search
REKLAMA
Action Collection

KUFFS. Amatorska Zabójcza broń

Jacek Lubiński

1 marca 2020

REKLAMA

Jeśli tytuł tej luzackiej komedii z 1992 roku, z młodziutkim Christianem Slaterem i jeszcze młodszą Millą Jovovich w rolach głównych, kojarzy wam się ze słówkiem „cuffs” (ang. kajdanki), to jesteście na dobrym tropie. Akcja bowiem toczy się tutaj pośród stróżów prawa. Ale nie takich prawdziwych, w mundurach i w ogóle z całym kodeksem za nimi stojącym, lecz wśród półamatorów, którzy w wolnym czasie pomagają policji utrzymywać porządek na ulicach. I przy okazji szukają zemsty. W końcu, jak prawi tagline filmu, kto potrzebuje doświadczenia przy odpowiednim nastawieniu do pracy?

W USA, a dokładnie w San Francisco, gdzie dzieje się akcja filmu, istnieje specyficzna jednostka: Patrol Special Police. Istniejący od 1847 roku rodzaj straży sąsiedzkiej, nadzorowanej przez departament policji, ale niebędącej jego częścią, złożony jest ze zwykłych, zaprzysiężonych mieszkańców (po ich wcześniejszym sprawdzeniu i przeszkoleniu, rzecz jasna) i w swoim założeniu skupia się na patrolowaniu okolic oraz odciążaniu prawdziwych policjantów w mniej niebezpiecznych sprawach. Choć i takich nie brakuje – o czym szybko przekonuje się nasz hiroł, George Kuffs (Slater z mlekiem pod nosem). Odrzutek z liceum, ledwie wkraczający w dorosłość, ale już będący w bliskiej perspektywie szczęśliwym (?) tatą, to niezbyt odpowiedzialny typ (o czym świadczy ciąża jego jeszcze młodszej partnerki – w realu zaledwie piętnastoletniej Milli) oraz typowy lekkoduch, któremu nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby broni palnej i bezpieczeństwa obywateli.

A jednak! Gdy jego brat Brad (ale nie Pitt) zostaje nagle zabity, Kuffs przejmuje jego rewir z zamiarem złapania nikczemnego mordercy. I tak zaczyna się kręcić ta karuzela kryminalnego absurdu, na której z uśmiechem na ustach bujają się jeszcze: debiutująca na dużym ekranie Ashley Judd, Bruce „Tron” Boxleitner i świeżo znienawidzony za Uwierz w ducha Tony Goldwyn – tu w roli poczciwego detektywa Teda Bukowskiego (nie z TYCH Bukowskich). W epizodach pojawiają się też znana fanom serialowego Słonecznego patrolu Alexandra Paul oraz Mary Ellen Trainor (pani psycholog z cyklu Zabójcza broń).

Dużym minusem tej produkcji ze stajni Universalu jest fakt, że mniej więcej w połowie seansu przestaje nam zależeć na schwytaniu mordercy. Winne temu są… plusy całego przedsięwzięcia. Zgrabna, krótka fabuła ani na moment nie ukrywa, że chodzi tu przede wszystkim o czystą rozrywkę. To pretekst do zabawy konwencją kina policyjnego, z którego schematów Kuffs nieraz celnie się nabija, balansując na umownej granicy parodii. Wątek dramatyczny co prawda nie zostaje zupełnie zakopany w ciętych ripostach i żartobliwych zdarzeniach, a tempo filmu nie pozwala nam stracić zainteresowania intrygą na wariackich papierach. Niemniej już choćby notoryczne burzenie przez naszego chojraka czwartej ściany dość jasno nakreśla cały charakter widowiska Bruce’a A. Evansa – scenarzysty Stań przy mnie i Gwiezdnego przybysza oraz późniejszego reżysera o wiele poważniejszego w wyrazie, acz również podszytego ironią Mr. Brooksa, który pozostaje do dziś jego ostatnim dziełem. Z ekipy Stań przy mnie wywodzi się też operator Thomas Del Ruth, odpowiedzialny wcześniej za takie hity, jak Fandango, Klub winowajców, Uciekinier czy seria I kto to mówi.

Radosną, niemal sielankową atmosferę tworzy także muzyka niezawodnego Harolda Faltermeyera, wspomagana kilkoma śpiewanymi hitami – w tym jakże sugestywnym w wymowie tytułem Need for Speed grupy Regulators. Twórca kultowego tematu do Gliniarza z Beverly Hills serwuje podobnie skoczne, elektroniczne brzmienia, które nawet w momentach nieco większego napięcia zgrabnie biorą wszystko w nawias (urocza aranżacja klasycznego Ave Maria), czyniąc z przygód Kuffsa równie luzacką, niczym nie skrępowaną rzecz, co perypetie Axela Foleya, Irwina Fletchera lub Tango i Casha, dla których tematy maestro pisał. Kuffs jest niejako duchowym spadkobiercą tamtych filmów, jednocześnie pozostając dla kompozytora ostatnim wartym uwagi wpisem w résumé przed usunięciem się w cień.

Co ciekawe, poprowadzony w mocno zbliżony do nich sposób, bo również oscylujący na granicy rozrywki nadającej się momentami dla bardziej dorosłych widzów, Kuffs uciekł restrykcjom cenzury, otrzymując familijny znaczek jakości PG-13, za co był swego czasu ostro krytykowany. Bądźmy jednak szczerzy: to niegroźna historyjka o młodych ludziach, którzy robią głupie rzeczy w dobrej wierze (i ostatecznie nieźle na tym wychodzą). Skrypt, który reżyser napisał wespół z Raynoldem Gideonem, nie uczy być może jakichś niezwykle ważnych rzeczy pokroju odpowiedzialności (oh, wait…). Ale fabuła bawi na całego i spokojnie można ją oglądać w rodzinnym gronie, nie bojąc się o niezręczną ciszę (zresztą, jak na kino rodzinno-policyjne przystało, jest tu pies – takie prawdziwe bydlę o wielkim sercu, z czterema łapami i słodziutkim pyskiem, z którego wiecznie skapuje ślina).

Doświadczenie sprawdzone na żywca i przyklepane w radosnych latach 90., a również i po latach nieustępujące nowym zasadom politycznej poprawności, dla której nie ma tu zbyt wiele pożywki. Kuffs nigdy bowiem nie przybiera megapoważnej miny i nie udaje, że jest czymś więcej od kina do piwa. Albo zioła – leczniczego, oczywiście. Wtedy też najlepiej wchodzi. I nie tylko. Według miejskich służb porządkowych oraz opinii lokalnych psychologów Kuffs to także dobre remedium na: depresję, złą pogodę za oknem, depresję w trakcie złej pogody za oknem, nudę oraz brak pomysłu na niedzielny wieczór z małżonką (zwłaszcza gdy za oknem mamy złą pogodę, a i w łóżku wieje akurat chłodem). Niestety nie jest na tyle silnym emocjonalnie i jakościowo wybijającym się produktem, aby wyleczyć też raka, no ale nie można mieć wszystkiego.

Slaterowi, który rok później zagrał Kuffsa 2.0 u Tony’ego Scotta w Prawdziwym romansie, film wielkiej chluby nie przyniósł. Kiepskie recenzje krytyków oraz zaledwie dwadzieścia milionów wpływów wpisały go w serię porażek studia Universal, przerwaną dopiero przez pociesznego kuzyna wspomnianego pieska – Beethovena. Widzowie okazali się jednak łaskawsi, zwłaszcza gdy Kuffs wyszedł na kasetach wideo. Tam co prawda również nie znalazł sobie należnego miejsca w gatunku, lecz jeśli gdzieś szukać mu domu, to właśnie w erze „wideł”, gdzie jako niezobowiązujący, lajtowy reprezentant ogólnopojętego kina akcji wciąż nieźle sobie radzi. I nawet jeśli same nośniki odeszły już do lamusa, Kuffs nadal wart jest uwagi każdego, kto chce po prostu fajnie spędzić czas.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA