to w sposób całkowicie nieudolny.
Mogłabym jeszcze długo pastwić się nad kolejnymi wadami tego serialu. Frustracja, którą odczuwam, bierze się przede wszystkim stąd, że mam świadomość ogromnego potencjału tej serii, który został zaprzepaszczony. Aż boli rozdźwięk pomiędzy tym, czym Wiedźmin Netflixa mógłby być, a tym, czym jest. Lauren Hissrich nie spłaciła kredytu zaufania, jakiego udzieliłam jej po pierwszym sezonie – na tym etapie mam już ugruntowaną opinię na temat jej „talentu” i nie widzę perspektyw na poprawę w trzeciej części. Ta produkcja to generyczne fantasy, które cynicznie podpina się pod popularną markę, bo gdyby nie skojarzenia z franczyzą Wiedźmin – ten serial nie zainteresowałby nikogo.
