search
REKLAMA
Ranking

LEE, PRICE, CUSHING. Trzej tytani horroru

REDAKCJA

26 maja 2017

REKLAMA

– Co jest tajemnicą sukcesu pańskich filmów?
– Chyba to, że nie opowiadają o codziennym świecie wokół nas, ale o tym, co tkwi w naszym wnętrzu, o skłonnościach i instynktach, które nauczyliśmy się tłumić.
– O jakich skłonnościach pan mówi?
– O tych, do których sami się nie przyznajemy, o których czasem nie mamy pojęcia. Zwierzęce okrucieństwo, brutalna przemoc, pragnienie krwi. Są ujarzmione, ale czasem wychodzą z klatek, w których je zamknęliśmy.

(tłum. Ewaryst Nawyrost)

To fragment wywiadu, jakiego Vincent Price udzielił brytyjskiemu dziennikarzowi telewizyjnemu, Michaelowi Parkinsonowi. Nie prawdziwego wywiadu jednak, ale znajdującego się w filmie pod tytułem W kręgu szaleństwa (Madhouse, 1974), w którym Price i Cushing zagrali odpowiednio aktora i pisarza, twórców postaci Doktora Śmierć. Powstanie gatunku horroru to nie tylko efekt skrywanych mrocznych instynktów, ale też efekt istnienia różnych legend, gdzie znana nam rzeczywistość miesza się z czymś nieznanym, tajemniczym, budzącym lęk i grozę. Nie wiemy, co znajduje się po drugiej stronie. „Granice dzielące życie od śmierci są mroczne i nieokreślone. Któż wie, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie?” – tak pisał Edgar Allan Poe w Przedwczesnym pogrzebie. Wyobraźmy sobie, że gdzieś tam po drugiej stronie spotyka się trzech ludzi: Vincent Price (1911–93), Peter Cushing (1913–94) i Christopher Lee (1922–2015). Przy butelce sherry wspominają stare dobre czasy: nieokiełznane burze, gotyckie pałace, mroczne wrzosowiska, komnaty tortur, piwnice z pająkami, cmentarzyska i grobowce. My także przypomnijmy sobie stare dobre czasy kina grozy. Sprzyjają ku temu dni 26 i 27 maja – Dni Trzech Tytanów Horroru.

Tytuły uszeregowane według chronologii.

1. Gabinet figur woskowych (1953), reż. André De Toth

Pierwszy wielki sukces Vincenta Price’a w kinie grozy, czyli Gabinet figur woskowych, w którym aktor gra właściciela i twórcę tytułowego przybytku. Kiedy nieuczciwy partner postanawia podpalić gabinet dla ubezpieczenia, główny bohater nie bez walki próbuje uratować swe dzieła, niestety bezskutecznie. Zostaje uznany za zmarłego w pożarze, lecz uchodzi z życiem, a następnie mści się okrutnie. Zły i szalony odbudowuje swoje woskowe królestwo za cenę kolejnych ofiar. Nawet dzisiaj, ponad 60 lat po premierze, dzieło pochodzącego z Węgier André De Totha jest diabolicznym, niepozbawionym czarnego humoru horrorem, szokującym fabularnie, choć już niekoniecznie wizualnie. Straszliwie poparzony Price mógł wtedy budzić grozę, ale dzisiaj wydaje się mniej doskonałym pierwowzorem dla Darkmana Sama Raimiego. Co innego pomysł, aby niedawno zamordowani stali się eksponatami w makabrycznym gabinecie, do którego widzowie przychodzą, aby pooglądać z bliska okrutne sceny śmierci. Koło się kręci, a Vincent szuka kolejnych modelów.

Film De Totha znany jest również ze swojego pionierskiego zastosowania efektu 3D oraz faktu, że reżyser… widział tylko na jedno oko. [Krzysztof Walecki]

2. Dom na przeklętym wzgórzu (1959), reż. William Castle

Dom na Przeklętym Wzgórzu zaskakuje fabularnie, stwarzając klimat towarzyskiej zabawy z nie do końca jasnym przesłaniem – milioner zaprasza na przyjęcie urodzinowe swojej żony piątkę nieznajomych, którym oferuje po dziesięć tysięcy dolarów, jeśli odważą się spędzić noc w tytułowym domostwie. W rzeczywistości prawdziwa gra odbywa się między nienawidzącym się małżeństwem, lecz wszystko mogą skomplikować duchy zamordowanych w domu ludzi. A może to żywi okażą się bardziej niebezpieczni od straszących po korytarzach szkieletów?

Siła filmu Williama Castle’a, legendy B-klasowego horroru, bierze się z dwóch rzeczy – po pierwsze reżyser, nie rezygnując z makabrycznych pomysłów jak kąpiel w kwasie, stawia na niczym nieskrępowaną zabawę biorącą się bardziej ze scenariuszowych niespodzianek niż efektownych scen grozy. Dziś ten dreszczowiec raczej nie budzi lęku, choć atmosferą bije na głowę większość opowieści o nawiedzonych domach. Po drugie, gospodarzem wieczoru i nocy jest Vincent Price, którego dystyngowana poza wraz z bardzo cierpkim poczuciem humoru oraz pewną dozą złowieszczości czynią z głównego bohatera postać cokolwiek ambiwalentną, acz niezwykle rozrywkową. Ostatecznie Dom na Przeklętym Wzgórzu tym właśnie jest – rozrywką, być może nie wysokich lotów, lecz nadal dającą sporo grzesznej przyjemności. Warto nadmienić, że w tym samym roku Price i Castle nakręcili jeszcze jeden horror, The Tingler. [Krzysztof Walecki]

3. Ostatni człowiek na Ziemi (1964), reż. Sidney Salkow

Pierwsza ekranizacja powieści Richarda Mathesona Jestem legendą (1954). Już pod koniec lat pięćdziesiątych wytwórnia Hammer zamierzała zrealizować film na podstawie tej książki. Ostatecznie dzieło wyszło spod ręki Sidneya Salkowa, który już od 1936 kręcił filmy klasy B, osiągając wyjątkową biegłość w kreowaniu nastroju. Po nowelowym Twice-Told Tales (1963) z Vincentem Price’em wydawał się odpowiednim kandydatem na stanowisko reżysera Ostatniego człowieka na Ziemi. Zdjęcia nakręcono we Włoszech. W odcieniach czerni i bieli wybrane włoskie miejscówki wyglądają niezwykle sugestywnie jako świat po katastrofie, opustoszały i ponury. Swoisty cmentarz bez krzyży. W roli ostatniego człowieka na Ziemi, czy raczej ostatniego przedstawiciela starej rasy, wystąpił człowiek-legenda. Nie jest to może jego najlepsza rola, ale z pewnością duże aktorskie wyzwanie. Postać odegrał w taki sposób, że wywołał skrajne opinie, od zachwytu po irytację. Przy scenariuszu pracował autor literackiego pierwowzoru, lecz ostatecznie podpisał się pseudonimem, gdyż nie był zadowolony z wprowadzonych zmian. Rangę film zyskuje dzięki atmosferze. Mając do dyspozycji niewielki budżet, reżyserowi udało się uzyskać właściwy ton i tempo dla tej przygnębiającej historii. Z powodzeniem nakreślił to, co uderzyło czytelników powieści – przeraźliwie pesymistyczną aurę. Widać w tym obrazie źródło inspiracji dla Nocy żywych trupów (1968) George’a A. Romero. [Mariusz Czernic]

4. Gorgona (1964), reż. Terence Fisher

Kwintesencja stylu wytwórni Hammer i jej czołowego reżysera, Terence’a Fishera. Mocno osadzona w dziewiętnastowiecznej tradycji gotyckiej opowieść z gatunku fantastyki grozy. Bohaterami filmu, opartego na fabule J. Llewellyna Devine’a i scenariuszu Johna Gillinga, są ludzie nauki, którym na studiach wpajano, że cudów nie ma i wszystko można racjonalnie wytłumaczyć. Gdy jednak w małej niemieckiej wiosce pojawia się mityczna Gorgona, świat tych uporządkowanych ludzi nagle się zmienia. Tajemniczy doktorek (Cushing) i szanowany profesor z uniwersytetu w Lipsku (Lee) to całkowite przeciwieństwa. Jeden woli za fasadą milczenia ukryć to, co niezrozumiałe, drugi dąży do ujawnienia prawdy. Różnice między postaciami widać także w sposobie gry aktorskiej. Cushing jest enigmatyczny, ale udało mu się zasugerować podskórny niepokój, natomiast u Lee wyczuwa się jakąś sprzeczność – ucharakteryzowany jest na starszego, niż był w rzeczywistości, lecz zachowanie wskazuje na osobę młodą duchem, ekspansywną. Bardzo dobrze niuanse swojej postaci odegrała również Barbara Shelley, jedna z czołowych aktorek Hammera (świetne role u boku Christophera Lee w Draculi: Księciu ciemności i Rasputinie: Szalonym zakonniku). [Mariusz Czernic]

5. Maska Czerwonego Moru (1964), reż. Roger Corman

Vincent Price w roli skrajnie amoralnego, oddającego cześć diabłu księcia Prospero, dla którego liczą się tylko hedonizm, rozrywka, folgowanie zmysłom. Okrutny i obojętny na los swoich poddanych tyran, odwracający się od nich plecami, gdy najbardziej potrzebują jego pomocy. Czuje się niezwyciężony i śmieje się w twarz martwemu Bogu, w jego oczach ustępującemu potęgą szatanowi. I chociaż jest pewny, że zawarł pakt gwarantujący bezpieczeństwo, Śmierć nie zwraca uwagi na pozycję, znaczenie ani majątek. Film na niesamowitą, niemal malarską oprawę, przesyconą barwami, z których każda ma znaczenie symboliczne, podobnie jak siedem komnat na zamku księcia Prospero: to labirynt umysłu, pokonywanie kolejnych stopni wtajemniczenia i osiągania świadomości, a także konfrontacja z własnym cieniem. Feeria kolorów napiera ze wszystkich stron, zamiast jednak budować wrażenie pogody, budzi prawdziwą grozę. [Karolina Chymkowska]

REKLAMA