Recenzje

THE DEAD DON’T DIE (reż. Jim Jarmusch). Spokojnie, to tylko apokalipsa zombie

Zlepek miniatur i pozbawionych puent pomysłów. Kino o peryferiach ulepione z banałów.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Postmodernistyczny pastisz / postmodernistyczna papka

Centerville w Stanach Zjednoczonych. Współczesność, choć czas w tej prowincjonalnej mieścinie zatrzymał się w latach 70. Nikt jednak nie upomina się o jakiekolwiek techniczne nowinki. Wielki świat skutecznie omija zapyziałe Centerville, o którego istnieniu wiedzą pewnie tylko jego mieszkańcy. Wszystko pomału, w ślimaczym tempie, gdzieś na poboczu historii, bez celu i donikąd. Niejeden z przekonaniem stwierdziłby, że właśnie tak, dokładnie tak, wygląda prawdziwe zadupie. W lokalnej telewizji wiadomości o przebiegunowaniu Ziemi przeplatają się z gorącymi newsami o jednym zaginionym kotku. Sprawy pilne i pilniejsze. Bądźcie czujni i trzymajcie rękę na pulsie. Jeśli dojdzie do przełomu w poszukiwaniach, to niezwłocznie was poinformujemy!

Jim Jarmusch w The Dead Don't Die zanurza się w popkulturowym wizerunku amerykańskiej prowincji

Mieszkańcy to zestaw indywiduów i postaci, najdelikatniej mówiąc, stereotypowych. W przydrożnej restauracji przy barze siedzą znajomi rolnicy. Steve Buscemi w czerwonej czapeczce z niedyskretnym hasłem „Make America White Again” oraz wyważony Danny Glover. Rasizm rasizmem, a przyjaźń przyjaźnią. Za ladą plotkują kelnerki, a głównym tematem rozmowy jest nowa mieszkanka, tajemnicza Zelda (Tilda Swinton): właścicielka domu pogrzebowego, koślawo mówiąca po angielsku, zakochana w kulturze Azji i oddająca cześć Buddzie. W tych okolicach to coś naprawdę niespotykanego.

Całą społeczność poznajemy z perspektywy trójki policjantów: Cliffa (Bill Murray), Ronalda Petersona (Adam Driver) i Mindy Morrison (Chlöé Sevigny). Mundury nie czynią z nich herosów i jednostek czymkolwiek się wyróżniających. To tacy sami flegmatycy jak wszyscy inni mieszkańcy. Aktualnie prowadzone śledztwo dotyczy zaginionej kury. Oskarżenie pada na okolicznego, mieszkającego w lesie, włóczęgę (Tom Waits). Mógł to być również lis. To i tak prawdopodobnie najbardziej szokujące wydarzenie w mieście od dekad. Czas w Centerville stanął w miejscu nie tylko symbolicznie, to również fakt. Wskazówki zegarków nagle ani drgną, baterie w telefonach całkowicie siadły, dzień zdaje się nie mieć końca. Po zmroku księżyc spowije mistyczna, fioletowa smuga, a z grobów jeden po drugim zaczną wynurzać się zmarli. Zasoby ludzkie Centerville to niczego sobie kolacja, którą warto popić… kawą. Jarmusch tu nie zaskakuje.

Jim Jarmusch w The Dead Don’t Die zanurza się w popkulturowym wizerunku amerykańskiej prowincji. Ślamazarność i niezdarność policjantów może przypominać tę znaną z Fargo, a pejzaż i bezruch łączyć się mogą z Trzema Billboardami… Porównania zaczynają i kończą się niestety na poziomie estetycznej stylizacji. Wcześniejsze filmy to produkcje zupełnie innej jakości. U Jarmuscha ludzie – ich dziwactwa i zwyczaje – lokalizacje (bar, komisariat, stacja benzynowa), specyficzny rytm dnia to skopiowany i ukształtowany już przez kino obraz Ameryki drugiej prędkości. Jarmusch ani go nie naświetla z nowej strony, ani nie odnawia. To kolaż znanych kadrów, rekwizytów i charakterów. Reżyser stawia na status quo, które wywrócić do góry nogami ma niespodziewana inwazja zombiaków. Wszystko jednak sprowadzone jest do komedii i żartu, funkcjonuje tylko na zasadzie efektu specjalnego (i popisu charakteryzatorów): nie do końca wykorzystanego i pozbawionego solidniejszych fundamentów. Oczywiście wzbudza to ciekawość i generuje pytania (tym bardziej, że w finale jeden absurd pogania drugi), ale Jarmusch chyba w ogóle nie myślał o tym, by widz mógł znaleźć na nie odpowiedzi. Pozostaje nam więc jedynie zgrywa z gatunków i zabawa formą.

The Dead Don’t Die jest niczym więcej jak zbiorem cytatów. Wymieszanymi w kotle odwołaniami i referencjami. To postmodernistyczny pastisz i niestety postmodernistyczna papka. Jeśli pojawi się autotematyzm, to w najbardziej oczywistej, wręcz trywialnej realizacji. Jeśli Jarmusch parafrazuje jakiś gatunek czy serię (western, kino samurajskie, Gwiezdne wojny), to sięga po to, co pływa na samym wierzchu i jest najbardziej oczywiste. Jakby same mrugnięcia okiem do widza i ich kumulacja miały stanowić wartość. Daje to niestety efekt scenopisarskiego lenistwa. Jima Jarmuscha od bohaterów znacznie bardziej interesują mikroscenki, krótkie dialogi, cięte riposty i skecze. The Dead Don’t Die jest zlepkiem scen, nieskładnie i przypadkowo złączonych w jedną opowieść. To zbiór miniatur i pozbawionych puent pomysłów. Kino o peryferiach ulepione z banałów.

Ostatnio dodane