Publicystyka filmowa
George Lucas – PLAGIATOR czy WIZJONER? Kulturowa geneza STAR WARS
GEORGE LUCAS – PLAGIATOR CZY WIZJONER? Odkryj kulturowe korzenie STAR WARS, które zmieniły oblicze kina i popkultury na zawsze.
Na początku lat 70. pewien młody reżyser wpadł na dziwaczny pomysł i wyobraził sobie film, który łączyłby kino przygodowe z realiami science fiction wzbogaconymi elementami baśni. Miała to być porywająca historia rozgrywająca się w rozbudowanym świecie, do którego widz zostanie bezceremonialnie wrzucony. Mówiąc wprost: zwariowana wizja, która nie mogła się udać ani tym bardziej na siebie zarobić. Prawie nikt nie wierzył w sukces rzeczonego pomysłu, zwłaszcza na początku jego realizacji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna od tych pesymistycznych prognoz: Gwiezdne wojny zostały największym hitem 1977 roku, a cztery dekady i dziesiątki miliardów zysków później nic nie zapowiada spadku zainteresowania marką. Co zabawne, istnienie tego kolosalnego popkulturowego fenomenu zawdzięczamy grupce osób, która nie chciała sprzedać Lucasowi praw do ekranizacji przygód Flasha Gordona.
Od Flasha Gordona do Luke’a Skywalkera
Lucas od dziecka pochłaniał komiksy przedstawiające przygody Flasha Gordona. Był także wielkim miłośnikiem stareńkiego serialu, który przeniósł ten świat na ekrany telewizorów. Oczywiście, doskonale zdawał on sobie sprawę z tego, jak kiepsko zrealizowana jest ta produkcja, zastanawiał się więc, co by wyszło z porządnej ekranizacji, wykorzystującej to, co najlepsze w tym fikcyjnym uniwersum. Niestety dla ówczesnego Lucasa i na szczęście dla reszty świata posiadacze marki Flasha Gordona nie byli gotowi na powierzenie tego tytułu obiecującemu, ale jeszcze niesprawdzonemu reżyserowi.
Na ich celowniku znajdował wtedy się Federico Fellini (a później Sergio Leone), więc postanowili po prostu zbyć Lucasa okropną ofertą, na którą młody filmowiec nie mógł jeszcze sobie pozwolić. Późniejszy rozwój wypadków można określić jako chichot historii: Lucas zdecydował się na wymyślenie własnego uniwersum science fiction, a spóźniona adaptacja przygód Gordona (mająca premierę trzy lata po Gwiezdnych wojnach) okazała się finansową klapą, której niejeden krytyk zarzucał odtwórczość w stosunku do historii Luke’a Skywalkera. To ostatnie jest szczególne zabawne, biorąc pod uwagę, jak duży wpływ miał Flash Gordon na powstanie dzieła Lucasa.
Gwiezdne wojny pożyczyły od Flasha motyw infiltracji fortecy złego imperatora przez dwójkę bohaterów w uniformach wrogiej armii, ratunek księżniczki-brunetki, przyjazną bohaterom postać obcego o dość zwierzęcym wyglądzie i sporych gabarytach, a także styl napisów wprowadzających widza w fabułę. Wpływ fascynacji Gordonem jest widoczny także w kolejnych częściach, które wykorzystały wątki podniebnego miasta i protagonisty walczącego z potworem na zamkniętej podziemnej arenie. Awanturnicze perypetie Bucka Rogersa i niemieckiego Perry’ego Rhodana również odcisnęły swoje piętno na całokształcie sagi Gwiezdnych wojen.
Oprócz konkretnych motywów fabularnych i sylwetek postaci Lucas chciał bowiem uchwycić przygodowego ducha i optymistyczny charakter rozrywkowych dzieł, którymi się inspirował. George pragnął stworzyć coś, co będzie przeciwieństwem jego świetnie przyjętego, ale przygnębiającego (i niezbyt zyskownego) THX 1138. Uważał, że atakowani pesymizmem i moralną ambiwalencją widzowie zasługują na kino, które pozwoli im poczuć się dobrze. Gwiezdne wojny miały być odtrutką na Taksówkarza, Brudnego Harry’ego i inne tytuły krytycznie spoglądające na kondycję ówczesnego społeczeństwa.
Legendy o dawnych wojnach i japońskich urzędnikach
Chcąc osiągnąć ten efekt, Lucas analizował filmy dla dzieci i baśni, próbując zrozumieć, w jaki sposób ich struktura przekłada się na ich odbiór. Zależało mu, by uczynić ze swojego projektu coś na kształt współczesnej mitologii. Gwiezdne wojny miały się zaczynać na długo przed pierwszym kadrem filmu i trwać wieki po finałowym ujęciu. W zamierzeniu był to żyjący świat, wypełniony własnymi mitami i legendami, świat o nieograniczonym potencjale rozwoju. George celował w baśniowość, ale nie w kicz – reżyser od początku zaznaczał, że nie ma zamiaru tworzyć umownej chałtury, tylko coś, w co widzowie będą w stanie uwierzyć.
Wiele problemów, z którymi zmagają się bohaterowie w ten czy inny sposób, jest zakorzenionych w naszej rzeczywistości, co sprawia, że łatwiej się z nimi utożsamiać; z drugiej strony akcja ma miejsce w niesprecyzowanym miejscu i czasie, co nasyca te historie baśniowością, nadaje im charakter legend.
Wędrówka Luke’a i napotykane przez niego postaci wpisują się zaś w klasyczny schemat podróży bohatera, schemat opisany przez Josepha Campbella, który zauważył, że większość dzieł kultury od tysięcy lat opiera się na podobnych fundamentach. Bohater żyjący rutyną, element zaburzający tę rutynę i prowadzący go na przygodę, postać mentora uczącego bohatera nowych umiejętności czy sposobów myślenia, drugi akt kończący się upadkiem bohatera… Zainteresowanych tematem odsyłam do Bohatera o tysiącu twarzy, a nieprzekonanych zachęcam do zastanowienia się nad schematami fabularnymi pierwszych części Gwiezdnych wojen, Władcy pierścieni, Harry’ego Pottera i Matrixa – łączy je znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać! Lucas doskonale zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych archetypów w budowaniu ponadczasowych historii, spędzał więc całe dnie na pochłanianiu ton komiksów, książek, seriali oraz filmów, w nieustających poszukiwaniach złotego przepisu. Przepisu na właściwe wykorzystanie wielu istniejących już elementów, na stworzenie czegoś, czego jeszcze nikt nie widział.
Nie było więc mowy o prostym remiksie przygód kilku bohaterskich awanturników; oprócz wspomnianych pulpowych przygodówek George był również zafascynowany kinem samurajskim, a w szczególności Ukrytą fortecą. Dzieło Kurosawy podsunęło Lucasowi pomysły na kilka zwrotów akcji i motywów (np. księżniczka prosząca o pomoc zaprawionego w boju generała), które znalazły się zarówno w pierwszym szkicu historii, jak i ostatecznej wersji scenariusza, ale ich znaczenie blednie w obliczu najważniejszej inspiracji, jaką młody twórca zaczerpnął z rzeczonego filmu.
Komediowy duet niezdarnych i wiecznie spierających się urzędników od razu dołączył do galerii postaci Gwiezdnych wojen, a jakiś czas później ewoluował w dwójkę najbardziej rozpoznawalnych robotów w historii kinematografii – R2D2 i C-3PO. Decyzja o rozpoczęciu filmu z perspektywy tej dwójki (zamiast typowego wprowadzenia protagonisty), kłótnia i następujące po niej złapanie oraz zniewolenie obu robotów – wszystko to zostało zaczerpnięte z Ukrytej fortecy, po którą George sięgnął również przy tworzeniu fabuły Mrocznego widma.
Oprócz przygodowych opowiastek i japońskich produkcji Lucas zawsze cenił kino wojenne; jednym z jego pierwszych pomysłów dotyczących Gwiezdnych wojen był inspirowany wspomnianym kinem sposób przedstawienia walk kosmicznych myśliwców. Za materiał roboczy posłużyły mu fragmenty filmów takich jak Mosty Toko-Ri oraz Tora! Tora! Tora!. Lucas montował wycięte z nich sceny starć samolotów w taki sposób, w jaki wyobrażał sobie konfrontacje maszyn, które później stały się X-Wingami i TIE Fighterami. Nawiasem mówiąc, na etapie wczesnych prac montażowych fragmenty tamtych filmów wykorzystywano do układania sekwencji bitwy o Gwiazdę Śmierci, jako że wciąż wtedy trwały prace nad ujęciami zawierającymi walki myśliwców.
Reżyser był wyjątkowo zainteresowany osiągnięciem efektu autentyzmu imitującego styl kronik wojennych; w taki sposób chciał zresztą zrealizować Czas apokalipsy, kiedy jeszcze wszystko wskazywało na to, że to będzie jego następny (po Amerykańskim graffiti) projekt. Pierwotna koncepcja Lucasa dziś może wydawać się zdumiewająca: historia z elementami czarnej komedii absurdu, mały budżet, czarno-białe zdjęcia, udział prawdziwych żołnierzy, styl z pogranicza dokumentu i kroniki filmowej, kręcenie w Wietnamie podczas wojny… Ten dziki pomysł w wyniku różnych wydarzeń trafił jednak na półkę, a rozczarowany George skupił się na Gwiezdnych wojnach.
Uparty reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby całkowicie odpuścił sobie Wietnam – w rzeczywistości cała saga nawiązuje do rzeczonej wojny i wydarzeń, które jej towarzyszyły. Kiepsko wyposażona grupka bojowników o wolność mierząca się z supermocarstwem to jeden z przykładów tego zamysłu. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż supermocarstwo jest tu jednoznacznie antagonistyczną siłą, co z kolei jest formą krytyki amerykańskiego udziału w wojnie w Wietnamie.
Ta analogia staje się wyjątkowo czytelna w Powrocie Jedi, który przedstawia prymitywną cywilizację ewoków pomagających garstce rebelianckich żołnierzy pokonać doborowy (!) legion szturmowców dysponujących przewagą liczebną i technologiczną. Pomimo tych podobieństw błędne byłoby jednoznaczne określanie Imperium jako przytyku do samych Stanów Zjednoczonych. Po przyjrzeniu się konstrukcji, retoryce i wizualnym symbolom tego reżimu nietrudno dostrzec podobieństwa do rozmaitych ustrojów totalitarnych, z nazistowskimi Niemcami na czele.
Galaktyczna III Rzesza kontra mistycy z laserowymi mieczami
Choć Imperium Galaktyczne pod paroma względami przywodzi na myśl rząd Stanów Zjednoczonych (całokształt prezydentury Nixona i wygląd Gabinetu Owalnego miały wpływ na projekt sali tronowej Imperatora w Powrocie Jedi), Lucas od samego początku zamierzał wzbudzić w widzach silne skojarzenia z reżimem Adolfa Hitlera. Imperium również było dyktaturą opartą na ścisłej kontroli obywateli, którzy zrzekli się demokracji na rzecz „silnej ręki” jednostki posiadającej władzę absolutną. Nowy ład surowo karał wszelkie przejawy samodzielnego myślenia, a także dyskryminował wszystkie rasy poza ludzką – ksenofobia, a nawet seksizm były na stałe wpisane w funkcjonowanie społeczeństwa, w którym większość kobiet mogła zapomnieć chociażby o służbie w armii.
Palpatine przez cały okres swoich rządów dążył do totalitarnego narzucenia imperialnego zwierzchnictwa całej galaktyce; dążąc do tego celu, sięgał po propagandę, sianie strachu i nienawiści w społeczeństwie, krwawe wojny, zniewalanie populacji całych planet, masowe ludobójstwa czy likwidację opozycji.
Imperator, podobnie jak Hitler, nie miał najmniejszych skrupułów ani oporów przed wyrządzaniem nieopisanego zła na skalę przemysłową. Jego wola była zaś niemal zawsze wypełniana co do joty przez zindoktrynowanych imperialną ideologią oficerów, wśród których morderczy wyścig szczurów i lizusostwo nierzadko były przykrywką rażącej głupoty i niekompetencji (coś, do czego Darth Vader zdecydowanie nie miał cierpliwości). Popularne w imperialnej armii tendencje mocno przywodzą na myśl rzeczywistość armii III Rzeszy (a zwłaszcza jej popkulturowej reprezentacji), natomiast uniformy wspomnianych oficerów były inspirowane faktycznym wizerunkiem żołnierzy Hitlera (a także XIX-wiecznych niemieckich Ułanów) Na tym podobieństwa się nie kończą: karabin laserowy wykonany na bazie niemieckiego MG-42, hełmy szturmowców przypominające hełmy niemieckich żołnierzy, sama nazwa „szturmowcy” nawiązująca do Sturmabteilung, czyli oddziałów szturmowych NSDAP – to tylko niektóre z przykładów.
Polityczne sugestie i czerpanie z historii nie skończyły się zresztą na oryginalnej trylogii; przemówienie generała Huxa z Przebudzenia Mocy ma tak oczywisty wydźwięk, że nawet swastyka jako symbol Najwyższego Porządku wiele by już do niego nie wniosła. Historia dojścia Palpatine’a do władzy przywodzi zaś na myśl nie tylko triumfy Hitlera, ale także manipulacje Oktawiana Augusta, który w bardzo podobny sposób przejął kontrolę nad rzymskim senatem, po czym ogłosił się imperatorem.
Złoczyńcy Gwiezdnych wojen mogą wydawać się przerysowani (zwłaszcza demoniczny Palpatine), ale w rzeczywistości ich sylwetki w dużej mierze wywodzą się z najczarniejszych kart naszej historii. Między innymi dlatego są oni tak przerażający; każą nam pamiętać o prawdziwych osobach i prawdziwych tragediach. Ciekawe jest więc to, że ich przeciwnicy, czyli protagoniści i postaci ich wspierające, to w większości bohaterowie pochodzący z baśni i klasycznych archetypów. Nie brakuje im człowieczeństwa, dzięki któremu widz może się z nimi utożsamić, ale ich genezy należy dopatrywać się w kulturowej fikcji.
Zgrabnie łączy się to z eskapistycznym charakterem Gwiezdnych wojen; podczas gdy siły zła przypominają o rzeczywistości, od której chcemy uciec, bohaterowie dobra są tak baśniowi i abstrakcyjni, jak tylko mogą, bez utraty niezbędnej wiarygodności.
Rycerze Jedi i Moc to prawdopodobnie najbardziej fascynujące elementy opowieści Lucasa; ich ewolucja na przestrzeni dekad wskazuje na ogromny potencjał zagadnień dotyczących ich natury. George określa Moc jako syntezę wszystkich ludzkich wierzeń, które miał okazję w jakimś stopniu zgłębić, ale nie ulega wątpliwości, że największy wpływ na jej powstanie miała funkcjonująca w chińskiej filozofii energia życiowa Qi. Qi, podobnie jak Moc, przenika cały Wszechświat, a jej manifestacją są zjawiska natury czy istnienie materii. Te idee w dużym stopniu ukształtowały wizję Mocy, a także naturę Jedi żyjących w symbiozie z tym kosmicznym fenomenem.
Naturalnie postać rycerza Jedi, a później także całego zakonu, wywodzą się z wielu źródeł – średniowieczne rycerstwo, japońscy samuraje, grecka filozofia, buddyzm i taoizm to tylko niektóre z nich. Niezwykle interesujący przekaz dotyczący Jedi niesie natomiast trylogia prequeli i powiązane z nią nauki Luke’a w Ostatnim Jedi – obserwujemy tu bowiem, jak zakon, liczący tysiące członków, ogromne środki finansowe i radę złożoną z kilkunastu najwybitniejszych mistrzów, pozwala się zmanipulować, podejmuje koszmarne decyzje i po części samodzielnie doprowadza do własnej zagłady.
Z kolei wyrzutki/nowicjusze w postaci starego Obi-Wana, Yody, Luke’a i Rey osiągają niemożliwe i pomimo znajdowania się w skrajnie beznadziejnej sytuacji doprowadzają do uwolnienia galaktyki ze szponów Palpatine’a i jego opresyjnego imperium. Przytyk do ustrukturyzowanej wiary przy jednoczesnej afirmacji siły zdeterminowanych jednostek poważających się na skok w nieznane? Trochę tak to wygląda.
Niemożliwe jest opisanie w takim artykule wszystkich ech kulturowej przeszłości, które pobrzmiewają w Gwiezdnych wojnach. Liczne słowa Lucasa i współtwórców jego kosmicznej sagi wskazują na dziesiątki, a być może nawet setki punktów odniesienia zasługujących na mniejszą lub większą uwagę. Kto wie, o jak wielu inspiracjach George nigdy nie opowiadał albo nawet sam nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia? Fundacja Isaaca Asimova, twórczość E. E. Smitha, Diuna Franka Herberta – o tych muzach wspominam po raz pierwszy w tym tekście, a i tu z pewnością znajdzie się multum nawiązań i zapożyczeń.
Odnosząc się do pytania z tytułu tego artykułu: absolutnie nie zgadzam się z nazwaniem George’a Lucasa plagiatorem. Podpatrzenie pomysłu to jedno. Wykorzystanie tak kolosalnej liczby elementów z przekroju sztuki, popkultury i historii i podporządkowanie ich spójnej autorskiej wizji to przejaw prawdziwego wizjonerstwa. To zebranie tysiąca rozmaitych, często niepasujących do siebie klocków i ułożenie z nich doskonałej konstrukcji. A że ktoś nazwie to kulturowym remiksem? Trudno to postrzegać jako zarzut w świecie remiksującym istniejące już treści, odkąd tylko możemy sięgnąć pamięcią.
