Publicystyka filmowa
PASAŻER 57 (1992). Zawsze stawiaj na czarne
W filmie PASAŻER 57 terrorysta Charles Rane przejmuje kontrolę nad samolotem, a jedyny sprzeciw stawia mu nieustraszony bohater.
Jeśli przyjrzeć się rozgrywającym się na pokładzie samolotu filmom sensacyjnym, lata 90. dały widzom aż nadmiar podniebnych wrażeń. Rozpoczynająca dekadę Szklana pułapka 2 tylko częściowo spełniła ten wymóg, gdyż dzielny Bruce Willis więcej czasu spędził na lotnisku, ganiając za terrorystami, niż w samolocie, ale już późniejsze Con Air, Turbulencja, Air Force One oraz Krytyczna decyzja w dużej mierze skupiły się na tym jednym miejscu akcji, korzystając z wypróbowanego schematu uwięzionych porwanych i ostatniego sprawiedliwego walczącego z kontrolującym maszynę wrogiem.
Bez bicia przyznam, że B-klasowy i skromny Pasażer 57, który w tym miesiącu skończył 25 lat, pozostał chyba moim ulubionym przykładem tego konceptu, pokrywając się patyną czasu w sposób przyjemny dla zmęczonej komiksowym kinem akcji wrażliwości.
Kiedy brytyjski terrorysta Charles Rane zostaje schwytany przez FBI chwilę przed swoją kolejną operacją zmiany twarzy, jakiś genialny umysł wpada na pomysł, aby człowieka odpowiedzialnego za kilka katastrof lotniczych przetransportować na pokładzie samolotu. Oczywiście nie trzeba długo czekać na to, aby Rane zabił eskortujących go agentów federalnych oraz przejął ze swoimi ludźmi kontrolę nad jumbo jetem, którym leci 200 osób. Na nieszczęście dla niego jednym z pasażerów jest John Cutter, specjalista od antyterroryzmu, lecący samolotem, aby objąć stanowisko… szefa ochrony linii lotniczych.
Pasażer 57 może nie mieć statusu klasyka jak inne, głośniejsze filmy akcji powstałe w latach dziewięćdziesiątych, ale siła obrazu zrealizowanego przez Kevina Hooksa tkwi w świadomości twórców, jakie kino kręcą. Każdego spodziewającego się sensacji na miarę Szklanej pułapki, Zabójczej broni lub Twierdzy czeka rozczarowanie, gdyż nakręcony w 1992 roku film nie posiada ani ambicji tamtych pozycji, ani odwagi, aby z mocno standardowego scenariusza uczynić coś bardziej pamiętnego.
A mimo to Pasażer 57 wciąż tkwi w pamięci widzów, głównie dlatego, że rzetelnie spełnia wymogi gatunku, oferując przykład niezobowiązującej rozrywki, oszczędnej zarówno pod względem bombastycznej akcji, jak i metrażu (wyłączając napisy początkowe i końcowe film trwa niespełna 80 minut). Drugim powodem dobrej reputacji jest obecność Wesleya Snipesa i Bruce’a Payne’a jako dwóch śmiertelnych adwersarzy, w pojedynku, który bez nich dwóch w obsadzie mógłby zamienić się w nudny i mało wyrazisty.
Pierwszy wciela się w Cuttera, po raz pierwszy w karierze dając się poznać jako uzdolniony i charyzmatyczny aktor kina akcji. Rok 1992 był zresztą dla Snipesa przełomowy – najpierw mająca premierę w marcu komedia Biali nie potrafią skakać okazała się niespodziewanym przebojem, z miejsca czyniąc z czarnoskórego aktora i jego partnera na ekranie, Woody’ego Harrelsona, gwiazdy, ale to wypuszczony w listopadzie Pasażer 57 stał się drogowskazem dla dalszej kariery przyszłego odtwórcy roli Blade’a.
A przecież niewiele zabrakło, aby Snipes był kojarzony z ambitniejszym repertuarem. Jego wcześniejsze dokonania obejmują znakomite występy u Spike’a Lee (Czarny blues, Malaria) oraz dwa kultowe gangsterskie dramaty, Król Nowego Jorku i New Jack City. Od czasu do czasu zresztą aktor przypomina sobie, że umie się nie tylko bić, ale i grać – najlepszymi na to dowodami są zaskakujący w jego filmografii romans Ta jedna noc, a także drugoplanowa, acz znacząca rola w Gliniarzach z Brooklynu. Częściej jednak spotkać go można w mało wymagającej sensacji, jeszcze w ostatniej dekadzie XX wieku dającej widzom sporo zabawy (Człowiek demolka, Pociąg z forsą, Strefa zrzutu), dziś jednak taniej i marnej realizacyjnie (tegoroczne Armed Response oraz The Recall).
Jako tytułowy pasażer 57 najlepiej prezentuje się w scenach akcji (Snipes szkolił się w sztukach walki i jest posiadaczem paru czarnych pasów w karate), choć również i w dialogu aktor potrafi zabłysnąć, np. wyzyskując zaskakujący ładunek agresji i humoru, gdy na pytanie małomiasteczkowego szeryfa, co by zrobił na jego miejscu, Cutter odpowiada „Zabiłbym się”. Innym razem, w najsłynniejszym tekście filmu, radzi Rane’owi, aby zawsze stawiał na czarne. Snipes potrafi zawładnąć ekranem samym spojrzeniem, głosem lub pozą, nawet gdy ma na sobie workowate spodnie bądź koszule w pastelowych kolorach.
Podejrzewam jednak, że film Hooksa oraz rola Snipesa nie byłyby nawet w połowie tak dobre, gdyby naprzeciw niego nie stanął Bruce Payne jako pozbawiony skrupułów Charles Rane. Brytyjczyk ma zimne jak lód spojrzenie, sposób artykulacji godny arystokraty oraz zwichrowane poczucie humoru; Rane jawi się jako inteligentny szaleniec, wyraźnie ożywiony spotkaniem z wartym go przeciwnikiem. Pasażer 57 rozpoczyna się zresztą od widoku negatywu zdjęcia paszportowego przestępcy, tak jakby sugerowano nam, kto jest tu ważniejszą (bądź ciekawszą) postacią. Dzięki temu film, z wyraźnie wyczuwalnym duchem kina blaxploitation, celuje w widza nie tylko przez pryzmat koloru skóry – Cutter jest tym efektowniejszym bohaterem, im Rane mocniej bryluje swym złowieszczym urokiem i psychopatyczną naturą.
Występ Payne stanowi sam w sobie atrakcję, gdyż z jednej strony aktor ukazuje swą postać w możliwe najgorszym świetle, czyniąc z Rane’a potwora bez ani jednej pozytywnej cechy, z drugiej zaś stara się przypodobać widzom, panując nie tylko nad porwanym samolotem, ale i ekranem. Kino akcji przełomu lat 80. i 90. dało nam dużo lepsze tytuły, ale Rane zdecydowanie jest w czołówce najwspanialszych złoczyńców, gdzieś pomiędzy Hansem Gruberem ze Szklanej pułapki, a Vikiem Deakinsem z Tajnej broni.
Tym większa szkoda, że Payne, uczeń prestiżowej Royal Academy of Dramatic Art w Londynie, dał się zakopać w tego typu repertuarze, bardzo często w filmach z przeznaczeniem bezpośrednio na rynek domowy, i tylko sporadycznie pojawiał się w kinie.
Warto wspomnieć o ścieżce dźwiękowej do Pasażera 57, która również wzbogaca schematyczną historię. Muzyka Stanleya Clarke’a nadaje całości wyrazistego charakteru, uzupełniając ilustracyjne kompozycje typowe dla kina akcji motywami z pogranicza jazzu; czasem brzmi to świeżo i zaskakująco stylowo, jak podczas otwarcia filmu, a czasem przesadnie sentymentalnie, niczym największe przeboje Kenny’ego G. Reżyseria jest oszczędna, ale efektywna – metraż jest króciutki, do porwania samolotu dochodzi dopiero po niespełna półgodzinie seansu, jednak tempo jest tu właściwe, a akcja czytelna.
Hooks zrealizuje później jeszcze dwa inne filmy sensacyjne, ale zarówno Ścigani, jak i Czarny pies nie powtórzą powodzenia Pasażera 57. Głównie dlatego, że pomimo warsztatowej biegłości, ich twórca nie będzie umiał pokonać mankamentów sztampowych tekstów. To nie znaczy, że scenariusz filmu ze Snipesem i Paynem jest lepszy od tamtych, ale właśnie dzięki charyzmie tej dwójki i napięciu wynikającym z ich pojedynku, łatwiej było Hooksowi osiągnąć sukces niedostępny dla następnych jego produkcji.
Czy dzisiaj inaczej ogląda się Pasażera 57 niż w dniu premiery? Cały gatunek kina sensacyjnego, a zwłaszcza pomysły z porwanymi samolotami, musiały ulec zmianie po ataku na World Trade Center w 2001 roku – później już chyba tylko Neesonowskie Non-stop ośmieliło się umieścić akcję filmu sensacyjnego praktycznie w całości w powietrzu (trudno mi brać pod uwagę Red Eye oraz Plan lotu, gdyż oba te tytuły wybierają bardziej thrillerowe podejście, skupiając się na pojedynku psychologicznym bohaterów, nie zaś efektownej demolce i terrorze, natomiast Lot 93 prezentował rekonstrukcję tragicznego rejsu jednym z samolotów porwanych 11 września).
Tym samym oglądanie powstałych wcześniej filmów, które nie stroniły od lotniczych katastrof oraz sensacyjnych rozwiązań, gdzie napastnicy opanowują samolot, zabijając niewinnych pasażerów, mogło stać się doświadczeniem cokolwiek ambiwalentnym, zmieniając eskapizm w coś mało rozrywkowego, za to wielce prawdopodobnego.
Tymczasem B-klasowość filmu Hooksa działa dzisiaj na swoją i naszą korzyść, oferując rozrywkę być może nie na najwyższym poziomie, ale przypominając widzom o bezpretensjonalności, która była filarem ówczesnej sensacji. Pasażer 57 rzadko kiedy wzbija się ponad chmury, ale dolatuje do celu pewnie, bezpiecznie i przed czasem.
korekta: Kornelia Farynowska
