Publicystyka filmowa
WILLEM DAFOE. Genialny brzydal
WILLEM DAFOE. GENIALNY BRZYDAL to portret niezwykle utalentowanego aktora, którego demoniczny uśmiech i nieprzeciętne role fascynują od lat.
Jest prawdopodobnie jednym z najbardziej szkaradnych aktorów występujących obecnie w Hollywood. Jego demoniczny uśmiech przeraża do tego stopnia, że do dziś zastanawiam się, dlaczego Tim Burton nie zatrudnił go do roli Jokera w Batmanie (1989). Mało atrakcyjne fizys nie przeszkadza jednak Williamowi Jamesowi Dafoe, posługującemu się nabytą w dzieciństwie alternatywną wersją imienia Willem, w wieloletnim utrzymywaniu się na aktorskim szczycie. Jego nazwisko powinno rozpoczynać każde zestawienie gwiazd, które nigdy nie otrzymały Oscara, bo choć wiele z jego ról na to zasługiwało, Akademia jak dotąd nie przyznała mu statuetki.
Choć ma dopiero 62 lata, na sześćdziesięciolatka wyglądał już na wczesnym etapie kariery aktorskiej. Kreując swoje najsłynniejsze role w latach 80. miał zaledwie około trzydziestu lat, a prezentował się niczym mocno dojrzały mężczyzna. Jednak wbrew obiegowej opinii nie samym pięknem Hollywood stoi, dlatego wyrazistego, choć pozbawionego atrybutów amanta Dafoe szybko docenili uznani filmowcy. Zanim jednak to się stało, Willem poznawał uroki dorastania w Appleton, średniej wielkości mieście w północnym stanie Wisconsin. To tam, w miejscu, które wydało na świat wielu znanych zawodników baseballowych i futbolowych, urodził się 22 lipca 1955 roku William, jedno z ośmiorga dzieci państwa Dafoe, chirurga i pielęgniarki, którzy większość część swojego życia poświęcali pracy.
Szczęśliwie wychowaniem małego Willa zajęły się liczne siostry, co oczywiście nie pozostało bez znaczenia dla jego kontaktów z kobietami. „Najważniejsze związki, jakie miałem w życiu, były z kobietami” – mówił w wywiadzie dla Guardiana w 2009 roku, po premierze jednego z najbardziej kontrowersyjnych tytułów w jego filmografii, Antychrysta Larsa von Triera.
Ten pierwszy poważny związek był z Wendy Witt, z którą spotykał się przez dwa lata, ale to był dopiero początek – Willem, gdy już zaczął interesować się dziewczętami, dostał zielone światło od rodziców na „schadzki” w pokoju telewizyjnym rodzinnego domu państwa Dafoe. Nic dziwnego, że libertyńskie wychowanie pchnęło młodego Willema w stronę sztuki. Najpierw rozpoczął studia aktorskie na Uniwersytecie Wisconsin-Milwaukee, ale skostniały system edukacyjny szybko znudził ambitnego młodzieńca, który najpierw związał się z lokalną eksperymentalną grupą Theatre X, a po kilku latach przeniósł się do Nowego Jorku, by szlifować warsztat aktorski pod okiem Richarda Schechnera, prawdziwej legendy amerykańskiej awangardy teatralnej.
To w prowadzonej przez niego The Performance Group Willem poznał swoją pierwszą żoną, Elizabeth LeCompte, z którą przeżył blisko 40 lat. Były lata 70., a Dafoe do spółki z nową wybranką serca i Spaldingiem Grayem współtworzyli inną grupę teatralną, The Wooster Group, z którą Willem związany był aż do początków XXI wieku. Wtedy wszystko wskazywało na to, że Dafoe na stałe zwiąże się z teatrem – aż do początku dekady lat 80., kiedy to trafił na plan najnowszego dzieła Michaela Cimino, Wrót niebios (1982).
O tym, jak wielką porażką był ten epicki fresk, napisano już wszystko. Jednak nie tylko kariera reżysera ucierpiała z powodu tego przedsięwzięcia (po Wrotach niebios Cimino nie osiągnął już poziomu Łowcy jeleni, swego opus magnum,) – także debiut Dafoe na planie tego filmu okazał się całkowitym falstartem. Po trzech miesiącach ciężkiej pracy na planie został usunięty z Wrót niebios ze względu na kaprys reżysera. Jak przyznał po latach w jednym z wywiadów, powodem jego zwolnienia był… wybuch śmiechu podczas prób naświetlenia.
Choć trudno dziś w to uwierzyć, debiut Willema nie odbył się wówczas tylko ze względu na wybujałe ego zmarłego w 2016 roku Cimino. Właśnie z powodu tego niepowodzenia za właściwy debiut Dafoe uznaje się The Loveless (1982), dramat wyreżyserowany przez duet Kathryn Bigelow-Monty Montgomery, w którym Willem od razu wcielił się w główną rolę – i to od razu negatywną. Już w debiucie zatem ustalił trajektorię rozwoju swojej kariery – choć dwoił się i troił, by na swojej drodze zawodowej stosować płodozmian, do dziś pozostaje jednym z najbardziej oczywistych kandydatów do ról złoczyńców w Hollywood.
Od początku kariery Dafoe zaczął wpisywać się w definicję tzw. aktora charakterystycznego, a więc kogoś, kto bez względu na istotę roli zapada widzom w pamięć. Tak było w Ulicach w ogniu (1984) Waltera Hilla, gdzie ponownie był złoczyńcą (a w dodatku – podobnie jak w The Loveless – motocyklistą), tak też było w Żyć i umrzeć w Los Angeles (1985) Williama Friedkina, gdzie Dafoe wcielił się w rolę fałszerza pieniędzy.
Już wtedy Willem miał świadomość, że jego aktorskie emploi niebezpiecznie zmierza w kierunku zaszufladkowania, dlatego zrobił wszystko, by zdobyć rolę szlachetnego sierżanta Eliasa w Plutonie (1986) Olivera Stone’a, do dziś jedną z najbardziej emblematycznych w jego dorobku. W przedstawionym na ekranie wszechobecnym zepsuciu charakterystycznych dla wojny w Wietnamie, bohater wykreowany przez Dafoe jawi się jako daremny idealista, usiłujący wymóc na innych żołnierzach choćby elementarne poczucie moralności.
Dzięki twórczej wolności, którą otrzymał od Stone’a, mógł nareszcie zagrać postać pozytywną, choć nie zwycięską – swoiste fatum, wiszące nad sporą częścią bohaterów kreowanych przez Willema, to zresztą jeszcze jedna cecha charakterystyczna całego dorobku aktora z Appleton.
Rola w Plutonie przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara, ale podczas gali w 1987 roku zarówno Dafoe, jak i jego kolega z planu Tom Berenger musieli uznać wyższość Michaela Caine’a, który zdobył statuetkę w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy za Hannah i jej siostry Woody’ego Allena. Willem nie zamierzał się jednak obrażać na ten rezultat – zamiast tego postanowił jeszcze intensywniej pracować na sukces w zawodzie aktora.
Udało mu się osiągnąć to już po kilkunastu miesiącach, w 1988 roku, kiedy to na Willema spłynął splendor wcielenia się w postać samego Jezusa. Ostatnie kuszenie Chrystusa w tamtych czasach było absolutnym szczytem aktorskich dokonań – Martin Scorsese, uskrzydlony szeregiem udanych projektów komercyjnych, postanowił sięgnąć po tematykę, której z definicji bała się większość reżyserów.
Jeżeli ów projekt był ryzykowny dla uznanego reżysera, łatwo wyobrazić sobie, jak wielkim wyzwaniem Ostatnie kuszenie… było dla samego Dafoe. Co prawda chłopak z Wisconsin nie był pierwszym wyborem reżysera – przed nim w kolejce byli Aidan Quinn, Eric Roberts (!) i Christopher Walken – ale oferował maksimum zaangażowania i poświęcenia – ponoć scenę wtargnięcia węży do chaty Jezusa Willem odegrał z najwyższą starannością mimo obezwładniającej gorączki. Niewielu aktorów z ówczesnego Hollywood byłoby w stanie wziąć na barki tak obciążoną kulturowo i symbolicznie rolę, tymczasem dziś oglądając Ostatnie kuszenie… nie sposób wyobrazić sobie, by w filmie Scorsese Chrystusa mógł zagrać ktoś inny niż Dafoe.
Rok 1988 był dla Willema szczególny, bowiem zagrał wówczas jeszcze jedną bardzo ważną rolę, dziś wymienianą wśród jego najlepszych dokonań. W Missisipi w ogniu Alana Parkera wcielił się w rolę agenta FBI, usiłującego rozwiązać zagadkę zabójstwa na tle rasowym. W thrillerze Parkera partnerował Gene’owi Hackmanowi, który za swoją kreację otrzymał nominację do Oscara. I choć Dafoe nie został wyróżniony w podobny sposób, ta rola miała dla niego niezwykłą wartość – dowodziła bowiem, że Willem przekonująco wypada nie tylko jako szwarccharakter. Dekadę lat 80. zamknął ponowną współpracą z Oliverem Stone’em na planie Urodzonego 4 lipca oraz rolą greckiego Żyda, który „wyboksował” swoje ocalenie z obozu koncentracyjnego w Triumfie ducha Roberta M.
Younga (oba filmy z 1989 roku). O ile tamto dziesięciolecie było dla Dafoe niemal nieustannym pasmem sukcesów i konsekwentną pracą na nazwisko w Hollywood, ostatnie lata XX wieku nieco wyhamowały rozwój jego kariery. Jeszcze w 1990 roku w Dzikości serca Davida Lyncha wcielił się w jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w swoim dorobku, obrzydliwego gangstera Bobby’ego Peru, ale w kolejnych latach – mimo regularnego pojawiania się na ekranie w głośnych produkcjach i małych projektach – stworzył mniej pamiętnych kreacji.
Ktoś wspomni żołnierza Johna Clarka z klasycznego sensacyjniaka Stan zagrożenia (1994) Phillipa Noyce’a, inni wymienią postać hakera-złoczyńcy z niesławnego Speed 2: Wyścig z czasem (1997) Jana de Bonta, ale nie były to role pokroju sierżanta Eliasa z Plutonu. Chyba dopiero kreacja w skądinąd kultowych Świętych z Bostonu (1999) Troya Duffy’ego, gdzie wcielił się w szalonego, homoseksualnego agenta FBI, wydobyła z Dafoe właściwe mu pokłady charyzmy.
Przełom tysiącleci był zresztą wyjątkowo udanym okresem w karierze, gdyż właśnie wtedy – a dokładnie w 2000 roku – stworzył najbardziej docenioną przez najróżniejsze gremia rolę. W Cieniu wampira mało znanego reżysera Edmunda Eliasa Merhigego wykreował postać Maxa Schrecka, człowieka, który wcielił się w rolę hrabiego Orloka w klasycznym dziele grozy Nosferatu: Symfonia grozy Friedricha Wilhelma Murnaua. Cień wampira jest fabularyzacją procesu tworzenia tego filmu, a postać Schrecka została tu ukazana jako istna fantasmagoria, wampiryczne wcielenie rzeczywistego aktora.
Dafoe brawurowo wydobył z tej kreacji całą grozę i gotycki charakter, a wraz z Johnem Malkovichem jako F.W. Murnauem stworzyli znakomity duet aktorski. W nowe tysiąclecie dobiegający do pięćdziesiątki Willem wkraczał więc z podniesionym czołem, z optymizmem patrząc w przyszłość. Wkrótce ponownie trafił do świadomości masowej widowni (Cień wampira miał bardzo wąską dystrybucję) za sprawą swego komiksowego wcielenia – w Spider-Manie (2002) Sama Raimiego stworzył demoniczną postać głównego złoczyńcy Normana Osborna vel Green Goblina, dopisując do swego dorobku jeden z największych sukcesów kasowych.
Dwa lata później Podwodnym życiem ze Stevem Zissou zapoczątkował współpracę z Wesem Andersonem, z którym zrealizował dotąd trzy filmy – dokładnie tyle, ile do dziś udało mu się zrealizować z Larsem von Trierem, u którego debiutował w 2005 roku w Manderlay, by cztery lata później stworzyć znakomitą kreację w kontrowersyjnym Antychryście. Ostatnich kilka lat to w zasadzie ciągłe potwierdzanie klasy przez Dafoe – bez względu na to, czy jest Pasolinim u Abla Ferrary, poluje na tygrysa tasmańskiego w eko-thrillerze Łowca (2011) Daniela Nettheima czy jest podejrzanym o Morderstwo w Orient Expressie (2017), Willem to aktor, który nie pozwala sobie na słabszą formę.
Jego aktorskich losów nie sposób streścić w kilu zdaniach – od momentu debiutu zagrał w ponad 90 filmach pełnometrażowych, kilku krótkich formach, wielokrotnie użyczając także swojego głosu w animacjach i grach komputerowych – wśród tych pierwszych wymienić należy przede wszystkim Gdzie jest Nemo? (2003) oraz Gdzie jest Dory? (2016), z tej drugiej kategorii wart wspomnienia jest przede wszystkim tytuł Beyond: Two Souls, najbardziej filmowa z gier, w której Willema można nie tylko posłuchać, ale także „obejrzeć”, bowiem Beyond to jedno z najwspanialszych dokonań techniki motion capture (główną rolę w grze zagrała Ellen Page). Nie można też zapominać o wyczynach Dafoe w reklamach, w których zagrał m.in. samego diabła, a nawet… Marilyn Monroe. W dorobku chłopaka z Wisconsin, który niegdyś wyleciał z liceum za próby nakręcenia filmu porno, znajdują się dziesiątki fenomenalnych ról – także tych niewielkich, kilkuminutowych. Ów brzydal z Appleton ma w sobie pewną rzadko spotykaną cechę – wystarczy, by jedynie przemknął przez ekran, a bezpowrotnie zapada w pamięć każdego widza.
