search
REKLAMA
Zestawienie

Najbardziej ROZCZAROWUJĄCE filmy science fiction

Jakub Piwoński

30 sierpnia 2020

REKLAMA

Midnight Special

84 procent pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes. Nawet po latach od premiery Midnight Special wciąż utrzymuje się niezrozumiały dla mnie zachwyt tą produkcją. Pamiętam, że w 2016 roku podszedłem do filmu ze sporych rozmiarów oczekiwaniami. Gdzie nie spojrzałem, z kim nie gadałem, wszyscy film Jeffa Nicholsa wychwalali. Znane nazwiska w obsadzie pokroju Michaela Shanonna, Sama Sheparda, Kirsten Dunst czy Joela Edgertona z pewnością pomogły wielu widzom we właściwym pozycjonowaniu filmu w głowie. Aura widowiska od początku przytaczała tytułową „wyjątkowość”, która miała po filmie pozostać z widzem jeszcze na długo. Ja nie wyczułem jej ani na początku, ani w połowie, ani na końcu seansu. Sztampa, sztampa i jeszcze raz sztampa. Przygody tatusia i syna obdarzonego mocą realizują dla mnie casus filmów, które potrafią się atrakcyjnie sprzedać, ale po prawdzie nie mają wiele do zaprezentowania. Zabijcie mnie, ale po latach od seansu nie pamiętam z tego filmu ni aktorstwa, ni klimatu, ni efektów, dosłownie niczego, co mogłoby wejść w polemikę z tymi powszechnymi słowami aprobaty.

Jurassic Park. Zaginiony świat

Steven Spielberg po raz drugi. Mimo że darzę go ogromnym szacunkiem i uznaję za jednego z najważniejszych twórców współczesnego kina (powiało banałem, ale cóż…), nie mogłem odmówić sobie przyjemności wytknięcia mu jeszcze jednej wtopy. Nie wiem, gdzie Steven Spielberg miał głowę podczas kręcenia kontynuacji swego kasowego hitu sprzed lat, ale z pewnością nie przebywała ona na planie. Reżyser widziałby wówczas, że rzeczy wymykają się spod kontroli niczym dinozaury wypuszczone na wolność. Oglądając Zaginiony świat, miałem nieodparte wrażenie, że nakręcił go nie Spielberg, a jakiś „spadochroniarz” chcący podrobić styl mistrza. Cała fabuła oparta została na dość miałkim, żeby nie powiedzieć głupim pomyśle. Bohater trafia na niebezpieczną wyspę za sprawą, wydawać by się mogło, zwykłego kaprysu starca – tak to się akcja rozwija w klasie B, panie Spielberg. Jeff Goldblum z kolei pokazuje, że tak jak zdołał w Parku Jurajskim błyszczeć na drugim planie, tak jego bohater na planie pierwszym nie jest już tym samym. Przykro patrzy się także na Julian Moore, która tak jak wybitną aktorką jest, tak tu otrzymała do odegrania jedną z najgorszych, najmniej ciekawych, najbardziej irytujących postaci w swojej karierze. Ale to wszystko jest niczym w porównaniu do tego, jak wielka buta przemawia przez Spielberga w scenach akcji. Brak w nich napięcia, brak magii pierwowzoru. Więcej nie znaczy lepiej, o czym sam przekonuje się sam tyranozaur, rozczarowany wycieczką po Nowym Jorku.

Paradoks Cloverfield

Tak jak wielu fanów SF, tak i ja jestem zdania, że to, co zaprezentowano w Cloverfield Lane 10, było jednym z lepszych, ciekawszych pomysłów na kontynuację hitu sprzed lat w kinie fantastycznonaukowym. Rewelacyjna, trzymająca w napięciu fabuła, rewelacyjny John Goodman, rewelacyjna Mary Elizabeth Winstead. W kolejnym quasi-sequelu, produkowanym przez Netflixa, zostały z kolei popełnione niemal wszystkie grzechy przeciętnej, bezpłciowej realizacji, stojącej w wyraźnej opozycji do poprzednich części serii. Przez większość seansu dziwiłem się, w jakie rejony zdecydowali się tym razem poprowadzić fabułę twórcy. Element zaskoczenia, znak rozpoznawczy serii, został zastąpiony wyjątkowo topornym i w dodatku mocno zużytym obliczem grozy. Nieprzeciętni aktorzy dwoili się i troili, by nie wyjść na głupków, scenarzyści z kolei, obierając drogę nadawania sensu uniwersum, obnażyli z kolei wybitnie głupie rozwiązania fabularne. Nic tu nie gra jak powinno. Zamiast kolejnego elementu układanki oryginalnego świata i ciekawej kampanii promocyjnej otrzymujemy istne popłuczyny po science fiction.

Ciche miejsce

Choć od premiery tego filmu minęło już ładnych kilka lat, do dziś drapię się po głowie na myśl o tym, z jak zaskakująco dobrym przyjęciem się spotkał. Ja w tym filmie nie uświadczyłem niczego, co pomogłoby mi jednoznacznie uznać twór Krasinskiego za coś wystającego ponad poprzeczkę przeciętności. Ba, Ciche miejsce wręcz ową przeciętnością stoi. Ukute na fabularnej sztampie widowisko broni się w zasadzie tylko jednym – pomysłem wyjściowym. Postapokaliptyczny świat, w którym bohaterowie nie dość, że mają do wszystkich dóbr wyraźnie ograniczony dostęp, to jeszcze muszą przez cały czas zachowywać całkowitą ciszę, to świat i konflikt ze wszech miar intrygujący. Gdy tylko dowiadujemy się, co takiego skrywa ciemny las, gdy oblicze wilka przestaje być tajemnicą, całe pieczołowicie przygotowywane napięcie w filmie spada na łeb, na szyję. Krasinski powinien iść na lekcje do Shyamalana, który wykorzystując przykład takiej Osady, nauczyłby go, że jeśli chce się utrzymać zainteresowanie widowni, to lepiej ostrożnie obchodzić się z tajemnicą, w przypadku gdy jest ona nadrzędnym atutem narracji. Tym bardziej zatem kuriozalna jest dla mnie perspektywa nadchodzącej kontynuacji filmu. I co niby w niej obejrzymy, jeśli cisza została przełamana?

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA