Connect with us

Publicystyka filmowa

FATALNE filmy, które ZACHWYCAJĄ stroną wizualną

FATALNE filmy potrafią zachwycić wizualnie, ale często skrywają płytką fabułę i drętwe dialogi. Odkryj magię przerostu stylu!

Published

on

FATALNE filmy, które ZACHWYCAJĄ stroną wizualną

Uważa się – a nawet udowodnili to naukowcy – że pięknym ludziom jest w życiu łatwiej. Cieszą się większą popularnością od tzw. przeciętniaków, rozświetlają ulicę w pochmurny dzień, a przebywanie w ich towarzystwie poprawia samopoczucie. Niestety piękność nie wiąże się wyłącznie z zaletami. Wiele osób uważa bowiem, że ludzie obdarzeni niezwykłą urodą są także nudni, nieciekawi, a nawet głupi. W świecie kina, podobnie jak w przypadku niektórych pięknych ludzi, istnieją przykłady zachwycających wyglądem obrazów, które odwracają tym uwagę od swoich słabości.

Advertisement

To tzw. przerost stylu nad treścią, przez który najchętniej wyłączylibyśmy dźwięk filmu oraz własne myślenie, aby nie wysłuchiwać drętwych dialogów i nie śledzić rozwoju miałkiej fabuły, lecz wyłącznie delektować się oszałamiającą stroną wizualną dzieła.

Poniższe zestawienie może prowadzić do ciekawych wniosków. Otóż znajdziemy tu przede wszystkim tytuły podpisane nazwiskami uznanych reżyserów, co każe sądzić, że są to twórcy, którzy opanowali techniczne aspekty kręcenia filmów do perfekcji, jednak poprzez całkowite skupienie się na tej kwestii zaniedbali treść tych dzieł. Właściwie wszyscy wspomniani w zestawieniu reżyserzy mają zresztą swój bardzo wyrazisty styl. Oznacza to, że zawsze skojarzymy dany twór z konkretnym autorem. W przypadku większości zestawionych poniżej reżyserów, przykłady obrazów fatalnych, ale oszałamiających wizualnie, to w ich filmografii dzieło/dzieła następne po tym/tych, które zdobyło/zdobyły popularność i szacunek. Można wobec powyższego stwierdzić, że noszą one znamiona nieudanych eksperymentów twórczych albo co gorsza, te pierwsze, uznane dzieła były jedynie szczęśliwym przypadkiem.

Advertisement

Outsiderka (2016)

Uwielbiam twórców, którzy poszukują własnego stylu i prezentują coś zupełnie nowego. Wiem jednak, że to bardzo trudne, bo wydawać się może, że w kinie widzieliśmy już praktycznie wszystko. W związku z tym z uwagą śledzę także reżyserów świadomie i z klasą nawiązujących do dokonań najznamienitszych autorów. Wprowadzają bowiem tym samym powiew świeżości do nieco skostniałych już gatunków. Jedną z takich reżyserek wydawała się Ana Lily Amirpour, której film O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu (2014), choć nie był pozbawiony wad, to w świetnym stylu nawiązywał do dzieł Jima Jarmuscha i Abla Ferrary. Z dużą niecierpliwością czekałem zatem na jej kolejny obraz. Niestety Outsiderka (2016) okazała się tylko pięknym, czerpiącym pełnymi garściami z Tarantino czy Rodrigueza rozczarowaniem. Mimo że przez pierwsze kilkadziesiąt minut filmu autorka nieźle budowała klimat i świat, w którym przyszło funkcjonować jej bohaterom, to tej niezwykłej energii już później w obrazie zabrakło. Fabuła Outsiderki w rezultacie zmierza w kierunku niedostrzegalnego celu, napięcie siada, dialogi są pretensjonalne, a gra aktorska jest w większości przypadków monotonna. Wizualna strona dzieła Amirpour jest jednak zachwycająca.

Advertisement

Unikatowe lokalizacje, mistrzowska kompozycja zdjęć oraz wspaniałe kostiumy powodują, że Outsiderka to film plastycznie spełniony. Warto wspomnieć także o ścieżce dźwiękowej tego tworu, bo i ona zasługuje na uwagę. Nie chciałbym być wobec Amirpour zbyt surowy, ale wygląda na to, że lepiej niż twórca filmowych opowieści sprawdziłaby się jako stylistka albo fotograf sztuki. W każdym razie w przypadku Outsiderki mamy do czynienia z problemem o nazwie sophomore slump, czyli efektem niemożności przeskoczenia poprzeczki zawieszonej zbyt wysoko wcześniejszym dokonaniem.

Bez słowa (2018)

Advertisement

Duncan Jones musiał się solidnie napracować, żeby nie kojarzono go wyłącznie z ojcem, Davidem Bowiem. Nic w tych skojarzeniach oczywiście ujmującego, ale jako prawdziwy artysta i twórca, Jones junior pragnął przede wszystkim by w JEGO kontekście mówiono o JEGO twórczych dokonaniach, a nie legendarnego taty. Duncanowi udało się to osiągnąć, a stało się tak za sprawą inteligentnego i stylowego filmu Moon (2009).

Kolejne obrazy Jonesa zdawały się z grubsza potwierdzać jego talent (satysfakcjonujący Kod nieśmiertelności z 2011 oraz całkiem smakowity kąsek dla fanów gier, a średni obraz dla laików: Warcraft: Początek z 2016 roku). Wtem przyszedł rok 2018, który przyniósł jeden z najbardziej rozczarowujących tytułów w historii kina science fiction, czyli Bez słowa (2018). Dlaczego w aż tak mocnych słowach rozprawiam się z filmem Brytyjczyka? A dlatego, że bardzo na niego czekałem.

Advertisement

O powstawaniu obrazu inspirowanego Łowcą androidów (1982), którego bohaterem jest niemy amisz, słyszałem i czytałem bowiem już od dawna. Wiedziałem co prawda, że Jones miał duże problemy przy tworzeniu Bez słowa, ale nie sądziłem, że aż tak negatywnie odbiją się one na efekcie końcowym. Problem filmu polega przede wszystkim na tym, że na poziomie fabularnym w ogóle nie jest interesujący. Bohaterowie tworu Duncana Jonesa nie rozwijają się, a ich losy wcale widza nie przejmują, chociaż gra aktorska jest naprawdę dobra (patrz Paul Rudd). Bez słowa jest doskonałym wręcz przykładem przerostu stylu nad treścią, bo chociaż brakuje ochoty do śledzenia opowieści, to świat wykreowany na ekranie ogląda się tu z niemałym podnieceniem. Spowity ciemnością, oświetlony jedynie kolorowymi neonami futurystyczny Berlin wygląda pięknie i po „bladerunnerowemu”. Właściwie to nawet nie widać (poza autem Leo), że budżety filmu Jonesa i kontynuacji Łowcy androidów Denisa Villeneuve’a z 2017 roku różnią się na korzyść tego drugiego o około 200 milionów dolarów.

Chociaż w tym przypadku znaczenie może mieć dystrybucja kinowa Blade Runnera 2049. Brytyjczyk stworzył zatem przepięknie wyglądający świat, który oglądamy oczami osoby w ogóle nim niezainteresowanej. Trochę bez sensu.

Advertisement

Prometeusz (2012)

Skoro już wspomniałem o Łowcy androidów z 1982 roku, warto przy okazji w interesującym nas kontekście wziąć pod lupę filmografię jego twórcy, Ridleya Scotta. On bowiem także nie uchronił się przed wyprodukowaniem, jak to się brzydko określa, tzw. „wydmuszki”. Mam tu na myśli Prometeusza (2012), który zamiast stać się spadkobiercą jakości treści kosmicznej sagi filmowej o obcym, okazał się jedynie zniewalającą wizualnie częścią uniwersum.

Advertisement

Wszystko to chyba przez duże ambicje reżysera, który choć stawia w czasie trwania filmu ważne pytania, niepoważnie (lub wcale) na nie odpowiada. Za urodę formy Prometeusza odpowiedzialni są Ridley Scott oraz Dariusz Wolski. Autor filmu oraz twórca zdjęć z pomocą komputerowych efektów dosłownie przenieśli widzów na pieczołowicie wykreowaną planetę. Niestety w parze z zachwytem nad wizualną stroną obrazu nie może iść podziw nad jego fabułą, za którą jako ojciec projektu także odpowiedzialny jest m.

in. Scott. Interesujący pomysł poszukiwania początków ludzkości oraz prezentacja konfrontacji filozofii dotyczących tego tematu zostają niestety szybko porzucone na rzecz podniesienia tempa akcji. W rezultacie zamiast inteligentnego science fiction otrzymujemy jego nielogiczną parodię. Dobre kino science fiction powinno bowiem opierać się na pewnym paradoksie. Otóż ukazując rzeczy fantastyczne, musi być jednocześnie całkowicie przekonujące. W przypadku Prometeusza nie da się niestety w przedstawioną historię uwierzyć, choć wizualnie umiejętnie zadziwia oraz straszy.

Advertisement

Sucker Punch (2011)

Zack Snyder zdaje się mieć tyle samo zwolenników, co przeciwników. Fani autora 300 (2006) widzą w jego obrazach unikatowy, wyrazisty styl twórcy oraz twierdzą, że pod tą charakterystyczną, efektowną fasadą kryją się skomplikowane, filozoficzne treści, których oponenci reżysera po prostu nie potrafią zrozumieć. Przyznam, że szanuję Zacka Snydera, ale niektóre jego filmy są zbyt proste, aby dostrzec w nich coś więcej poza oszałamiającą stroną wizualną.

Advertisement

Idealnym tego przykładem jest Sucker Punch (2011). Cóż bowiem z tego, że historia Baby Doll (Emily Browning) pięknie wygląda, skoro charakteryzuje się prostacką konstrukcją, aż nazbyt czytelnym przesłaniem oraz posługiwaniem się kliszami w kontekście przedstawionych postaci. W rezultacie Sucker Punch przypomina raczej odjechany wizualnie, wysokobudżetowy teledysk niż pełnoprawny film fabularny. Fantastyczne efekty, duża liczba ujęć slow motion, rozmach inscenizacyjny, „gamingowa” stylistyka, celowe przerysowania i zbliżenia świadczą o – jak to się ładnie mówi – epickości obrazu Snydera.

Cóż jednak z tego, skoro wizualna warstwa wręcz przygniata tę dramaturgiczną, a aktorki nie mają przez nią szans na pokazanie niczego więcej niż swojego ponętnego ciała. Sucker Punch przypomina mi o pewnym mało ciekawym zdarzeniu z mojego życia sprzed kilkunastu lat, kiedy to kumpel, szczęśliwy posiadacz drugiej „plejki”, zaprosił mnie do siebie, aby pokazać, jak gra w jakieś Silent Hill albo inne Resident Evil. Brak możliwości chwycenia za pad spowodowała, że początkowy zachwyt bardzo szybko przerodził się w znudzenie. Tak samo mam z opisywanym filmem Zacka Snydera.

Advertisement

Jupiter: Intronizacja (2015)

Oszałamiająca strona wizualna dzieła filmowego to właściwie znak firmowy produkcji sióstr Wachowskich. Nie mogło być więc inaczej w przypadku obrazu Jupiter: Intronizacja. No i nie było, bo praktycznie każdy element stworzonego tu świata jest wizualnie wręcz przepiękny. Feeria szalonych barw, dopracowane kostiumy, cudowne makijaże, świetne CGI, efektowne sceny akcji i jeszcze wiele, wiele więcej. Ten film ponadto naprawdę warto było zobaczyć w wersji 3D. Niestety można go polecić wyłącznie w tym kontekście. Poza zniewalającą stroną wizualną Jupiter: Intronizacja jest powierzchowną i pustą produkcją. Brakuje w niej interesujących postaci, a jej wymowa przypomina szkolne wypracowanie romantycznego socjalisty, upatrującego źródła całego zła w kapitalizmie, który pokonać może jedynie prawdziwa miłość.

Advertisement

Cela (2000)

Na koniec zestawienia film reżysera, którego dzieła stanowią kwintesencję problemu przerostu stylu nad treścią. Mowa tu bowiem o Tarsemie Singhu, twórcy m.in. Immortals. Bogowie i herosi 3D (2011) oraz Królewny Śnieżki (2012). Cela miała stanowić nową jakość filmu kryminalnego i być najlepszym thrillerem i sensacją od czasów Milczenia owiec (1991) i Siedem (1995). Pomysł wejścia w umysł mordercy był rzeczywiście interesujący, a sceny snów pięknie niepokojące.

Advertisement

To jednak tylko i aż tyle. Film Singha poza wizualną maestrią nie wnosi bowiem do gatunku nic nowego. Jest schematyczny, a wszelkie rozwiązania podane są tu jak na tacy. Ponętna Jlo niestety tego nie zmienia, zwłaszcza, że jej gra aktorska, delikatnie mówiąc, nie porywa. Właściwie to film ten można by do występu Lopez porównać. Jest bowiem, jak słynna piosenkarka, piękny, ale nie potrafi pokazać niczego, czego już wcześniej w lepszym jakościowo wydaniu nie widzieliśmy.

Advertisement

Od P do R do Z do E do M do O. Przemo, przyjaciele! Pasjonat kina wszelkiego gatunku i typu. Miłośnik jego rozgryzania i dekodowania. Ceni sobie w kinie prawdę oraz szczerość intencji jego twórców. Uwielbia zostać przez film emocjonalnie skopany, sponiewierany, ale też uszczęśliwiony i rozbawiony. Łowca filmowych ciekawostek, nawiązań i powiązań. Fan twórczości PTA, von Triera, Kieślowskiego, Lantimosa i Villeneuve'a. Najbardziej lubi rozmawiać o kinie przy piwku, a piwko musi być zimne i gęste, jak wiecie co.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *