Recenzje

BRIGHTBURN. SYN CIEMNOŚCI. Małoletni Superman z krwią na rękach

Niepokojący straszak, który gubi po drodze intrygujący pomysł wyjściowy.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Pokaz siły

Avengers: Koniec gry podsumowuje w tej chwili ponad dziesięcioletnie rządy superbohaterów Marvela na kinowych ekranach, zagarniając wszystkie pieniądze świata i dysząc coraz bardziej w kark Avatarowi, atakując jego zdawałoby się nienaruszalne miejsce na szczycie listy najbardziej kasowych filmów w historii. Sukces formuły współdzielonego uniwersum sprawił, że bohaterowie odziani w trykoty wyskakują jak grzyby po deszczu z każdego niemal studia. A gdzieś w odmętach tej powodzi płynie właśnie dosyć kameralny Brightburn. Syn ciemności – film uciekający od promieniującego nadzieją świata marvelopodobnych herosów, prezentujący zwichrowaną wariację na temat genezy Supermana. Bo co by się stało, gdyby nieletniemu „Clarkowi Kentowi”, przytłoczonemu okresem dorastania, przepaliły się w głowie jakieś styki?

Początkowo projekt ten był zapowiadany jako dzieło Jamesa Gunna, kolejna jego zabawa z gatunkiem po znakomitym Super. Tam facet z brzuszkiem w czasie kryzysu wieku średniego postanowił pobrudzić sobie ręce, zakładając maskę i wymierzając sprawiedliwość na własną rękę, co kończyło się tragicznie, a w Brightburn sfrustrowany, zagubiony kosmita miał zostać spuszczony ze społecznej smyczy. Niestety przytłoczony innymi zobowiązaniami Gunn ostatecznie został jedynie producentem, a przygotowaniem filmu zajęła się grupa jego bliskich kompanów – reżyserią przyjaciel i twórca teledysków David Yarovesky, a scenariuszem brat z kuzynem, Mark Gunn i Brian Gunn.

Punkt wyjściowy filmu jest zdecydowanie intrygujący. Farma w Kansas, bezdzietne małżeństwo, rozbity kosmiczny statek. W środku dzieciak. Znana historia. Ale tutaj z małolatem jest coś nie tak – gdy w narracjach ze świata DC Comics Clark Kent zawsze był tym poczciwym chłopaczkiem o gołębim sercu, którego przybrani rodzice nauczyli życia, a on wyrósł na największego herosa Ziemi, tutejszy Brandon Breyer coraz bardziej przegrywa z różnymi czynnikami. A to z prostą życiówką, bo czuje się odmieńcem, a to z popędami wieku dorastania, a to z wpływem rówieśników, czy w końcu tajemniczym nagabywaniem ze strony jego kosmicznych korzeni. I tutaj leżało mięso tego projektu, najbardziej frapujący pomysł całego flirtu z Supermanem, a niestety czuć w Brightburn brak ściśle decyzyjnej ręki Jamesa Gunna, wyczucia postaci, bo chociaż historia Breyer ma niezłe tempo, a nawarstwianie się niepokojącej przemiany podawane jest w zgrabny sposób, to siła pomysłu kończy się tak naprawdę na wyjściowym pytaniu „co by było, gdyby Supermanowi odbiło?”. Seans jest krótki i widać wyraźnie, że psychologiczna wiwisekcja postaci przeprowadzona została po łebkach, trochę przypadkowo, żeby tylko pospinać pewne motywy i jak najszybciej dotrzeć do naprawdę widowiskowego finału. Chciałbym tutaj zobaczyć zdecydowanie więcej szamotania się dzieciaka z swoim umysłem i uświadomieniem sobie własnego potencjału. A tu w sumie cyk, coś tam nadnaturalnie pomajaczy i już maska na głowie, horror się dzieje. Czuć niedosyt, szczególnie, że na początku to wszystko naprawdę ładnie kiełkuje i szkoda rozmienienia tego pomysłu na drobne, zatopienia go w schematach – bo przez to mamy tutaj dobrych ale niewykorzystanych aktorów (Elizabeth Banks i David Denman w roli rodziców, szczególnie ten drugi ma kilka niezłych momentów, gdy coraz bardziej dusi go cała sytuacja), a scenariusz jest jednak dosyć pokraczny, najwyraźniej na poziomie dialogów. Czuć na poziomie tekstu jakąś taką tęsknotę za najbardziej znanym Gunnem.

Ale trzeba przyznać, że seans ładnie dostarcza wrażeń na poziomie grozy. Mimo mikrobudżetu widać tu teledyskową wrażliwość Yarovesky’ego, który potrafi przytrzymać uwagę poszczególnymi kadrami. Już sam design zamaskowanego Bryanta wzbudza niepokój, a w połączeniu z naprawdę zgrabnymi pomysłami na pokazanie scen jego mocy, dostajemy nęcący pakiet horrorowy. Czego idealnym przykładem jest znana ze zwiastuna scena w typowym jankeskim barze, gdzie najpierw widzimy bolesna penetrację oka jak z Bunuela, a potem śledzimy wydarzenia z perspektywy uszkodzonego organu, przez niewyraźny krwistoczerwony filtr. Do tego obok takich malutkich zabaw narracją jest tu też sporo całkiem niezłego gore, podkreślającego niszczycielskie zapędy dzieciaka, gdy ciała ulegają widowiskowej defragmentacji. A na dokładkę dodano jeszcze wyświechtane horrorowe zagrywki, z wyskakującymi strachami na czele, doprawione kilkoma naprawdę niepokojącymi motywami, związanymi z tym, że to jednak dzieciak jest tu katalizatorem zła.

Brightburn. Syn ciemności mógł być naprawdę znakomitym dodatkiem do dosyć zastałego już gatunku ekranowej superbohaterszczyzny, ale niestety treść nie dogania ciekawego założenia. Wszystko dzieje się tutaj w sumie od tak, żeby się działo i brakuje chwili, żeby zatrzymać się nad małolatem (całkiem niezła rola niewzruszonego Jacksona A. Dunna) i spojrzeć, co mu tam w środku ze sobą walczy; podejść do tematu (chociaż przez dwa akty) trochę subtelniej. Ale za to całość sprawdza się jako piątkowy straszak, taki bardziej do odpalenia na Netfliksie niż do oglądania w kinie, żeby skrzywić się na paru wizualnych paskudztwach, podskoczyć z dwa razy na fotelu, a po wszystkim łupnąć się na łóżko i do rana zapomnieć o seansie. Tylko tyle i aż tyle. I w sumie szkoda, bo pozostawiono tutaj głodne pytania bez sytych odpowiedzi, a naprawdę intrygująco robi się dopiero w finałowej sekwencji oraz podczas napisów końcowych. Tak na do widzenia, trochę zbyt późno. 

Ostatnio dodane