Artykuł

WIZJA MIASTA PRZYSZŁOŚCI na podstawie filmu ŁOWCA ANDROIDÓW Ridleya Scotta

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorką tekstu jest Zuzanna Sadowska.

Narastające budynki sięgające coraz wyżej i coraz dalej, miliony reklam wdzierających się do podświadomości z każdą chwilą w bardziej podstępny sposób, produkty opanowujące i zagracające przestrzeń, czyniące ze świata jeden wielki śmietnik pełen niepotrzebnych, sypiących się w ruinę rzeczy. Gdzieś pośród tego wszystkiego zagubiony człowiek, którego kondycja psychiczna odzwierciedla stan miasta, człowiek pełen sprzeczności, niepasujących do siebie elementów, niepewny rzeczywistości, w której żyje, snujący się w przygnębiającym cieniu ogromnych, nawarstwiających się budynków. Takie wizje były jeszcze do niedawna jedynie wytworem umysłów jednostek, czekając na spełnienie jak wyrok w zawieszeniu, jednak niepostrzeżenie przemieniają się w rzeczywistość. Przyszłość staje się dziś.

Obrazy mrocznego miasta, będącego z jednej strony jedynym naturalnym środowiskiem życia człowieka, z drugiej zniewalającym go i stanowiącym dla niego potencjalne niebezpieczeństwo, pojawiają się przede wszystkim w filmach science fiction, jednak początki wizji miasta jako przestrzeni destrukcji sięgają lat 30. XX wieku. Wówczas ogromną popularność zyskał film gangsterski (Mały Cezar, Wróg publiczny, Ślepy zaułek), gdzie miasto było polem potyczek lokalnych gangów, a na jednostkę z każdej strony czyhało niebezpieczeństwo. W odpowiedzi na II wojnę światową, nuklearny wiek, wyrównywanie powojennej ekonomii, pojawił się hollywoodzki „noir city” lat 40. i 50. Prezentował on czarny obraz cywilizacji wytworzonej przez człowieka dla swej własnej destrukcji, w której prawo służyło do manipulacji, a miasto na skutek masowych migracji stało się multietnicznym kotłem. Jednak dopiero w latach 80. i 90. XX wieku tendencja antyurbanistyczna narasta z pełną siłą; telewizja, filmy, gazety kreują przerażający obraz miasta pełnego przemocy i przestępczości, gdzie może zaistnieć prawie każde możliwe zło. Kinematografia zaczyna inspirować się komiksami, w których chaos, upadek moralny i rozlew krwi mogą zostać pokonane jedynie przez dokonania superbohaterów, gdyż policja i prawo pozostają bezradne wobec piętrzącego się zepsucia. Idealnym środowiskiem do tych przestępczych rozgrywek jest oczywiście miasto: w The Crow ponad miarę zdegenerowane Detroit, w Batmanie Gotham City – pozbawione słońca pole do działań skrajnie zdziwaczałych kryminalistów. Produkuje się wówczas mnóstwo filmów takich jak Siedem, odsłaniających mroczną stronę Ameryki, gdzie miasto pełne grzesznych, słabych i cierpiących ludzi staje się alegorycznym piekłem. Oczywiście pojawiają się również produkcje, w których jest ono idealnym miejscem, by przeżyć romantyczną przygodę i odnaleźć miłość (Sleepless in Seattle, You’ve Got Mail). Jednakże przeważającą wizją, będącą odbiciem narastającego w ludziach lęku przed rozrastającymi się, pozbawionymi kontroli metropoliami, jest wyobrażenie miasta-koszmaru: „the city of nightmare”.

Obok kina gangsterskiego i filmów noir miasto stało się niemal nieodłącznym elementem w gatunku science fiction. Tutaj dominowały dwie wizje, obie zwiastujące mroczną przyszłość amerykańskich metropolii: powoli zmierzających do pogrążenia się w upadku i ruinie (Escape from L.A.) bądź będących świadkiem spektakularnego unicestwienia ich samych wraz z rasą ludzką (Dzień niepodległości, Deep Impact, Armageddon).

W filmach science fiction miasto staje się bardzo pojemnym znaczeniowo motywem, często odzwierciedla stan psychiczny bohaterów, jest namacalnym świadectwem klęski człowieka i cywilizacji. Pokazuje oddalenie ludzi od ich pierwotnego środowiska, jakim była przyroda, z której praktycznie nic nie pozostało oprócz jej nędznych imitacji wytworzonych ludzką ręką. Wraz z odejściem od natury pojawia się zagubienie człowieka w świecie, wyalienowanie, niemożność porozumienia z innymi, degeneracja. Stan natury pozostaje jedynie mrzonką, idealnym czasem równowagi, za którą można tęsknić, ale nie sposób jej przywrócić – wszystkie normy i proporcje zostały już dawno zachwiane. Z drugiej strony triumf nad przyrodą jest świadectwem wielkości człowieka, jego przewodniej roli we wszechświecie, pozornym pokonaniem bezładu. Jednak za ten triumf musi on płacić wielką cenę. Miasta science fiction są także symbolem unifikacji, zniszczenia tożsamości, gdzie jednostka jest tylko kolejnym numerem wchodzącym w skład olbrzymiej, stłoczonej maszynerii. W zamian za to ma wygodę, dostęp do nieskończonej ilości dóbr mających uczynić życie prostszym i wygodniejszym. Człowiek jest częścią pułapki, więzienia, które sam sobie zbudował.

Ostatnio dodane