Artykuł

JOHN WICK na celowniku. Co decyduje o popularności serii z Keanu Reevesem

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Znacie piosenkę Cool Guys Don’t Look at Explosions J.J. Abramsa i Willa Ferrella? Jej przesłanie jest następujące: dla pewnych facetów oglądanie się na kulę ognia za plecami jest nudne, trywialne i zabiera cenny czas. Kino akcji lubi, gdy jego bohaterowie przeliczają minuty na potencjalną liczbę trupów i prą do przodu jak lodołamacz. John Wick to właśnie taka postać, acz mocno wyróżniająca się na kilerskim polu. A my – w związku z premierą trzeciej odsłony jego przygód – przypominamy, czym nas zauroczył elegant z dymiącą spluwą, i prognozujemy dalsze losy bohatera.

Przychodzi dwóch kaskaderów po faceta z Matrixa

Zaczęło się w 2014, kiedy dwaj kaskaderzy nakręcili film John Wick z Keanu Reevesem, na który zasadniczo nikt nie czekał. Bo i po co czekać na produkcję z drewnianą Bryzą Wiejącą Znad Oceanu (gdyż to właśnie oznacza imię gwiazdy Matrixa)? Temat zabójcy zmuszonego jeszcze raz chwycić za broń brzmiał jak materiał na kolejną pozycję od Stevena Seagala… A jednak rzecz chwyciła. Fani akcji ruszyli do kin, krytycy byli łaskawi. Film przemówił do miłośników bezpretensjonalnej rozrywki, dostarczając im furę wrażeń z energetycznymi strzelaninami, estetycznym wykonaniem i ciekawym światem przedstawionym na czele. Obraz najechał kina pod banderą R – kategorii wiekowej umożliwiającej mięsistą zabawę – w kolorze czerwonym i bez poetyzowania. John Wick tętnił akcją. Obejrzeliśmy blisko 80 „zdjęć” z ręki głównego bohatera, auta pruły nawierzchnię, a na ekranie roiło się od szemranych typów.

Nie był to żaden renesans gatunku ani materiał na kult, lecz rzecz charakterna i mocna. Dopracowany produkt na wysoki połysk. W dodatku bez konkurencji – no, chyba że ktoś jeszcze czekał na Niezniszczalnych, zapadających się pod ciężarem żartów, które mają tak mało w bicepsie, że z czym tu do ludzi, albo kolejną rozwałkę z Willisem, pudłującym ostatnio w repertuarze tak bardzo, jak kiedyś trafiał. Liam Neeson jest już na skraju zadyszki. James Bond i Ethan Hunt wciąż na chodzie, ale świeża krew – niebędąca remakiem, sequelem ani adaptacją czegokolwiek – zasmakowała kinomanom. I to pomimo faktu, że twórcy filmu nie wycisnęli niczego nadzwyczajnego z ekstraklasy, jaką jest grający tutaj na drugim planie Willem Dafoe.

W 2017 roku pojawiła się „dwójka”, nakręcona tym razem przez połowę kaskaderskiego duetu i zdobna w 141 trupów. Film był zbliżony w treści i formie do części pierwszej. W roli drugoplanowej pojawił się Laurence Fishburne, który lata temu stworzył z Reevesem pamiętny tandem w trylogii Matrix. Obraz także spotkał się z entuzjazmem widzów, choć – jako dłuższy i efektowniejszy niż jedynka – bywał niekiedy odbierany jako cięższy i nieco przeładowany. Nie brakowało jednak opinii, że to sequel idealny. Twórcy Johna Wicka nadal unikali zanieczyszczenia dzieła filozoficznymi dysputami (może pomni faktu, że nadmiar tychże pociągnął w dół dwie ostatnie części Matrixa), a sam bohater nie zmienił się znacząco. Nadal był zabójczy i zdecydowanie cool. Od wczoraj w polskich kinach oglądać można trzecią odsłonę serii. Obserwując nerwowe poruszenie w Internecie, prorokuję kolejny hit.

Spinki Johna Wicka

Gajer, giwera, spinki, lakierki. Nienaganny wygląd; dostęp do błyszczących, stylowych aut i broni dobieranej pod kolor marynarki. U Wicka nic nie jest przypadkowe. To dandys wśród zabójców. Ruchy sprężyste, pewne. Dookoła niego kaskady juchy, bo bohater „dociska” zbirów (rosyjskich, włoskich, amerykańskich; nieważne – krwawią tak samo) z broni lub własnymi rękoma, a niekiedy i tak, i tak. Zresztą nie interesuje go skradanie – zazwyczaj staje twarzą w twarz z wrogiem, tak że robiąc z niego mielonkę, czuje na twarzy jego ostatni oddech. Przeskakuje od „zawodnika” do „zawodnika”, przeznaczając na niektórych po 2-3 sekundy uwagi i nieco więcej czasu ofiarowując bardziej wymagającym petentom. Wick jest jak kreskówkowy diabeł tasmański. Zjawia się i słychać wystrzały, chrzęst kości i zmiany magazynków, brzmiące tutaj niemalże podniecająco. Licznik body-countu rozgrzewa się do czerwoności. W tle muzyka elektroniczna – rytmiczna, drapieżna. Bohater niewiele mówi – zostawia za sobą więcej ciał niż słów.

A, jest też historia. Wick był w żałobie po śmierci żony, kiedy grupa zbirów zabiła mu psa i ukradła auto. Tym samym wydali na siebie wyrok śmierci – wdowiec był wcześniej cynglem do wynajęcia, a właśnie otrzymał jasny sygnał do aktywizacji zawodowej. Bohater to zabójca, którego tajemnice poznajemy powoli. Działa ze słusznych pobudek, ale nie zna litości i nie okazuje strachu. Archetypowy twardziel, kierujący się własnym kodeksem moralnym (acz tutaj muszący też respektować pewne rezolucje obowiązujące pozostałych zabójców). Chwilami można odnieść wrażenie, że pasowałby bardziej do komiksu niż kina. Jednak twórcom udaje się sprawić, że jego zemsta staje się naszą. Wick – nawet jeśli pozostaje pewną enigmą – jest tu także człowiekiem, za którym stoi tragiczna historia i pewien dziwny fatalizm (chce żyć normalnie, ale przeszłość wciska mu broń do ręki). Chociaż nie próbuje zyskać sympatii widza, ma nasze poparcie i zdrowy aplauz za wspaniałe sekwencje „odstrzału”.

Oryginalność? Po co mi oryginalność, kiedy mam kozaka z ekstragiwerą?

Wick spotkał się z dobrą recepcją widzów, całkiem zasłużoną, bo to kino szczere i dobrze przygotowane.

Fabuła wygląda jak ochłapy schematów zlepione na klej z mąki i wody? Scenariusz pewnie składał się z samych wyrazów dźwiękonaśladowczych? Ważne, że na ekranie to działa i przybrane zostało w zwiewne szatki rześkiego, mocnego akcyjniaka. Rzecz mogłaby być jednak niestrawna bez odrobiny humoru. Ten więc – całkiem zgrabnie i naturalnie – dopina filmową rzeczywistość, ujawniając swoją obecność w dialogach i lekko pastiszowej grze Reevesa. Podobał mi się też pomysł z barem dla zabójców, gdzie antagoniści, którzy mało nie roznieśli się na strzępy, mogą ochłonąć przy kieliszku czegoś mocniejszego.

John Wick spotkał się z dobrą recepcją widzów, całkiem zasłużoną, bo to kino szczere i dobrze przygotowane. Ale zaznaczę to wyraźnie: mówienie o jakimkolwiek przełomie byłoby nadużyciem. Nie takie rzeczy dzieją się w akcyjniakach u Azjatów (Raid, Niech zatańczą kule, Strefa śmierci, The Man from Nowhere). Stamtąd zresztą czerpali twórcy hitu, bazując na dorobku filmowców, którzy przerabiają hollywoodzkie schematy i rozwiązania, wzbogacając je o swoją własną kolorystykę i smak. Tak działa obieg popkultury transkontynentalnej.

Ostatnio dodane