Publicystyka filmowa
DEKALOG KINA BIBLIJNEGO. Różne oblicza opowieści wszech czasów
DEKALOG KINA BIBLIJNEGO odkrywa różnorodność adaptacji biblijnych, od nieśmiertelnych historii po współczesne interpretacje i ich wpływ na kulturę.
Noe: wybrany przez Boga był kolejną filmową wersją biblijnego potopu. Kilka lat temu rekordy popularności bił w Ameryce serial Biblia, którego skompresowana w pełnometrażowy film wersja Syn Boży trafiła do europejskich kin w kwietniu 2014 roku. Na początku 2015 roku z kolei miała miejsce premiera widowiska Ridleya Scotta Exodus, będącego kolejną adaptacją historii Mojżesza.
Moda na kino biblijne rozkręca się na dobre, dlatego warto się przyjrzeć, czym na przestrzeni lat ta specyficzna odmiana dramatu
Wszystko zaczęło się od Żywota i męki Jezusa Chrystusa z 1903 roku, niemego filmu produkcji francuskiej. Można zatem uznać, iż filmowcy zainteresowani byli adaptowaniem tekstów biblijnych od samego początku kinematografii. Ważne jest, aby nauczyć się rozróżniać film biblijny od filmu religijnego. Ten pierwszy przybliży nam konkretną historię zaczerpniętą ze Świętej Księgi chrześcijaństwa i judaizmu, podczas gdy ten drugi zajmie się raczej komentowaniem i analizowaniem danej doktryny religijnej. Jeśli spojrzymy na Biblię jako na podstawę kultury judeochrześcijańskiej, do której chcąc nie chcąc przynależymy, łatwiej będzie nam zrozumieć, skąd wzięły się w sztuce wszelkie kierunki, mające na celu jej zobrazowanie.
Biblia dostarczała twórcom gotowych do zinterpretowania historii, których waga była niepodważalna i wobec których żaden odbiorca nie mógł przejść obojętnie. Było zatem oczywiste, że wraz z rozwojem kina filmów poruszających tematykę biblijną będzie coraz więcej.
Złota Era Hollwyood przyniosła rozkwit gatunku. Wtedy to zaczęły ukazywać się wielkie produkcje, charakteryzujące się inscenizacyjnym przepychem, podniosłą tonacją oraz… długim czasem trwania. Z moich obserwacji wynika, iż kino biblijne swoje status quo zdołało utrzymać do lat 70. wieku ubiegłego. Dominacja kontrkultury i płynącego z niej buntu przeciwko skostniałym prawom moralnym oraz popularyzowana dziewiętnastowieczna idea „śmierci Boga” wpłynęły na renomę i częstotliwość ukazywania się filmów z tego gatunku (choć taki Jesus Christ Superstar z 1973 roku potrafił się w tym odnaleźć, czyniąc z Jezusa idola hipisów).
Nie bez znaczenia pozostawał także rozwój technologiczny, który niósł za sobą przesłanie intelektualnej dominacji człowieka oraz pełne pychy przekonanie odkrycia ostatecznych tajemnic naszej egzystencji, do zrozumienia których nie będzie nam już potrzebna interpretacja biblijna.
Ale nawet jeśli długi czas Biblii nie adaptowano wprost, to i tak pozostanie ona najbardziej inspirującą książką wszech czasów, a to dlatego, iż zbudowała fundamenty do niewyczerpanej liczby fabuł – z czego wielu z was pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy. Popularny w SF motyw mesjanistyczny jest tego dobrym odzwierciedleniem. Oczywiście, przybliżając genezę tego gatunku, mam na myśli tylko filmy kinowe i to im poświęcony jest ten artykuł. Ponieważ gdyby przyjrzeć się produkcjom telewizyjnym w ich ogromnej liczbie, da się zauważyć, iż kryzys nie był im znany, ponieważ przez specyfikę swojego medium zawsze zdołały dotrzeć do określonego audytorium. Takim najbardziej znaczącym dokonaniem telewizyjnej produkcji pozostanie dwuodcinkowy Jezus z Nazaretu z 1977 roku, wiernie adaptujący historię centralnej postaci Nowego Testamentu.
Ale niech przemówią w końcu przykłady. Zapraszam do zapoznania się z listą dziesięciu moim zdaniem najlepszych filmów biblijnych. W tworzeniu tego zestawienia kierowałem się głównie walorami artystycznymi filmu. Do prawidłowego odbioru tych dzieł oczywiście potrzebny jest rozwinięty kontekst religijny, ale nie możemy pozostać nim zaślepieni. W przytoczonych przykładach znajdą się zatem takie filmy, których autorzy pozwolili sobie na dużą swobodę twórczą, często zmieniając poszczególne fragmenty literackiej podstawy lub bazując na niej tylko w umowny sposób. Dla mnie jednak najważniejsze było to, by film z powodzeniem i odpowiednim polotem potrafił krzewić konstytutywne myśli. Myśli, które zdeterminowały kształt naszej cywilizacji.
.Dawid i Batszeba (1951) reż. Henry King
Historia skomplikowanej miłości słynnego izraelskiego króla Dawida oraz Batszeby, żony jednego z najważniejszych przybocznych żołnierzy władcy. Król, chcąc posiąść swą kochankę, decyduje się posłać męża Batszeby na niechybną śmierć w ogniu wojny, za co czekać go będzie potępienie w oczach Boga. Historia ta została spisana w Starym Testamencie, w Drugiej Księdze Samuela.
Moje zestawienie otwiera biblijne love story. Amatorzy łzawych melodramatów nie znajdą w tym filmie nic oryginalnego, jednak w tym wypadku ważny jest wydźwięk tej opowieści oraz to, że jest na swój sposób prekursorska. Otóż za sprawą znaczącej postaci Starego Testamentu – pogromcy Goliata – przedstawione są skomplikowane ścieżki miłosnych uniesień i ich konsekwencji. Tego, jak trudne jest przestrzeganie sztywnych ograniczeń prawnych związanych z przynależnością małżeńską i do czego możemy się posunąć, by ostatecznie zdobyć serce ukochanej. Ta opowieść daje do zrozumienia, iż podstawową przeszkodą do przestrzegania Prawa Mojżeszowego będzie nasza emocjonalność, porywczość naszych zmysłów.
Czyn Dawida zasłużył na potępienie, a obraz Batszeby przez wiele lat nie mógł uwolnić się od skazy grzechu cudzołóstwa, jakiego się dopuściła. Jednak dziś, oglądając losy kochanków z czysto ludzkiej perspektywy, potrafimy i chcemy ich zrozumieć. Z ich romansu narodził się Salomon, najważniejszy z potomków Dawida. Może zatem ich miłość miała rację bytu? W filmie w tytułową parę z niemałym powodzeniem wcielili się Gregory Peck i Susan Hayward. Chemia między nimi jest odczuwalna, co oczywiście ma bardzo duże znaczenie w przeżywania tego melodramatu. Inną popularną prezentacją historii Dawida był film z 1985 roku Król Dawid, z Richardem Gerem w roli głównej, ale nie mogę powiedzieć, by była to prezentacja udana – choć ma swoje momenty, to jednak banał ścieli się w niej zbyt gęsto.
Dziesięcioro przykazań (1956) reż. Cecil B. DeMille
Film przywołuje jedną z najważniejszych historii Starego Testamentu, a dokładniej Księgi Wyjścia. Przebywający w egipskiej niewoli naród żydowski zostaje wyzwolony przez proroka Mojżesza, niegdysiejszego egipskiego księcia, który to otrzymuje zadanie poprowadzenia swego ludu do Ziemi Obiecanej.
Jako że w latach 50. i 60. wieku ubiegłego w Hollywood zapanowała moda na filmy biblijne, można uznać, iż Dziesięcioro przykazań to jeden z najjaśniejszych tej mody przejawów. Zresztą da się zauważyć, iż gros filmów z mojego zestawienia pochodzi właśnie z tego okresu. W tym wypadku na szczególną jakość filmu składa się waga prezentowanej historii, współistotnej zarówno dla chrześcijan, jak i wyznawców judaizmu. Historii poprowadzonej z rozmachem adekwatnym do misji, jaką pełni – nadaniu ludzkości moralnego kręgosłupa. Dla filmu Dziesięcioro przykazań najodpowiedniejszym określnikiem będzie zatem przymiotnik „monumentalny”.
Wszystko tu zostało napisane wyjątkowo dużymi literami: począwszy od scenografii, przez efekty specjalne (Oscar), na podniosłej tonacji skończywszy. Ucztę stanowi także pojedynek dwóch aktorskich legend – Charltona Hestona (Mojżesz) i Yula Brynnera (Ramses). Dziesięcioro przykazań, pomimo dość sędziwego wieku, wciąż potrafi robić wrażenie, a niektóre sceny z pewnością na stałe zapisały się do historii kina – mam tu na myśli przede wszystkim przejście Izraelitów przez Morze Czerwone.
I też trudno sobie wyobrazić, by w tej konkretnej konwencji oraz warunkach można było nakręcić ten film lepiej. Co ciekawe i co wielu pewnie zaskoczy, Dziesięcioro przykazań jest remakiem niemego filmu z 1927 roku, a co jeszcze ciekawsze, jest remakiem nakręconym przez tego samego reżysera. Cecil B. DeMille otrzymał na stare lata propozycję nie do odrzucenia – efektownego odświeżenia za niemałe pieniądze swego dawnego dzieła. Uczynił to z nawiązką, po czym… pożegnał się z życiem – tym samym remake losów Mojżesza był ostatnim filmem w dorobku tego reżysera. mu.
Ben Hur (1959) reż. William Wyler
Film opowiada o kolejach losów Judy Ben Hura, żydowskiego księcia, który zastoje wygnany ze swojego kraju przez niegdysiejszego przyjaciela, dowódcę rzymskich legionów – Messalę. Dzieje się tak za sprawą różnic w poglądach politycznych, które uwidoczniły się między nimi po latach. Juda poprzysięga zemstę swemu dawnemu przyjacielowi. Na jednym z etapów swych przejść spotyka człowieka imieniem Jezus i jeszcze nie wie, jak przełomowe okaże się dla niego to spotkanie.
Gdy tworzyłem listę najlepszych obrazów kina biblijnego, film ten był jednym z pierwszych moich typów. I nie przeszkadzał mi fakt, iż jego fabuła nie opiera się bezpośrednio na żadnej biblijnej przypowieści, a tylko na książce Lewisa Wallace’a. Bo Ben Hur może i jest z Biblią powiązany dość luźno, ale za to łączy go z nią jeden konkret, który umożliwia postrzeganie go w tej właśnie kategorii gatunkowej. Tym konkretem jest osoba Jezusa Chrystusa, którego dzieje pełnią w filmie rolę tła dla głównych wydarzeń. A co najważniejsze, determinują one charakter przemiany głównego bohatera. Przemiana ta jest także kluczem do zrozumienia głównego przesłania filmu – odłożenia na bok pragnienia zemsty na rzecz miłości, przejawianej względem swych wrogów.
Dla tych jednak, dla których aspekty duchowe nie grają w Ben Hurze tak wielkiej roli, film ten stoi przede wszystkim niebywałą, jak na tamte czasy, oprawą wizualną i spektakularnością. Gdy w końcu dane mi było go obejrzeć w wersji Blu-ray, słynne wyścigi rydwanów przyprawiły mnie o szybsze bicie serca. Magia kina w pełnej krasie. Warto także przypomnieć, iż to jeden z tych filmów, który zdobył największą liczbę statuetek Oscara w historii tych nagród. Prócz zdominowania kategorii technicznych, Ben Hur wygrał także w kategoriach aktorskich (Heston w życiowej formie) oraz tych najważniejszych – reżyserii i filmu.
I uwierzcie mi bądź nie, to jest przykład filmu, który jak żaden inny potrafi osiągnięty sukces w tych prestiżowych nagrodach po latach należycie obronić. Innymi słowy, Ben Hur to zdecydowanie najważniejszy film tego zestawienia; film, który powinien znać każdy, powtarzam, każdy kinoman, choćby ze względu na kinematograficzną potęgę jaką sobą stanowi.
. Barabasz (1961) reż. Richard Fleischer
Próba dopowiedzenia losów Barabasza, biblijnego przestępcy, który był sądzony wraz z „żydowskim królem”. Jak wiadomo, wolą ludu to Jezus został skazany na śmierć. Film opowiada o tym, co działo się z Barabaszem po darowaniu mu życia i o zainteresowaniu, jakie zaczyna przejawiać w stosunku do osoby, która została ukrzyżowana zamiast niego.
Barabasz jest kolejnym po Ben Hurze filmem, którego podstawa fabularna powstała w oparciu tylko o poszczególne wątki Pisma Świętego. Ale myślę, że i tym razem nie popełnię nadużycia umieszczając go w zestawieniu filmów biblijnych. A wszystko przez nader interesujący pomysł wyjściowy, czyli wykorzystania postaci Biblii budzącej negatywne konotacje do tego, by skonfrontować jej los z losem Syna Bożego. Mimo iż przebieg historii słynnego przestępcy ukazany jest w sposób dość banalny, wzbogacony o efektowne elementy starożytnej przygody (walki gladiatorów), to jednak jej clou – metamorfoza głównego bohatera – ukazane jest wiarygodnie.
Pomaga w tym wyborna gra Anthony’ego Quinna, wcielającego się w tytułowego bohatera. Los Barabasza przybliża także inne istotne przesłanie – uniknięcie zasłużonej śmierci, zamiast wyzwoleniem, może okazać się złym fatum, które skrupulatnie niszczyć będzie odzyskany żywot. To śmierć zatem, w pewnych przypadkach, może być dla nas najlepszym wyzwoleniem. Zawsze chciałem, by idąc tym samym tropem, filmowi twórcy zrealizowali kiedyś historię Judasza – innej negatywnej postaci Ewangelii – bazując np. na apokryfach jego autorstwa. Byłoby co najmniej ciekawie. A dla tych, którym podobają się fabuły pośrednio zbudowane na Biblii, w których Jezus Chrystus przemyka gdzieś w tle, ale i tak odgrywa najważniejszą rolę w dramacie, polecam także film Tunika z 1953 roku.
Film, który swym konceptem fabularnym trochę przypomina Barabasza, ponieważ opowiada historię Rzymianina, który dowodził grupą odpowiedzialną za ukrzyżowanie Nazarejczyka. W bardzo podobny sposób następuje w głównym bohaterze przemiana, niosąc tym samym analogiczne przesłania, co film Fleishera.
Ewangelia wg św. Mateusza (1964) reż. Pier Paolo Pasolini
Jak sam tytuł wskazuje, jest to ekranizacja jednej z czterech ewangelii, wchodzących w skład Nowego Testamentu. Opowiada o losach Jezusa z Nazaretu od jego narodzenia do śmierci i zmartwychwstania.
Podchodząc do Ewangelii… należy wziąć pod uwagę jeden bardzo istotny kontekst. Jest nim osoba reżysera. Mogłoby się wydawać, że dobry film religijny może zostać nakręcony jedynie przez artystę o adekwatnym zapleczu ideologicznym, dzięki czemu ryzyko wypaczenia historii spada do minimum. Nic bardziej mylnego. Tak się składa, iż reżyser Pier Paolo Pasolini, prócz posiadania bogatego zaplecza artystycznego, był także zadeklarowanym ateistą, gejem i komunistycznym działaczem (do kompletu brakowało chyba jeszcze tego, by był Żydem). I wbrew temu, jaki komunikat płynie z jego przekonań, w filmie o Jezusie udało mu się zachować całkowitą bezstronność – co wielu, w tym i ja, uznaje za podstawowy atut filmu.
Realizacja tego obrazu wzbudziła zatem wiele kontrowersji, ale Pasolini wyszedł z tego pojedynku obronną ręką. Najlepszym dowodem na to niech pozostanie fakt, iż Ewangelia… została doceniona także przez Watykan, który umieścił ją na swojej liście 45 filmów fabularnych odznaczających się wyjątkowymi walorami religijnymi (co ciekawe, z filmów z mojego zestawienia, wraz z Ewangelią… na liście watykańskiej znalazł się tylko Ben Hur). Bo Pasolini stworzył dzieło unikatowe, wolne od patosu, kiczu, sztucznej powagi. Podkreślają to surowe, czarno-białe zdjęcia oraz intrygująca linia melodyczna, przypominająca muzykę folkową.
Wszystkie wydarzenia ukazane są beznamiętnie – i co najważniejsze – wiernie względem Ewangelii. Ciekawy jest także obraz Chrystusa. Raz, że został on wyraźnie odmłodzony, dwa, częściej niż inni odtwórcy tej roli przejawia symptomy człowieczeństwa (świetna scena wybuchu złości na żydowskim targowisku) – i wbrew pozorom nie wynika to tylko z pomysłu twórcy, a właśnie z wiernego trzymania się ewangelicznej podstawy. A ponadto Enrique Irazogui wcielający się w Jezusa (notabene kolejny działacz komunistyczny) w swej grze odznacza się na niezwykle przenikliwym i srogim spojrzeniem, co tylko podkreśla wrażenie charyzmy i dominacji, przejawianej względem apostołów. Sposób, z jakim postać ta przyciąga naszą uwagę, jest na tyle szczery i naturalny, że z miejsca potrafię uwierzyć w wyjątkowość pełnionej roli.
Opowieść wszech czasów (1965) reż. Jean Negulesco, David Lean, George Stevens
Losy Jezusa z Nazaretu tym razem przedstawione są w sposób odpowiednio wzniosły. Ten styl był typowy i powielany przy okazji niemal każdej produkcji opowiadającej o Jezusie (wyjątek stanowi przywołany film Pasoliniego). Wiązało się to także z operowaniem odpowiednią dozą kiczu i uproszczeń, estetycznym wyidealizowaniem oraz umieszczeniem historii w bardzo sztywnych ramach. Akcja filmu płynie wyjątkowo powoli, rozciąga się do niebotycznych rozmiarów (film trwa niemalże cztery godziny), skrupulatnie i z malarskim pietyzmem przedstawiając poszczególne aspekty życia Jezusa, wybrane z Ewangelii.
Wyraźnie nakreślony został także kontrast między Jezusem a resztą osób dramatu, co ma podkreślać wyjątkowy – bo boski – charakter tej postaci. Co ważne, jak to przy okazji wielkich produkcji bywa, do filmu zaprzęgnięto imponującą obsadę: świetny Max von Sydow w roli głównej, Charlton Heston w roli Jana Chrzciciela (to jego trzecia istotna rola w widowisku biblijnym), Telly Savalas jako Poncjusz Piłat czy w końcu Martin Landau w roli Kajfasza. Uważni dostrzegą w filmie także gościnne występy Johna Wayne’a i Sidneya Poitier.
Innymi słowy, w Opowieści wszech czasów wszystkie aspekty poprowadzone zostały niemalże „po bożemu”, w bezpiecznej i czytelnej formie. Ale muszę się wam przyznać, że do mnie tak nakreślona wizja losów Chrystusa trafia najlepiej. Raz, że jest wówczas bardziej uniwersalna, dwa, wydaje się być wówczas po prostu bardziej stosowna, gdyż nadmierne uczłowieczenie postaci ikonicznej, w swej religii uznanej za współistotną samemu Bogu, może nie być najlepszą drogą do jej prezentacji (tu warto wspomnieć o Ostatnim kuszeniu Chrystusa Scorsese, który to film co prawda bardzo lubię i cenię, ale traktuję go raczej jako ciekawostkę, oryginalne podejście do tematu, aniżeli pełnowartościową, biblijną opowieść o Mesjaszu).
Z drugiej jednak strony, nie jestem także stuprocentowym orędownikiem tej podniosłej konwencji, gdyż wiem, iż bardzo łatwo popaść w niej w tani sentymentalizm, co widoczne jest w znamienitej większości tego typu produkcji, szczególnie tych telewizyjnych. Innym kinowym filmem nakręconym w podobnym stylu jest Król Królów z 1961 roku, który już nie przypadł mi do gustu tak bardzo. Zadecydowały niuanse: aktor obsadzony w głównej roli jest odpychający (parcie na ukazanie Jezusa jako przystojniaka mi nie odpowiada), a obrany kontekst, czyli opowiadanie historii również z perspektywy władców – Heroda i Piłata – jest moim zdaniem chybiony, ponieważ wprowadza konflikt z podłożem biblijnym, na którym film bazuje. Oczywiście można to uznać za twórczy zamysł, ale akurat w tym wypadku nie musiał mi on odpowiadać.
.Biblia (1966) reż. John Huston
Ekranizacja dwudziestu dwóch rozdziałów Księgi Rodzaju, czyli pierwszej z Mojżeszowego Pięcioksięgu. Zilustrowane zostały zatem akt stworzenia świata przez Boga, zbrodnia Kaina, historia Noego, budowa wieży Babel oraz historia Abrahama.
Synonim kina biblijnego. Poprzez wzięcie na warsztat aż kilku kluczowych biblijnych historii, co zdecydowanie wzbogaciło przekaz, film Hustona jawi się jako jedno z najwybitniejszych dokonań gatunku. Całość oczywiście poprowadzona jest z należytym dostojeństwem, rozmachem, ale co ciekawe, także charakterystycznym mrokiem. Bo ukazanie początków ludzkości wiąże się z ukazaniem oblicza Boga, który stoi w opozycji do figury, którą znamy z Nowego Testamentu. Bóg z pierwszych rozdziałów Biblii jest Bogiem gniewnym, mściwym i zazdrosnym. Wystawia swych wyznawców na coraz to trudniejsze próby i pozostaje bezwzględny dla tych, którzy się jego woli nie podporządkują.
I można powiedzieć, że tym gniewem film Hustona jest wręcz przesycony. Taki obraz Boga oczywiście budzi sprzeciw, daleki jest bowiem od nauk chrześcijańskiego miłosierdzia. Jednak ja postrzegam te opowieści głównie w kategoriach parabolicznych, nie historycznych, dzięki czemu w ich interpretacji mogę pozwolić sobie na dużą dozę umowności. Najważniejsze jest, by zrozumieć, że w ten sposób ukazany został niezwykle problematyczny proces kształtowania się istoty ludzkiej, który przez naukę zastąpiony został pojęciem ewolucji. Nie ma znaczenia, czy nasze początki postrzegać będziemy z perspektywy kreacyjnej czy ewolucyjnej – ważne, by uzmysłowić sobie trud tej przemiany. Bo w bólach, okraszonych ofiarą i śmiercią, z bezrefleksyjnych zwierząt staliśmy się ludźmi wyposażonymi w kręgosłup moralny. I o tym właśnie z niemałym polotem opowiada nam film Hustona.
Żywot Briana (1979) reż. Terry Jones
Film ekipy Monty Pythona, co już samo w sobie mówi o nim wystarczająco dużo. Opowiada o losach niejakiego Briana, który urodził się w tym samym czasie i w tym samym miejscu co biblijny Jezus. I żeby było śmieszniej, omyłkowo zostaje uznany za Mesjasza. Mamy tutaj zatem do czynienia z klasyczną satyrą, kruszącą mury religijnych dogmatów.
Zaskoczeni? Zapewne wielu z was, którzy czytają ten artykuł i rozumieją go jako przewodnik po kinie natchnionym Duchem Świętym, właśnie przełączyło na inną stronę. Tym, którzy postanowili czytać go jednak dalej, pozwolę sobie wytłumaczyć ten zadziwiający wybór. Bo i owszem, zważywszy na swój obrazoburczy charakter, film ten jest skrajnie kontrowersyjny, przez co w wielu krajach został zakazany. Jednocześnie jest to jednak obraz, który jak żaden inny potrafi pobudzić nas do krytycznego myślenia. W momencie, gdy ktoś w sposób prześmiewczy podważa zasadność idei, która stanowi podstawę naszego światopoglądu, mogą wypracować się w nas trzy postawy.
Film może nas obrazić i wyłączymy go po piętnastu minutach lub nasza przygoda z nim skończy się już na etapie czytania wstępnego opisu. Może także zmienić postrzeganie naszej idei oraz może w końcu nas w wyznawaniu tej idei utwierdzić. W każdym z tych trzech przypadków, pobudzone jest nasze krytyczne myślenie, dzięki czemu wyłonić się może ważna dla oglądu świata refleksja. Refleksja, której albo wcześniej nie dostrzegaliśmy – bo dostrzegać nie chcieliśmy – albo zwyczajnie nie byliśmy zdolni jej z siebie wykrzesać. Dlatego tak ważne jest, by sztuka potrafiła chodzić pod prąd, by nie było dla niej tematów tabu.
Pytanie jakie powinniśmy zadać sobie przy okazji seansu Żywotu Briana, jest zatem następujące: czy wyznawanie jakiejkolwiek religii w sposób fundamentalny, nie pozwalający na nabranie nawet odrobiny dystansu względem niej, jest wyznawaniem idącym w parze z naszym osobistym, duchowym rozwojem, czy może wręcz przeciwnie?
Książę Egiptu (1998) reż. Simon Wells, Brenda Chapman, Steve Hickner
Waga historii opowiedzianej w widowisku Dziesięcioro przykazań została z powodzeniem przeniesiona na język rysunkowej animacji. Książę Egiptu jest skróconą wersją starotestamentowej opowieści (bo jakże ma się półtorej godziny seansu do niemal czterech filmu DeMille’a). W tym chadzaniu na skróty doskonale się jednak odnajduje, ponieważ stanowi esencję historii Mojżesza, nie pomijając jej najważniejszych wątków.
Wyróżnikiem filmu jest zatem jego dynamizm, który sprawia, iż tę, zdawać by się mogło, skostniałą historię łyka się bez konieczności popity. Seans umila wyjątkowa oprawa muzyczna autorstwa Hansa Zimmera (nominacja do Oscara), której jasnym punktem jest piosenka „When You Believe” (Oscar). Na uwagę zasługuję także dobór aktorów, użyczających głosy głównym postaciom. W filmie usłyszeć można bowiem m.in: Jeffa Goldbluma, Michelle Pfeiffer, Sandrę Bullock, Ralpha Fiennesa, Helen Mirren, Patricka Stewarta i Vala Kilmera w podwójnej roli – Mojżesza i samego Boga. Prawda, że brzmi dumnie?
Pasja (2004) reż. Mel Gibson
Film skupia się na ukazaniu kluczowego, z perspektywy wiary chrześcijańskiej, wydarzenia z kart historii Chrystusa,czyli jego męczeńskiej śmierci na krzyżu.
Zestawienie kończę głośnym widowiskiem podpisanym równie głośnym nazwiskiem. Wszyscy doskonale pamiętają kontrowersje związane z filmem: pretensje o nadmierne epatowanie przemocą, za czym iść miało wypaczenie sensu historii na rzecz jej formy, czy też posądzenie o przesyłanie sygnałów antysemickich (które akurat w moim odczuciu z palca wyssane nie były). Te wszystkie zarzuty w dużej mierze wystosowane zostały na wyrost, bez głębszej refleksji nad dziełem. Najważniejsze to umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego Gibsonowi potrzebne były tak radykalne zabiegi stylistyczne. Otóż mnie się wydaje, iż dzięki nim reżyser mógł na nowo zdefiniować znaczenie drogi krzyżowej i, poprzez zastosowanie hiperboli, emocjonalne zaangażowanie widza w jej przeżywanie.
Ten dwugodzinny seans jest nam w stanie przekazać więcej treści płynących z męczeńskiej śmierci Chrystusa niż czternaście stacji drogi krzyżowej okresowo odbębnianych w Kościołach. Dzięki swej charakterystycznej estetyce z pewnością potrafi także znacząco wyróżnić się na tle ponad setki (!) filmów opowiadających o życiu i śmierci najważniejszej postaci Nowego Testamentu. To była autorska myśl Gibsona, którą albo się przyjmuje i próbuje się ją zrozumieć, albo się tego nie robi i obrzuca się film błotem, za przejawy manipulacyjne. Czy przesadza? Oczywiście, momentami nawet bardzo, ale najwyraźniej o to mu właśnie chodziło.
Mam wrażenie, że jeśli podejmuje się temat niewątpliwie najważniejszego wydarzenia w historii ludzkości (bo czy tego chcemy czy nie, to od niego datowane są nasze dzieje) należy to zrobić w taki sposób, by uwypuklić jego istotę. By raz na zawsze wbić do głowy niedowiarkom, na czym dokładnie polega kompletnie abstrakcyjne sformułowanie „umierania za nasze grzechy”. Dzięki Gibsonowi abstrakcja przeobraziła się w realizm, a ciężar cierpienia i ofiary w końcu mógł zostać zmysłowo odczuty. Zwykle kontrowersje, zamiast odpychać, tylko zachęcają do pójścia do kina, dlatego Pasja odniosła gigantyczny sukces kasowy: przy zaledwie kilkudziesięciomilionowym budżecie, film przyniósł zyski w wysokości ponad sześciuset milionów dolarów.
Wielka szkoda, że na skutek nieporozumień scenariuszowych, realizacja filmu o Judzie Machabeuszu, który miał zrealizować właśnie Gibson, ostatecznie nie doszła do skutku. Reżyser po raz kolejny popisałby się pewnie niemałą brawurą w obrazowaniu biblijnego tekstu.
Tekst z archiwum film.org.pl
