search
REKLAMA
Action Collection

BELFER. Młodzi gniewni z klasy B

Już po pierwszym filmie z serii Belfer można poczuć znużenie tematyką, a powstały ich przecież w sumie aż cztery.

Odys Korczyński

6 sierpnia 2021

REKLAMA
Amerykanom na szczęście dla tematu w końcu znudziło się kręcenie filmów o szkołach średnich, w których panoszą się gangi, handluje się narkotykami, a nauczyciele muszą samotnie walczyć o ocalenie zagubionych w przestępczym świecie uczniów. Dzisiaj takich produkcji jest o wiele mniej. Szkoły i młodzież stały się obiektem zainteresowania raczej potworów, duchów i wampirów niż mafii narkotykowej. Belfer należy jeszcze do tego typu kina sensacyjnego, które wciąż z uporem maniaka drążyło temat młodzieżowej przestępczości. Niestety film Roberta Mandla zrobił to najbardziej sztampowo, jak się tylko dało. Twórcy najwyraźniej zachwycili się Młodymi gniewnymi, którzy mieli premierę rok wcześniej, natomiast zapomnieli, że fabuła traktująca o relacji nauczyciela (nawet policjanta czy najemnika) z uczniami powinna jednak zająć się nimi trochę wnikliwiej, a nie skupić na typowej dla kina akcji rozwałce.

Już po pierwszym filmie z serii Belfer można poczuć znużenie tematyką, a powstały ich przecież w sumie aż cztery. W pozostałej trójce w postać byłego komandosa wcielił się Treat Williams. Dwa z nich nawet widziałem, lecz nie wspominam tego doświadczenia zbyt dobrze. Jeden film powinien należycie wyczerpać temat. Zrozumiał to najwidoczniej Tom Berenger, bowiem nie chciał ostatecznie zrujnować swojej kariery, zostając belfrem na cztery filmy. Jego sława i tak w drugiej połowie lat 90. i na początku XXI wieku zaczęła przygasać, o ile można powiedzieć, że kiedykolwiek naprawdę świeciła pełnym blaskiem, bazując na drugich planach oraz mniej znanych filmach. Z czegoś jednak trzeba było żyć, a zawód aktora jest bardzo trudny, gdy zaczyna odcinać się kupony od Snajpera i kilku produkcji Olivera Stone’a.

Mimo solidnych braków warsztatowych Berengera i nagminnego pokazywania się w szortach rola Jonathana Shale’a okazała się jedną z bardziej znanych kreacji aktora. Znają ją zapewne miłośnicy kina akcji urodzeni w latach 80. Mimo że film niczego nowego nie wniósł do gatunku, postać głównego bohatera zawiera w sobie pewną standardową wizję samotnego mściciela, któremu kibicuje się od początku do końca. Rzec można, że został zachowany modelowy schemat, jak ma wyglądać najpopularniejsza wersja filmu sensacyjnego. Główny bohater musiał być więc wojskowym lub policjantem (albo byłym wojskowym lub byłym policjantem), mimo ogromnych zasług wyrzuconym przez wredne państwo poza nawias społeczeństwa. Ów bohater musiał zupełnie przypadkiem natknąć się na problem, z którym zmagała się jego oddana jakiejś sprawie przyjaciółka, i za wszelką cenę ochronić ją, słabą kobietę, przed złem. Dalej następował rekonesans, zawiązanie akcji, ktoś z kumpli bohatera zostawał skrzywdzony lub nawet ginął, a zdrajcą okazywała się osoba, której nikt o to wcześniej nie podejrzewał. Oczywiście takie jest założenie. Tak naprawdę w przypadku Belfra od samego początku widać było jak na dłoni, że dyrektor szkoły Claude Rolle (Ernie Hudson) coś knuje, a nawet że będzie głównym antagonistą. Przecież nikogo innego nie można by postawić naprzeciwko Jonathana Shale’a.

Pomniejszych antagonistów w filmie nie brakowało, jednak żaden nie byłby w stanie stawić czoła naszemu belfrowi, człowiekowi moralnie czystemu jak łza, chociaż stosującemu przemoc właściwie w nieograniczonym zakresie i środkach. Wszystko więc w Belfrze było na swoim miejscu – bohater, czarny charakter, kobieta, uczniowie – a na końcu wszyscy źli oczywiście ponieśli zasłużoną śmierć. Nie miałbym pretensji o taką konstrukcję fabuły, gdyby Belfer nie udawał czegoś więcej niż proste kino akcji. Początek sugerował, że lepiej poznamy uczniowskie środowisko, problemy relacji między nauczycielami a wychowankami szkoły oraz ich życie rodzinne. Od połowy filmu jednak akcja skupiła się na konfrontacji z handlarzami narkotyków, a szkoła była ważna jedynie jako miejsce finałowego starcia. Niczego znaczącego dla psychologicznego obrazu uczniowskich problemów się niestety nie dowiedzieliśmy, a kilkakrotnie wydawało się, że film zaczyna uderzać w tematy społeczne, takie jak getta dla Afroamerykanów, gangi, korupcja w policji i kilka innych wątków tak znanych z filmów traktujących o młodocianych przestępcach. I niech nikt nie mówi, że nie było czasu na ich poruszenie – prawie dwie godziny seansu to wystarczająco dużo, żeby głębiej wniknąć w istotę problemu i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego sytuacja w szkole wyglądała tak osobliwie. Wydaje się wręcz nie do uwierzenia, żeby placówka oświatowa stała się częścią siatki dystrybucyjnej narkotyków i nikt na to nie zwrócił uwagi.

Tak więc obok standardowej konstrukcji fabuły, która, o dziwo, wciąga, w Belfrze nie napotkamy niczego, co pozostawiłoby w nas jakąś poważniejszą humanistyczną refleksję. Nie czepiałbym się, gdyby twórcy podarowali sobie rozpoczynanie kilku uczniowskich wątków i kończenie ich na najpłytszym możliwym poziomie. Wątek przyjaciółki Shane’a również pod koniec zostaje nie wiedzieć czemu porzucony. Protagonista odchodzi pustą ulicą i wspomina o wyjeździe z miasta z ocalałym kolegą najemnikiem. Czy miało to być otwarte zakończenie? Chciałbym, żeby tak było. Bardziej prawdopodobny wydaje się raczej nie do końca przemyślany scenariusz i być może niewłaściwe zmontowanie nakręconego materiału.

Mocna piątka w skali od 1 do 10 – czyli średniak. Sądzę, że to i tak wysoka ocena. Nie będę tego filmu nikomu odradzał. Niech każdy sam się przekona, czy taka forma niezdecydowanego kina akcji mu odpowiada. Na koniec warto jeszcze zwrócić uwagę na postaci kolegów Jonathana Shane’a, którzy podobnie jak on trudnili się fachem najemnika. Twórcom filmu naprawdę udało się skonstruować charakternych żołnierzy. Porywczy do granic rozsądku Hollan (William Forsythe), spec od podchodów i mózgowiec Rem (Luis Guzmán) czy odważny niemal tak jak Shane, walczący na pierwszej linii Joey Six (Raymond Cruz). Gdyby ich nie było, obawiam się, że produkcja zaliczyłaby zupełną klapę. Towarzysze broni zapewnili swojemu mistrzowi odpowiednie napięcie w tle. Ich śmierć oznaczała również, że żaden z nich nie był nietykalny, jak to się często w kinie akcji zdarza – łącznie z dość często krwawiącym głównym bohaterem.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA