Publicystyka filmowa
Filmy i seriale SCIENCE FICTION w 2018. Co się udało, a co nie?
W 2018 roku SCIENCE FICTION rozczarowało fanów, choć kilka pozytywnych tytułów wciąż zachwyca. Przeczytaj podsumowanie pełne filmowych niespodzianek!
Jak zwykle w moim wypadku, żegnając stary rok, zapraszam was do podsumowania filmowych dokonań na polu fantastyki naukowej. Tym razem jednak postanowiłem zmienić nieco konwencję artykułu i nie silić się na wyliczankę najlepszych tytułów realizujących założenia ulubionego gatunku. Dlaczego? Powód jest prozaiczny – 2018 był bardzo rozczarowującym rokiem dla fanów science fiction i nie sposób wytypować w nim dziesiątki, ba, nawet piątki najlepszych filmów, które bez cienia wątpliwości można każdemu polecić.
Ale żeby nie było, że zaczynam od narzekania, na początek skupię się na pozytywach, bo było ich co najmniej kilka. Patrząc z punktu widzenia gatunkowej zgodności, warto zwrócić uwagę na wciąż mocno oddziałujący na widownię fenomen, zbierający bogate żniwo w kasach biletowych. Mowa o kinie superbohaterskim, które choć na skutek swego ewidentnego rozwoju ma już własną osobowość (przez co pomijałem je w swoich podsumowaniach), to jednak wciąż fantastyka naukowa pozostaje dla niego matką. Avengers: Wojna bez granic i Czarna Pantera przyniosły tak wielkie wpływy (łącznie zarabiając ponad trzy miliardy dolarów), że ci, którzy swego czasu wieścili upadek kin na skutek pojawienia się mediów strumieniowych, mogą już wsadzić swoje prognozy między bajki. W 2018 padł rekord wszech czasów – kina jeszcze nigdy w swej historii nie zaprosiły na seans tak wielkich tłumów (widzowie zostawili w kasach prawie dwanaście miliardów dolarów) i jest w tym wielka zasługa między innymi kina superbohaterskiego, ale także najgłośniejszej premiery SF tego roku – Jurassic World: Upadłego królestwa. Niemniej bez względu na moje psioczenie w dalszej części tekstu ludzie wciąż kochają eskapizm, kochają wspaniałych bohaterów i fantastyczne przygody, kochają stare mity w nowej szacie.
Ta popularność powinna przekładać się na jakość futurystycznych wizji. Tymczasem ze świecą szukać filmu science fiction, który dorównałby poziomem widowiskom Disneya. I to nawet biorąc pod uwagę taką Czarną Panterę, którą uważam za film solidny, zmyślny, acz bardzo daleki od przypisywanej mu wybitności. Wielkie nadzieje wiązano z powrotem Stevena Spielberga do gatunku, który rozwinął go reżysersko. Jego Player One miał być powiewem nostalgii za latami osiemdziesiątymi, przy jednoczesnym oddaniu czci niesamowitemu bogactwu kultury popularnej.
Po części się te założenia udały, gdyż film Spielberga wygląda i oddziałuje na widza oszałamiająco dobrze. Uzupełnia też swą atrakcyjną otoczkę coraz bardziej aktualnym przesłaniem o dystansie, jaki każdy z nas powinien posiadać przed wejściem do wirtualnego świata. Mnie jednak trochę w tej wizji uwierało to, jak mało w niej własnej osobowości, jak bardzo stanowi ona substytut innych tworów. Player One to twór wykalkulowany, który w wykorzystywaniu zasobów popkultury przypomina ich ponad dwugodzinną reklamówkę. Filmowi Spielberga brakowało też charyzmatycznego bohatera, bo niestety, ale Tye Sheridan i jego Wade Watts ma z Martym McFlyem, do którego nawiązuje, niewiele wspólnego.
Co dobrego?
Ale obiecałem, że zanim na dobre wyleję swój grymaśny kubeł, skupię się na kilku pozytywach. W 2018 uśmiech zadowolenia wywołały we mnie filmy, po których nie spodziewałem się praktycznie niczego dobrego. Po wciąż solidnym, acz trochę już nużącym, kinie superbohaterskim spod znaku Disneya* (bo już taki Venom jest dla mnie kompletną porażką – należy dodać), po przyzwoitym, acz niewykorzystującym w pełni swego potencjału Player One, chciałbym wyróżnić jeszcze trzy filmy, na które warto zwrócić uwagę i jeden, który okazał się nie tak złym filmem, jak mogłoby się wydawać.
Pierwszy z nich, Upgrade, miał premierę w marcu. Za reżyserię tego przedsięwzięcia odpowiada Leigh Whannell, scenarzysta biorący udział w tworzeniu serii Piła oraz Naznaczony (i udzielający się w swych filmach także aktorsko). Upgrade to jak na razie jego drugie reżyserskie dokonanie, w którym wziął na warsztat własny skrypt. Wyszedł z tego bardzo ciekawy miks brutalnego, ociekającego krwią dreszczowca z frapującą wizją SF, stanowiącą kolejny ironiczny komentarz do problematyki transhumanizmu, czyli poszerzania możliwości ludzkiego organizmu. Słychać w Upgrade echa RoboCopa, nie tylko w tematyce, ale także w obranych metodach oddziaływania.
Dobry i odświeżający to seans, jednocześnie z gatunku tych zaskakujących. Dodatkowy punkt za aktorstwo dla Logana Marshalla-Greena, który miał naprawdę, ale to naprawdę, trudne zadanie w scenach pojedynków. Jego ciało miało się bowiem zachowywać tak, jakby jego umysł, reprezentowany przez twarz, nie miał nad owym ciałem żadnej kontroli.

Upgrade
W czerwcu premierę miał na Netfliksie film Tau. Biorąc pod uwagę rozczarowania, jakie ostatnimi seansami filmowymi przyniosła mi platforma (a o których to wspomnę w dalszej części), podszedłem do tego filmu z dużą rezerwą. I tym razem nie mogę powiedzieć, bym został w pełni ukontentowany, bo w Tau jest co najmniej kilka logicznych głupotek, począwszy od niecodziennego sposobu prezentacji syndromu sztokholmskiego.
Nie da się też ukryć faktu, że Tau ma w sobie niewiele oryginalności. Ja jednak bawiłem się na nim dobrze, gdyż film daje sporo przyjemności przede wszystkim tym, że zwraca się do widza wprost, nie sili się na odkrywanie nowych rejonów poznawczych, jest przy tym bardzo przejrzysty fabularnie i nie boi się nawiązywać do klasyków. Projekt Forbina, 2001: Odyseja kosmiczna, Diabelskie nasienie – te filmy z pewnością wpłynęły na wizję debiutującego w roli reżysera Federica D’Alessandra, z czego twórca nie krępował się umiejętnie skorzystać. Życzę mu powodzenia w kolejnych dokonaniach.
Było w letnim repertuarze co najmniej kilka zapowiedzi filmów SF, które miały przynieść mi satysfakcję, acz tego nie zrobiły. Na ratunek przyszedł jednak niezawodny Jason Statham. To sporych rozmiarów ironia losu, że za jeden z najlepszych filmów SF tego roku uważam produkcję, która jednocześnie w żaden sposób nie pretendowała do tego miana, ba, konwencją nawiązującą do kina klasy B wprost daje do zrozumienia, że nie należy jej traktować poważnie. The Meg to ewidentna zgrywa – kto choć trochę zna dorobek reżyserski Jona Turteltauba, ten wie, że znakiem rozpoznawczym tego twórcy jest niedorzeczność.
Zaiste, wyszło to jednak The Meg na dobre, bo gdyby Turteltaub próbował choć przez chwilę podejść poważnie do historii prehistorycznego rekina, który gdzieś z odmętów morskich głębin przebija się do naszego świata po to, czy czynić w nim spustoszenie, mielibyśmy do czynienia z porażką poniesioną już na wstępie. To puszczanie oka do widza wyszło filmowi na dobre, przez co zamiast denerwować się przepełnionym „megalomanią” pomysłem wyjściowym, można po prostu dać się mu ponieść. Ciekawostkę stanowi fakt, że choć Statham tym razem nie miał komu przywalić z półobrotu, to jednak nie oznacza to, że nie miał okazji zaprezentować swoich innych, sztandarowych umiejętności. Aktor nie tylko ćwiczył w przeszłości sztuki walki, ale był też pływakiem i pewnie stąd wzięła się decyzja o udziale w tym zabawnym (bo myślę, że tak trzeba go traktować), wodnym projekcie. The Meg
Za ostatni jasny punkt na mapie SF minionego roku uważam film, na którym wielu wieszało psy jeszcze przed jego premierą. Owszem, Zabójcze maszyny nie są widowiskiem idealnym. O wiele lepiej wypadałaby realizacja obiecującego pomysłu wyjściowego, gdyby zamiast młodzieńczej naiwności zawierała w sobie więcej brutalności, realizmu i bezkompromisowości.
Niemniej z punktu widzenia plastyki i tego, jak owa plastyka oddziałuje na historię, Zabójcze maszyny to jedno z ciekawszych widowisk ubiegłego roku. Nie było i (za sprawą klapy, jaką film zaliczył) pewnie długo też nie będzie tak wielkiej i bogatej w elementy składowe filmowej wizji steampunku. Po tygodniach od seansu wciąż rozpamiętuję konstrukcję tych wielkich miejskich maszyn, rozpamiętuję metaforyczny pomysł, wedle którego silniejsze miasta wchłaniały te mniejsze, czym dały wyraz nowemu, dosłownemu rozwojowi urbanizacji w upadłej cywilizacji przyszłości.
Rozpamiętuję też rolę muzealników – jednym z nich jest główny bohater – w kształtowaniu pamięci o przeszłości. Zabójcze maszyny są – wbrew pozorom – bogate w treści, choć trzeba się umieć do nich dokopać. Warto zatem na moment przymknąć oczy na pomniejsze głupotki rodem z teen movies, by dojrzeć w Zabójczych maszynach wartość.
Co niedobrego?
Tych kilka udanych seansów nie jest jednak w stanie zmienić ogólnego wrażenia, z jakim zakończę rok 2018. Wrażenia, że był to rok najzwyczajniej w świecie słaby pod względem dostarczania sympatykom science fiction smakowitych kąsków. A obietnice były przecież ogromne. Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób udało się odświeżyć serię Jurassic Park, choć nie wierzyłem, że w ogóle jest to możliwe.
Spektakularny sukces Jurassic World, wynikający z tego, że twórcy umiejętnie połączyli nostalgię za oryginałem (konstruując bliźniaczo podobną fabułę, tak swoją drogą) oraz widowiskowość, zaostrzył mój apetyt na kontynuację. Liczyłem, że Upadłe królestwo przyniesie nowe ścieżki tematyczne. Liczyłem, że twórcy zaskoczą mnie czymś oryginalnym lub przynajmniej pozwolą mi się bawić dobrymi scenami akcji. Z Upadłego królestwa dobrze zapamiętałem jedynie wystosowaną na samym końcu zapowiedź wielkiej rozwałki.
Dała mi ona do zrozumienia w sposób jednoznaczny, że część druga serii (lub jak kto woli, piąta) jest zwykłą przystawką przed daniem głównym, pomostem pomiędzy nowym otwarciem o spektakularnym finałem, a przy tym tworem kompletnie pretekstowym i bezwartościowym. Film nie trafił do mnie zarówno na poziomie stylistyki, zgodnie z którą miałem okazję oglądać dinozaury we współczesnych kompilacjach, ale także na poziomie pomysłów na fabułę. Jest w tym tyglu pomysłów wyjętych z inżynierii genetycznej wiele złowieszczych, przy tym idiotycznych, założeń, w pierwszym rzędzie z tą, że ktoś chciałby tworzyć nowe hybrydy dinozaurów po to, by wysyłać je na wojnę, a nie po to, by stanowiły one niewyczerpalne źródło naturalnego mięsa, zdolnego wyżywić ludzkość.
Jest w tym też nachalna eksploatacja podniosłych, humanistycznych idei, przede wszystkim tej, że należy pozwolić dinozaurom żyć, mimo że mogą one stanowić dla ludzi śmiertelne zagrożenie. Jako zagorzały fan oryginału mówię to z pełną odpowiedzialnością – nie podoba mi się to, w jakim kierunku ta seria zmierza, ale mam nadzieję, że w finale tej opowieści zdrowy rozsądek wygra.

Jurassic World: Upadłe królestwo
Tuż po nieudanym powrocie do świata dinozaurów w ubiegłym roku rozczarował mnie jeszcze powrót na duży ekran najsłynniejszego łowcy w kinie SF. Jeszcze przed premierą wrześniową Predator miał wszelkie atuty udanego spektaklu. Został nakręcony przez Shane’a Blacka, faceta biorącego czynny, bo aktorski, udział w tworzeniu kultowego oryginału. Reżyser zapowiadał, że kręgosłupy będą wyrywane, że jedyna właściwa kategoria wiekowa nadana widowisku naznaczy je niezbędną brutalnością i mrokiem.
Z kolei do głównej roli wybrano bardzo prominentne nazwisko. Boyd Holbrook, aktor, któremu przyglądam się już od momentu świetnego występu w miniserii Hatfields & McCoys: Wojna klanów, intryguje mnie swoim ekranowym sposobem bycia, łączącym nonszalancję, zadziorność i bunt. Nie był on jednak w stanie utrzymać na swoich barkach przytłaczającego ciężaru idiotyzmów serwowanych nam przez twórców Predatora. Zaiste, jest to istny festiwal głupoty. Już samo skonfrontowanie kosmicznego łowcy z grupą bohaterów będących, delikatnie mówiąc, niespełna rozumu, woła o pomstę do nieba.
Te i inne absurdalne rozwiązania fabularne, jak choćby wyświechtany pomysł na pojawienie się nowego rodzaju potwora, to jednak najmniejszy problem filmu. Największym jest jednak jego tonacja, która stoi w dużym rozkroku między brutalnym, „muskularnym” SF a familijną komedią. To połączenie nie miało prawa się udać. Predator to film, który chce zadowolić każdego – starego wyjadacza SF, jego dziewczynę i małego braciszka tejże, pod warunkiem, że w niektórych scenach zakryje się mu oczy. Śmialiście się z Predatora 2 i spoconego Danny’ego Glovera? Drwiliście z Antala i jego Predators, czyli podróbki oryginału? Przy tym, co zaserwował Black, rzeczone filmy wspominane będą przez fanów z większą przychylnością, bo choć są niedorzeczne, to jednak zachowują spójność koncepcyjną i stylistyczną z tematyką serii.
Ciche miejsce – to moje kolejne wielkie rozczarowanie tego roku. Jest to film, który ma więcej cech horroru niżeli SF, bo na straszeniu się opiera, a nie na roztaczaniu fantastycznej wizji. Aczkolwiek to także jeden z osobliwych przykładów filmowego postkatastrofizmu, dlatego postanowiłem o nim wspomnieć. Z bardzo intrygującego pomysłu wyjściowego, jakim było wykorzystanie ciszy zarówno jako narzędzia grozy, jak i elementu determinującego świat przedstawiony, bardzo szybko ulatuje powietrze.
Właściwie już po mocnym prologu John Krasinski, aktor i reżyser w jednym, daje do zrozumienia widowni, że chcąc przetrwać dalszą część seansu, będzie musiała wyposażyć się w duże pokłady tolerancji na głupotę. Gdyby jej (głupoty) jednak nie było, prawdopodobnie nie byłoby też filmu, bo bohaterowie z zamkniętymi gębami siedzieliby w jednym miejscu. Zaskakujący sukces tego filmu dał mi do zrozumienia, że dzisiejsza widownia przestała być wymagająca. Czasem oryginalny i elektryzujący pomysł, każący aktorom w tym wypadku cofnąć się do tradycji kina niemego, najwyraźniej wystarczy, by zaciekawić widza.
Ciche miejsce jest pod tym względem bardzo podobne do grudniowej premiery Netfliksa – Nie otwieraj oczu. Tym razem, dla odmiany, zamiast zachowania milczenia nadrzędną zasadą wszystkich chcących utrzymać się przy życiu w świecie dotkniętym katastrofą jest nieużywanie oczu. I znowu, potencjał był, ale tuż po wyjątkowo emocjonującym prologu (znowu!) zmył się razem z potokiem wody, którym płynie główna bohaterka. Ta, grana przez Sandrę Bullock, tylko pozornie stanowi największy plus tego widowiska, bo tak jak ma w sobie charyzmę, tak też przez swój lekceważący stosunek do reszty postaci, w tym swoich dzieci, sprawia wrażenie, jakby tym samym stosunkiem darzyła także widownię. Nie ma tu komu kibicować, a już tym bardziej przejmować się tym, co znajduje się po drugiej stronie przysłaniającej oczy opaski.
Nie otwieraj oczu
Skoro już weszliśmy do platformy Netflix, należy wspomnieć, że Nie otwieraj oczu nie było najgłośniejszą i przy tym największą wpadką spod znaku science fiction zaserwowaną nam przez tę platformę. Bo zdecydowanie pozostanie nią dla mnie Anihilacja w reżyserii Alexa Garlanda, udostępniona w lutym ubiegłego roku. Nadal wierzę w tego twórcę, ma w sobie coś, czego innym brakuje – zmysł do tworzenia fantastycznych historii – ale to, co zaprezentował w Anihilacji, określiłbym mianem dużego nieporozumienia.
Opowieść o tajemniczej strefie, do której musi udać się złożona z kobiet grupa naukowa w celu zbadania dotychczas niezbadanego, już na wstępie postawiła wysoko poprzeczkę. Było wiadomo, że będzie ambitnie, także za sprawą udziału Natalie Portman, która przeważnie ostrożnie dobiera repertuar. Wynik tego eksperymentu określiłbym jednak mianem wydmuszki. Na poziomie niepokojącej atmosfery i stylistyki film potrafi intrygować. Ale mam też wrażenie, że jest całkowicie pusty w środku, niewiele z niego wynika. Zamiast odpowiadać na pytania, tworzy kolejne, przez co widz gubi się w labiryncie znaczeń. Problem tego rodzaju filmowych zagadek polega na tym, że nieumiejętne, nachalne operowanie enigmatycznym klimatem może w konsekwencji znużyć i sprawić, że widz straci uwagę. I jest to bodaj największa wada Anihilacji. Gdyby film Garlanda pojawił się, tak jak planowano, w kinach, jestem zdania, że poniósłby sromotną porażkę.
Netflix – złe filmy, dobre seriale
O wiele mniej obietnic złożył mi Paradoks Cloverfield. Film, którego fabułę do ostatniego momentu trzymano w ścisłej tajemnicy, niespodziewanie pojawił się na Netfliksie na początku lutego. Roztoczona nad projektem aura tajemniczości to schemat postępowania marketingowego powielony po wcześniejszym o rok, rewelacyjnym Cloverfield Lane 10. Paradoksowi… daleko jednak do jakości poprzednika.
Choć wciąż mamy tutaj do czynienia z jednym z ciekawszych przykładów filmowego uniwersum, to jednak ostatniego filmu spod znaku Cloverfield nie można uznać za twór udany. Oglądałem to, trzymając się za głowę, niczym Jean-Luc Picard w słynnym memie, bezradny wobec nadmiaru uczucia zażenowania. Wyjątkowo zabawnie wypadają w Paradoksie… wszelkie związki przyczynowo-skutkowe, sprowadzające tę przedziwną historię kosmicznego statku nawiedzonego przez tajemniczą siłę do poziomu głupiutkiej, niepoważnej opowiastki, zdolnej poruszyć serce dziesięciolatka. Niestety, ale coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli jakiś film trafia bezpośrednio na platformę Netflix, to nie dlatego, że włodarze firmy mają tyle kasy, że są w stanie wykupywać prawa do dystrybucji bardziej smakowitych kąsków, ale dlatego, że to właśnie twórcy filmów muszą pukać do drzwi Netfliksa, rozczarowani faktem, że jakiś producent lub dystrybutor kinowy mają wątpliwości co do wypuszczenia danego dzieła w przestrzeń kinową. Idę o zakład, że podobna sytuacja była z filmem Mute Duncana Jonesa, czyli w tłumaczeniu Bez słowa.
Miałem wielkie nadzieje w stosunku do tego obrazu i niewiele z tych nadziei pozostało. Seans Bez słowa wymęczył mnie niczym najbardziej intensywny trening. Miał to być twór skąpany w sosie neo-noir, o prostej, liniowej fabule, pozwalającej widzowi, wraz z bohaterem, rozwiązywać zagadkę zaginionej w gąszczu futurystycznego miasta kobiety. Wyszedł jednak całkowicie niestrawny potworek, który w każdej scenie, każdym dialogu daje do zrozumienia widzowi, że nie wie, w jakim kierunku zmierza. Co najmniej połowa materiału powinna znaleźć się w edytorskim koszu, gdyż w filmie aż roi się od kompletnie niepotrzebnych, nic niewnoszących sekwencji dialogowych i przedziwnych akcji, które miast zaciekawiać, wywołują uczucie zdziwienia i, co gorsza, znużenia.

Bez słowa
Paradoks i Bez słowa były filmami, w stosunku do których miałem jakieś oczekiwania. Natomiast po kolejnych wymienionych filmach Netfliksa nie spodziewałem się kompletnie niczego i tak po prawdzie, niczego dobrego od nich nie otrzymałem. Mieszane uczucia wywołał we mnie majowy Anon w reżyserii Andrew Niccola z Clive’em Owenem w roli głównej. Film ma swoje dobre momenty, jest skąpany w ciekawej, bo oszczędnej stylistyce i do tego opiera się na intrygującym koncepcie, wedle którego wszystko, co widzimy, będzie w przyszłości kontrolowane, stąd żadne przestępstwa nie będą mieć racji bytu.
Jest w filmie kilka ciekawych momentów, film jest dobrze poprowadzony aktorsko (ta rola pasuje do Owena jak najlepszy garnitur), niemniej wyjątkowo drażni w nim to, że jest opowiadany w taki sposób, jakby reżyser chciał przed nami odkryć prawdę, której jeszcze nie znamy. Przeszkadza też wyjątkowo nużące, powolne tempo akcji. Niegdyś dalece niebanalny Niccol (reżyser słynnej Gattaki) ewidentnie został w latach dziewięćdziesiątych i nie spostrzegł, że takie np. Czarne lustro dawno przerobiło już wzdłuż i wszerz podobne kwestie.
Podobny zawód wywołał we mnie inny film SF Netfliksa, reprezentujący jednak zgoła odmienny podgatunek. Mowa o mającej premierę w lipcu postapokaliptycznej wizji How It Ends z Forestem Whitakerem w roli głównej. Znowu, film ma swoje momenty, dobrze się na niego patrzy za sprawą przyjemnych zdjęć, ale twórca, David M. Rosenthal, raczej nie bardzo wiedział, co chciał tą wizją przekazać. Dzięki temu po pojawieniu się napisów końcowych pozostaje w nas uczucie pustki i niedosytu.
Mało odkrywczy jest także The Titan, choć to akurat najdelikatniejsze określenie, jakiego mogę użyć w stosunku do tego wątpliwej jakości dzieła. To chyba jeden z najmniej przyjemnych seansów ubiegłego roku, gdyż nie dość, że film jest bezdennie głupi, to jeszcze niektóre poruszane przez niego kwestie odrzucały mnie od siebie. Być może jego wartością z założenia miało być puszczenie oka do osób marzących skrycie o zmianie płci, utwierdzające ich w przekonaniu, że z dzisiejszymi osiągnięciami nauki możemy już być, kimkolwiek tylko chcemy (nawet psem czy krzesłem).
Niemniej zostało to ujęte w tak przedziwny, groteskowy, nieprzystępny sposób, że zamiast wartościowej lekcji wynosimy z filmu uczucie zaniepokojenia o przyszłość ludzkości. Bo jeśli naszym sposobem na przetrwanie ma być transformacja w kosmitę zdolnego do zamieszkania na księżycu Saturna, to ja nie chcę być częścią tej przyszłości. Wolę poczekać, aż ktoś najpierw podejmie ostateczną próbę ocalania naszego środowiska lub postawi stopę na Marsie. A jeśli już chcemy bawić się w transformacje genetyczne, to czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł, by za pomocą błon pławnych i skrzeli umożliwić nam przetrwanie w głębinach oceanu.
I paradoksalnie, byłoby to mniej absurdalne niż przemiana w smerfa. Obok The Titan drugą katastrofą rozmiarów kosmicznych jest Zagłada, która trafiła do nas także pod szyldem platformy Netflix. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by w roli ojca rodziny chroniącego bliskich przed inwazją z kosmosu obsadzić Michaela Peñę, ale była to decyzja z gruntu zła. Nigdy nie byłem przekonany do jego umiejętności aktorskich, ale w tym wypadku nie w tym rzecz. Według mnie, on po prostu nie ma ani wyglądu, ani charyzmy osoby, która mogłaby dźwigać tak dużą odpowiedzialność, co z miejsca burzy powagę całej sytuacji.
Nie tylko zresztą Pena wygląda w Zagładzie jak chodzący żart. Film jest taki w całości. Co prawda dostarcza widzowi ciekawego zaskoczenia w ostatnim akcie historii, to jednak nie zmienia to faktu, że w przypadku Zagłady mamy do czynienia z tworem boleśnie sztampowym i nudnym. Jak to ująłem w swojej recenzji, jest to kino klasy B w ładnym, sterylnym opakowaniu.

Zagłada
Nie udało mi się obejrzeć takich filmów, jak: Pacific Rim: Rebelia, Rampage, Pierwsza noc oczyszczenia czy też Mroczne umysły. Ale jeśli miałbym być całkowicie szczery, to tylko na film z Dwayne’em Johnsonem miałem żywe parcie, ze względu na moją słabość do gier komputerowych. Reszta tytułów kompletnie mnie nie przekonywała już na etapie zwiastuna – wybaczcie zatem ich brak w podsumowaniu.
Bardzo chciałbym jeszcze napisać wam o moich wrażeniach po seansach takich filmów jak High Life z Robertem Pattinsonem w roli głównej czy Prospekt z coraz częściej obsadzanym Pedro Pascalem, ale niestety tego nie zrobię. Wiele dobrego usłyszałem o tych tytułach, ich zwiastuny mnie w tym optymizmie utwierdziły, niestety filmy te nie trafiły do Polski w żadnym obiegu. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że mogłyby one odmienić wyjątkowo mizerne oblicze roku 2018, który zapamiętam jako czas pełny fatalnych produkcji science fiction.
Zakończę jednak akcentem optymistycznym. Spragnionym ciekawych wizji fantastyki naukowej polecam zajrzeć do świata seriali. Ubiegły rok przyniósł kilka interesujących premier, dobrze wypadły także kontynuacje sprawdzonych hitów. Do tej pierwszej grupy zaliczyłbym Zagubionych w kosmosie, Altered Carbon, The Rain czy w końcu nasz, polski 1983. Grupa kontynuacji to przede wszystkim Opowieść podręcznej, Westworld (choć tu formuła niepokojąco idzie ku wyczerpaniu) i The Expanse. Według mnie najjaśniejszym punktem na tej mapie jest jednak nowy Star Trek (mający premierę w 2017, ale kończący się w 2018), którego jakość była dla mnie dużym zaskoczeniem.
Bardzo umiejętnie połączono tu stare zwyczaje fabularne, często wzbogacane wątkami obyczajowymi, z kompletnie nowymi ścieżkami tematycznymi. Całość uzupełniona została wyjątkowo przyjemną dla oka oprawą wizualną. Wiele z tej serialowej świeżości i bezkompromisowości, której doświadczyłem w roku 2018, zabrakło mi w pełnym metrażu.
* Nie ma przypadku w tym, że przy okazji Disneya słowem nie wspominam o filmie o Hanie Solo. O tym, dlaczego nie znajdziecie go w tym zestawieniu, przeczytacie w tym artykule.
