search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

HORRORY 2019. Filmy grozy, które straszyły widzów w minionym roku

Krzysztof Walecki

31 grudnia 2019

REKLAMA

Nie da się ukryć, że twarzą 2019 roku stał się Joaquin Phoenix w charakteryzacji Jokera. I patrząc na listę tegorocznych horrorów, trudno nie zauważyć, jak wiele z nich obracało się wokół motywu zabawy i karnawału – twórcy na miejsce akcji wybierali przestrzenie, które jeśli już kojarzyły się z grozą, to taką kontrolowaną, udawaną, sztuczną. Bohaterowie filmów błąkali się po parkach rozrywki, gabinetach luster i escape roomach, biorąc również udział w grach towarzyskich i świętach ludycznych. Odwracało to ich uwagę od realnego zagrożenia, ale nie widzów, świadomych zabawowości całego procesu.

Czy w takich warunkach można było mówić o prawdziwym strachu? Raczej nie, choć początek roku 2019, również ten filmowy, stanął pod znakiem tragedii, kiedy to pięć nastolatek zginęło w escape roomie w Koszalinie. To zdecydowało o usunięciu z planów polskiego dystrybutora kinowej premiery Escape Room – film od razu wyszedł na DVD i Blu-Ray. Dziwnym trafem tytuł ten symbolicznie otworzyłby rok, w którym zaskakująco popularne były fabuły o ludziach uwięzionych w miejscach mających zapewnić im rozrywkę, a nie śmierć.

Escape Room
POCZĄTEK ROKU

Tymczasem bez Escape Roomu w kinach na pierwszy horror na dużym ekranie musieliśmy czekać aż do połowy lutego. Wcześniej mieliśmy Glassa M. Night Shyamalana oraz Dom, który zbudował Jack Larsa von Triera, filmy dalekie od kina grozy, choć konieczne do odnotowania w podsumowaniu. Pierwszy z nich jest bowiem bezpośrednią kontynuacją Split, który w finale zamienił się w nadnaturalny dreszczowiec o chodzącym po ścianach człowieku-bestii z odpornym na kule i noże ciałem. Ostatnia scena, dzięki odwołaniu do powstałego niemal dwie dekady wcześniej Niezniszczalnego, była zapowiedzią sequela bardziej skoncentrowanego na superbohaterskim rodowodzie głównych bohaterów, mającym z horrorem już niewiele wspólnego. Żałuję jednak, że swą trylogię Shyamalan zakończyć w tak rozczarowujący sposób, spóźnionymi i wyjątkowo banalnymi wnioskami o naszym współczesnym, zapatrzonym w komiksowość świecie.

Co zaś się tyczy dzieła von Triera – filmowe kroniki o życiu seryjnych morderców są dosyć popularne wśród miłośników realistycznie przedstawionego okrucieństwa na ekranie, by wymienić choćby Henry’ego: portret seryjnego mordercy Johna McNaughtona czy też tegoroczną, pokazywaną do tej pory wyłącznie na festiwalach Złotą Rękawiczkę Fatiha Akina. Nowy film Duńczyka jest opowieścią o bestialstwie tytułowego Jacka (w tej roli znakomity Matt Dillon), który z morderstw pragnie uczynić akt tworzenia, sztukę. Tym samym podzielony na epizody dramat może być kontrowersyjny zarówno ze względu na obrazowość, jak i filozofię – von Trier nigdy nie był subtelnym reżyserem, co sprawia, że jego twórczość wymyka się prostej ocenie. Dom, który zbudował Jack jest kinem niełatwym, nierównym, miejscami denerwującym, ale tym samym wielce angażującym. Oglądamy na ekranie piekło, jakie jeden człowiek zgotował swym ofiarom, ale równocześnie śmiejemy się z jego nieudolności, kreatywności oraz procesu „budowy” dzieła życia. To psychopata, którego nie da się w żaden sposób usprawiedliwić, czego zresztą on sam jest świadomy, ale gdy przychodzi decydujący moment i pojawia się szansa na wybawienie, Jack myśli nagle, że – a nuż – jest to możliwe. Szyderstwo von Triera działa tu na pełnych obrotach, choć epizod z Riley Keough mógł sobie darować – trudno się to oglądało, nawet w przyjętej konwencji.

Prodigy. Opętany

Wspomnianym pierwszym horrorem roku był Prodigy. Opętany w reżyserii Nicholasa McCarthy’ego. Zaczyna się całkiem obiecująco. Młoda kobieta ucieka z kryjówki seryjnego mordercy, którego śmierć widzimy chwilę później, kiedy policja robi nalot na jego dom. W tym samym czasie rodzi się dziecko młodego małżeństwa, a dzięki pomysłowemu montażowi nikt nie musi nam nawet mówić, że dusza zbrodniarza zamieszkała w ciele chłopca. Oczywiście ten dorasta i zaczyna swój krwawy pochód.

Pierwsza połowa filmu, kiedy matka odkrywa coraz to bardziej przerażające fakty o swoim synu, jest dużo lepsza niż późniejsza, nastawiona na makabryczne wyczyny młodego. Zazwyczaj w tego typu filmach to ostatnie stanowić ma najważniejszą atrakcję – wszakże jest coś niezdrowo fascynującego w patrzeniu, jak daleko posunie się dziecko w swym bestialstwie. Początkowa sugestia musi zamienić się w czyn, aby obietnica takiego kina została spełniona, ale Opętanemu brakuje energii i wyobraźni w egzekucji schematu. Te zastąpić ma motyw reinkarnacji, mnie osobiście przywodzący na myśl posępne Wcielenie Philippe’a Mory oraz (poniekąd) zeszłoroczne Oblicze mroku Assafa Bernsteina. U McCarthy’ego wszystko jest od pewnego momentu tak czytelne i jednotorowe, że zamiast ciekawości przychodzi rutyna. Ostatecznie otrzymujemy powtórkę z Omenu, bezbolesną, ale szybko wylatującą z pamięci.

Złe dzieci oglądaliśmy w tym roku jeszcze parokrotnie. Najpierw w irlandzkim Impostorze, gdzie przeprowadzka na wieś nie wyszła na zdrowie młodej matce i jej synowi. Gdy ten znajduje w okolicy wielki wykop w ziemi, wraca do domu odmieniony, obcy. Pełnometrażowy debiut Lee Cronina nie jest pozbawiony zalet – do tych z pewnością zalicza się bardzo dobra gra aktorska Seány Kerslake, ze swoimi wyłupiastymi oczyma i nosowym głosem przypominającej Shelley Duvall, oraz posępna atmosfera całości. Ale podobnie jak w Prodigy. Opętanym mamy tu do czynienia z popisem ogranych chwytów fabularnych, gdzie jedyną rzeczą wartą uwagi jest tytułowa dziura w ziemi (w oryg. The Hole in the Ground), olbrzymi lej w środku lasu, tajemniczy i budzący natychmiastowy niepokój. Szkoda, że twórcy czekają aż do finału na przyjrzenie mu się z bliska, bardziej zainteresowani standardową relacją na linii opętane dziecko – zaniepokojona, szalejąca z rozpaczy matka. Ja nie szalałem, za to z powodu ślimaczego tempa filmu prawie w kinie usnąłem.

Impostor

Brightburn: syn ciemności próbował opowiedzieć równie znajomą historię złego dziecka przy użyciu komiksowego schematu. Mamy zatem żyjące na farmie małżeństwo, którego syn, wchodzący w wiek dojrzewania, odkrywa, że posiada supermoce. Okazuje się, że jako niemowlę rozbił się w kosmicznej kapsule w okolicznym lesie, gdzie został znaleziony przez swoich przyszłych rodziców. Po latach jakaś wewnętrzna siła sprawia, że chłopca ciągnie nie ku dobremu, a ku złemu. Wyprodukowany przez Jamesa Gunna film Davida Yarovesky’ego jest oparty na klasycznym origin story Supermana, ale poza odwróceniem sytuacji wyjściowej, w której przyszły wybawca ludzkości może być naszym największym zagrożeniem, robi niewiele więcej w kwestii komiksowej transfiguracji. Brightburn lepiej sprawdza się jako B-klasowy straszak – główny bohater jest żywo zainteresowany ludzką anatomią, co popycha niektóre bardziej makabryczne momenty w stronę obrzydliwego horroru cielesnego, a nieliczne sceny z koleżanką z klasy, wobec której motywy głównego bohatera są niejasne, niosą ładunek seksualnego napięcia, podkreślonego grozą niepewności. Jest i bardzo dobra Elizabeth Banks w roli matki chłopca – właśnie dzięki niej finał filmu jest równie angażujący, co niesamowicie niepokojący.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA