Publicystyka filmowa
JOHN WICK na celowniku. Co decyduje o popularności serii z Keanu Reevesem
JOHN WICK to nie tylko film akcji, to fenomen, który zaskoczył krytyków i widzów. Odkryj, co sprawia, że ta seria z Keanu Reevesem jest tak fascynująca!
Znacie piosenkę Cool Guys Don’t Look at Explosions J.J. Abramsa i Willa Ferrella? Jej przesłanie jest następujące: dla pewnych facetów oglądanie się na kulę ognia za plecami jest nudne, trywialne i zabiera cenny czas. Kino akcji lubi, gdy jego bohaterowie przeliczają minuty na potencjalną liczbę trupów i prą do przodu jak lodołamacz. John Wick to właśnie taka postać, acz mocno wyróżniająca się na kilerskim polu. A my – w związku z premierą trzeciej odsłony jego przygód – przypominamy, czym nas zauroczył elegant z dymiącą spluwą, i prognozujemy dalsze losy bohatera.
Przychodzi dwóch kaskaderów po faceta z Matrixa
Zaczęło się w 2014, kiedy dwaj kaskaderzy nakręcili film John Wick z Keanu Reevesem, na który zasadniczo nikt nie czekał. Bo i po co czekać na produkcję z drewnianą Bryzą Wiejącą Znad Oceanu (gdyż to właśnie oznacza imię gwiazdy Matrixa)? Temat zabójcy zmuszonego jeszcze raz chwycić za broń brzmiał jak materiał na kolejną pozycję od Stevena Seagala… A jednak rzecz chwyciła. Fani akcji ruszyli do kin, krytycy byli łaskawi. Film przemówił do miłośników bezpretensjonalnej rozrywki, dostarczając im furę wrażeń z energetycznymi strzelaninami, estetycznym wykonaniem i ciekawym światem przedstawionym na czele. Obraz najechał kina pod banderą R – kategorii wiekowej umożliwiającej mięsistą zabawę – w kolorze czerwonym i bez poetyzowania.
John
Nie był to żaden renesans gatunku ani materiał na kult, lecz rzecz charakterna i mocna. Dopracowany produkt na wysoki połysk. W dodatku bez konkurencji – no, chyba że ktoś jeszcze czekał na Niezniszczalnych, zapadających się pod ciężarem żartów, które mają tak mało w bicepsie, że z czym tu do ludzi, albo kolejną rozwałkę z Willisem, pudłującym ostatnio w repertuarze tak bardzo, jak kiedyś trafiał. Liam Neeson jest już na skraju zadyszki. i Ethan Hunt wciąż na chodzie, ale świeża krew – niebędąca remakiem, sequelem ani adaptacją czegokolwiek – zasmakowała kinomanom. I to pomimo faktu, że twórcy filmu nie wycisnęli niczego nadzwyczajnego z ekstraklasy, jaką jest grający tutaj na drugim planie Willem Dafoe.
W 2017 roku pojawiła się „dwójka”, nakręcona tym razem przez połowę kaskaderskiego duetu i zdobna w 141 trupów. Film był zbliżony w treści i formie do części pierwszej. W roli drugoplanowej pojawił się Laurence Fishburne, który lata temu stworzył z Reevesem pamiętny tandem w trylogii Matrix.
Obraz także spotkał się z entuzjazmem widzów, choć – jako dłuższy i efektowniejszy niż jedynka – bywał niekiedy odbierany jako cięższy i nieco przeładowany. Nie brakowało jednak opinii, że to sequel idealny. Twórcy Johna Wicka nadal unikali zanieczyszczenia dzieła filozoficznymi dysputami (może pomni faktu, że nadmiar tychże pociągnął w dół dwie ostatnie części
Spinki Johna Wicka
Gajer, giwera, spinki, lakierki. Nienaganny wygląd; dostęp do błyszczących, stylowych aut i broni dobieranej pod kolor marynarki. U Wicka nic nie jest przypadkowe. To dandys wśród zabójców. Ruchy sprężyste, pewne. Dookoła niego kaskady juchy, bo bohater „dociska” zbirów (rosyjskich, włoskich, amerykańskich; nieważne – krwawią tak samo) z broni lub własnymi rękoma, a niekiedy i tak, i tak.
Zresztą nie interesuje go skradanie – zazwyczaj staje twarzą w twarz z wrogiem, tak że robiąc z niego mielonkę, czuje na twarzy jego ostatni oddech. Przeskakuje od „zawodnika” do „zawodnika”, przeznaczając na niektórych po 2-3 sekundy uwagi i nieco więcej czasu ofiarowując bardziej wymagającym petentom. Wick jest jak kreskówkowy diabeł tasmański. Zjawia się i słychać wystrzały, chrzęst kości i zmiany magazynków, brzmiące tutaj niemalże podniecająco. Licznik body-countu rozgrzewa się do czerwoności. W tle muzyka elektroniczna – rytmiczna, drapieżna. Bohater niewiele mówi – zostawia za sobą więcej ciał niż słów.
A, jest też historia. Wick był w żałobie po śmierci żony, kiedy grupa zbirów zabiła mu psa i ukradła auto. Tym samym wydali na siebie wyrok śmierci – wdowiec był wcześniej cynglem do wynajęcia, a właśnie otrzymał jasny sygnał do aktywizacji zawodowej. Bohater to zabójca, którego tajemnice poznajemy powoli. Działa ze słusznych pobudek, ale nie zna litości i nie okazuje strachu. Archetypowy twardziel, kierujący się własnym kodeksem moralnym (acz tutaj muszący też respektować pewne rezolucje obowiązujące pozostałych zabójców).
Chwilami można odnieść wrażenie, że pasowałby bardziej do komiksu niż kina. Jednak twórcom udaje się sprawić, że jego zemsta staje się naszą. Wick – nawet jeśli pozostaje pewną enigmą – jest tu także człowiekiem, za którym stoi tragiczna historia i pewien dziwny fatalizm (chce żyć normalnie, ale przeszłość wciska mu broń do ręki). Chociaż nie próbuje zyskać sympatii widza, ma nasze poparcie i zdrowy aplauz za wspaniałe sekwencje „odstrzału”.
Oryginalność? Po co mi oryginalność, kiedy mam kozaka z ekstragiwerą?
Fabuła wygląda jak ochłapy schematów zlepione na klej z mąki i wody? Scenariusz pewnie składał się z samych wyrazów dźwiękonaśladowczych? Ważne, że na ekranie to działa i przybrane zostało w zwiewne szatki rześkiego, mocnego akcyjniaka. Rzecz mogłaby być jednak niestrawna bez odrobiny humoru. Ten więc – całkiem zgrabnie i naturalnie – dopina filmową rzeczywistość, ujawniając swoją obecność w dialogach i lekko pastiszowej grze Reevesa. Podobał mi się też pomysł z barem dla zabójców, gdzie antagoniści, którzy mało nie roznieśli się na strzępy, mogą ochłonąć przy kieliszku czegoś mocniejszego.
John Wick spotkał się z dobrą recepcją widzów, całkiem zasłużoną, bo to kino szczere i dobrze przygotowane. Ale zaznaczę to wyraźnie: mówienie o jakimkolwiek przełomie byłoby nadużyciem. Nie takie rzeczy dzieją się w akcyjniakach u Azjatów (Raid, Niech zatańczą kule, Strefa śmierci, The Man from Nowhere).
Stamtąd zresztą czerpali twórcy hitu, bazując na dorobku filmowców, którzy przerabiają hollywoodzkie schematy i rozwiązania, wzbogacając je o swoją własną kolorystykę i smak. Tak działa obieg popkultury transkontynentalnej.
Keanu Reeves – drewno jak wino
Gwiazda kina lat 90. nie miała ostatnio dobrej passy. Aktor – po serii bubli i filmów przeciętnych, już w połowie drogi do stacji Straight to VOD – dostał tu wreszcie rolę szytą na miarę. I błyszczy. Wsławiony drewnianymi rolami, nadal jest sztywny, ale z lekko ironiczną nutą. Wciśnięty w stylowe marynarki, na tle wymuskanych wnętrz hotelu Continental czy modnych klubów – ma pełne prawo wyglądać jak osoba, która nigdy nie stała w kolejce do pośredniaka, za to umie wiązać krawat po ciemku, i to dwoma palcami.
Golf pod gajerem nie na każdym wygląda dobrze. Reeves ma nie tylko wygrzaną szyję, ale i świetną stylówkę. Jego drewno aktorskie jest tu mniej łykowate niż w ciągu ostatniej dekady (i lepiej wykorzystane), a charyzma – niewątpliwa. Gwiazda wygląda, jakby chwilami przekuwała swoje naturalne usztywnienie na atut (niekiedy je wyłączając i przechodząc w tryb dyskretnie komediowej nonszalancji), zamiast pozostawania jej więźniem i niewolnikiem. Film wiele zyskuje przez fakt, że aktor – prywatnie fan kina kopanego – wziął udział w kręceniu wielu scen walki, dzięki czemu produkcji obcy jest casus wspomnianego wcześniej Seagala, aktualnie dublowanego nawet w scenach podnoszenia się z krzesła.
Ba, rola Reevesa jest w dużej mierze oparta na fizycznych warunkach aktora (naprawdę niezłych, co udowadnia każda sekunda produkcji). Gwiazdor porusza się tu jak pantera i sprawia wrażenie naładowanego energią, także w scenach statycznych. Swoje zrobił też solidny trening strzelecki, który Reeves przeszedł przed wejściem na plan. No i dobra kondycja psychiczna – aktor w wywiadach tryska humorem i podkreśla, że aktualnie cieszy się życiem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Osobne uniwersum
Z serią jest jak z postacią Wicka – niby widzieliśmy wielu podobnych, ale ten ma swój styl i charakter. Świat przedstawiony to taki mielony, na którego smak i wygląd ktoś miał jednak solidny pomysł. Nie jest to ani ostentacyjne retro (choć takie elementy także się pojawiają, o czym będzie niżej ), ani typowa współczesność. Wick idzie gdzieś pomiędzy tymi osiami, lądując w czymś na wzór komiksowego świata alternatywnego. Mrocznego i ciemnego – bo większość scen toczy się nocą, a Nowy Jork przypomina tu wystylizowany i groźny labirynt.
Powiew świeżości wprowadza wątek doskonale zakonspirowanych organizacji przestępczych, z własnymi klubami i hotelami dla zabójców oraz etykietą, zgodnie z którą w miejscach wskazanych nie można przelewać krwi, a za przysługi odpłaca się „usuwaniem” problemów. Jest to motyw państwa w państwie, sprawnie działającej ośmiornicy o długich mackach. Odrealnia on produkcję, a jednocześnie dodaje jej szczególnego posmaku. W ramach tej struktury działają zarówno nieco lucyferyczni arystokraci (Winston, właściciel hotelu), jak i dystyngowany recepcjonista – dyskretny i przyjazny.
Sam film miksuje też elementy współczesne (wozy, broń, komórki, kluby taneczne) z oldskulowymi (centrala telefoniczna przyjmująca zlecenia od morderców jak sprzed paru dekad, wnętrza hotelu). Przypomina to nieco pierwszego Batmana Tima Burtona, gdzie scenograficzne detale tworzyły efekt przebywania w efektownym popkulturowym bigosie, gdzieś poza czasem. Tutaj eklektyzm jest mniej ekstrawagancki i nie tak wyrazisty w smaku, ale obecny na tyle, że opowieść śmiało można nazwać lekko surrealistyczną.
Nie ma w Johnie
Oglądamy coś na wzór baśni, opowieść mającą też wiele wspólnego z mitologią grecką. Czy bohater nie przypomina wam półboga lub człowieka padającego ofiarą intryg Olimpu?
Z czego jest to zrobione i czemu składową jest keczup?
Świat Wicka to kraina neo-noir. Lekko gotycka. Silnie glamour. Wszystko jest tu nabłyszczone, wyprasowane, wystylizowane. Na szczęście twórcy nie przedobrzyli. Efektowne filtry tworzą chłodny klimat, ale nie męczą oczu przesadną stylizacją. Kamera – wbrew panującym trendom – nie próbuje stratować i przeskoczyć akcji, tylko ją zarejestrować.
To, co eleganckie (wnętrza, stroje, pojazdy), rzuca czar, ale nie powoduje przesytu. Zwiedzamy katakumby, galerie sztuki, wysmakowane wnętrza. Twórcy wyciskają z tych miejscówek maksimum klimatu. I chociaż Johna
Jednak kiedy jest „robota”, Wick zamienia się w grzmiącą armatę. Dandysi sznyt przegryza się tu z jatką, jakiej nie widzieliśmy w zachodnim kinie akcji od czasu Johna Rambo. Dzięki tym kontrastom obraz skrzy się żywą energią. W filmach akcji JAK jest często ważniejsze niż CO. Tutaj sprawność realizacyjna i umiejętne łączenie elementów sprawiły, że fabułę za funt kłaków przyrządzono niemalże wykwintnie.
Ten amerykański tytuł rozkłada akcenty na wzór kina azjatyckiego. Kłania się zwłaszcza John Woo, bez którego w ogóle trudno sobie wyobrazić współczesne filmy akcji. Twórcy Johna Podobnie jak zmarginalizowanie fabuły, która ma być wyrazista, lecz nie skomplikowana. Ścieżka dźwiękowa obu części Johna Wicka oferuje żywe i nieco mroczne rytmy elektroniczne, do których kapitalnie jest żonglować bronią różnego kalibru i strzelać pod najdziwniejszymi kątami na świecie.
Zabójcze emocje?
Wick prze do przodu, aż miło. A będąc etycznie usprawiedliwionym (w jedynce zabito mu psa, w dwójce został zmuszony do krwawej rozgrywki), bohater – a z nim widz – mógł się po prostu rozkoszować rozwałką. I jego zemsta stawała się naszą. Kino akcji ma pobudzać – hormony, emocje, przepływ krwi. Tutaj założenia zostały zrealizowane z nawiązką. Bohater nawiązał połączenie z widzem i zabrał go na rozróbę, która warta jest ceny biletu, a dodatkowo nieprędko wywietrzeje z pamięci.
Co będzie dalej?
John Wick raczej nam się jeszcze nie przejadł. To wciąż smakowity kąsek, jeszcze nie zgrillowany na wiór sequalemi, prequelami i grami. Stąd trzecia część, która podobno ma być pożegnaniem twórców z serią. Dobrze jest mieć swoją markę lub niszę – wie o tym choćby Tom Cruise, od lat udowadniający nam, że podejmie się każdej misji niemożliwej.
Na razie temat przysechł. Oficjalnie potwierdzono za to realizację serialu o hotelu Continental, w którym Reeves ma pojawić się gościnnie. Ja jednak czekam głównie na trzecią część, życząc twórcom, by nadal potrafili zachować odpowiednie proporcje pomiędzy wysmakowanym stylem i mięsistą strzelaniną, humorem i elementami dramatycznymi.
Świat serii jest na tyle spójny i intrygujący, że nadal ma spory potencjał. Wciąż niewiele wiemy ani o samym bohaterze, ani o zasadach rządzących universum. Oby tytuł zachował dużą moc rażenia, a twórcy trylogii zareagowali właściwie na jej – dla mnie praktycznie pewny – sukces. „Właściwie”, czyli jak? Posyłając Wicka na kolejną krucjatę.
