Publicystyka filmowa
7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH współczesnych FILMÓW
W 7 GRZECHACH GŁÓWNYCH współczesnych FILMÓW odkrywamy, jak kino XXI wieku zmaga się z pychą i innymi grzechami artystycznymi.
Wszyscy je popełniamy. Każdy jest coś winien – nie tylko pieniądze za nielegalną kulturę. Kino także nie jest od nich wolne – zwłaszcza to współczesne, a przede wszystkim (acz nie tylko) amerykańskie, które trochę zboczyło z właściwej ścieżki. Oto siedem grzechów głównych X muzy XXI wieku. Na luzie.
I. Pycha twórcza
Nie ma co się oszukiwać – większość artystów to z natury próżni ludzie. Są jednak wśród nich tacy reżyserzy (nie będę wskazywał palcami, Quentin), którym wystarcza obecnie praktycznie sama siła nazwiska, a nie jakość i waga gotowego dzieła. Co by nie nakręcili, to i tak wynoszeni są pod niebiosa – szczególnie gdy w parze z tym artystycznym mają zagwarantowany też sukces kasowy (bracia Russo zapewne długo jeszcze będą pupilkami Disnervela*, choć naprawdę nie widzę różnicy pomiędzy nimi a innymi nazwiskami odbijającymi tam karty). I jeśli ktoś odważy się na jakąkolwiek krytykę ich dzieł, w starciu z zastępami oddanych fanów jest z góry skazany na porażkę.
Tacy twórcy szybko wpadają w sidła własnego stylu, przekonani o swojej nieomylności, której towarzyszy wolna ręka w osiągnięciu upragnionego celu, odpowiednio rozbuchany budżet i gwarancja, że nikt im się nie będzie wpychał z butami w ostateczny wygląd filmu. Wszystko to w pewnym momencie kończy się przerostem formy nad treścią oraz niemającymi końca seansami, które odbijają się widzowi czkawką (patrz też: Nieumiarkowanie). A jeśli taki delikwent jest dodatkowo swoim szefem (wszystkich szefów), to mamy praktycznie gwarantowane, że prędzej czy później na dobre utonie we własnej zajebistości – jak „nasz” Mr.
Vega czy zaginiony w akcji na Pandorze Cameron, James Cameron. Ale, żeby nie było, pycha ma także swoje dobre strony. Pozwala uwierzyć, iż nawet najbardziej mizerny projekt nabierze kolorków dzięki pewnym nazwiskom. I że sequele Avatara nadal mają sens…
II. Chciwość zadowolenia wszystkich
Ergo żądza pieniądza. Filmy od zawsze próbowano wszelkimi sposobami przystosować dla jak najszerszego grona odbiorców. W końcu liczba zer na koncie musi się zgadzać, żeby było za co kręcić kolejne produkcje. Dawno już jednak kina nie robiono tak mocno pod publiczkę, jak teraz. Z jednej strony mamy przestrzegane jak mantrę (i niestety wygląda na to, że nieśmiertelne) PG-13, czyli w teorii coś zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Tym sposobem poważne historie są wypełniane śmieszkami albo tonowane przez wzgląd na najmłodszych i tak naprawdę nie nadają się ani dla jednych, ani dla drugich.
Z drugiej strony twórcy włażą w tyłek każdej możliwej grupy etnicznej i/lub mniejszościowej. W końcu jak na drugim planie przemknie jakiś Hindus, to na film pójdą całe Indie. A jak część akcji nagle umieścimy w Chinach, to Państwo Środka zwróci nam rozbuchany budżet. A gdy zamiast faceta po mordach lać będzie chuda jak patyk baba, to wszystkie laski z automatu dodadzą film do ulubionych i umieszczą go w swojej domowej biblioteczce. Prawda? Coraz częściej powstaje więc nie film z prawdziwego zdarzenia, ale istna wieża Babel za zdecydowanie zbyt dużo pieniędzy. Produkt działu marketingu, w którym ważniejsze są procenty udziału oraz dobry wizerunek wszystkich przedstawionych kolorów tęczy i skrótów literowych długości całego alfabetu aniżeli dobra historia – a to właśnie ona przede wszystkim ujmuje widownię. Każdego typu.
III. Nieczystość gatunkowa
Drzewiej jakoś łatwiej było sklasyfikować dany film. Jak coś było horrorem, to było horrorem, nawet jeśli zawierało elementy dramatu lub towarzyszyły mu mało subtelne żarty. A jak coś było komedią, to było komedią, nawet taką o duchach. Obecnie co drugi film jest jak szampon trzy w jednym (a nawet pięć w jednym), czyli usuwa łupież, odżywia włosy, sprawiając, że zawsze są lśniące i puszyste, oraz łagodzi podrażnienia skóry.
A do tego wali mango czy innym kokosem przez cały tydzień od umycia. No cóż, na pewno lepsze to od niebiorącego jeńców (ani włosów) szamponu „Samson”, jednak wraz z wcześniejszym grzeszkiem tylko podwaja ekranowy chaos. A wraz z nim również zagubienie widza, który idąc na gatunkowego mieszańca, nie wie, czy w danej scenie ma śmiać się, bać się czy może płakać. A może wszystko naraz? Prawdziwy, kurka, Midsommar mózgu…
IV. Zazdrość o widza
Pozornie niewidzialna, ale tylko do pewnego momentu – najczęściej premiery filmu albo chociaż jego zajawki (obecnie poprzedzanej szumnie trailerem jej samej – najwyraźniej zaszliśmy już tak daleko w ewolucji, że musimy zwiastować zwiastuny przed zwiastunami). Wyścig o kasę jest oczywisty, ale wykracza już daleko poza zdrową konkurencję typu: „wypuśćmy nasze filmy w podobnym terminie i niech wygra lepszy”. Teraz wszak nie ma lepszych per se. Są tylko lepiej rozreklamowane, precyzyjniej wycelowane, trafniej dopasowane do gustów oraz trendów, którym włodarze fabryki snów zdecydowanie zbyt łatwo ulegają, zamiast sami je tworzyć bądź wyznaczać nowe.
Stąd obecne na porządku dziennym (i w sumie w jakiś sposób naturalne od zarania filmowych dziejów) podkradanie lub przerabianie pomysłów konkurencji, ale też liczne dokrętki i uskuteczniane na ostatnią chwilę, gorączkowe przemontowywania filmów wskutek obserwacji odbioru dzieł rywali. Wszak jeśli publika pokochała ich luzacki sposób narracji, to podobnie powinniśmy postąpić w naszym całkowicie poważnym dramacie (historyczno-fantastyczno-przygodowo-rysunkowym). No cóż, jak to dobrze, że Robocop czy inna Gorączka nigdy nie musiały konkurować z Marvelem. ..
* – wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie zabronione.
V. Nieumiarkowanie w metrażu, budżecie i efektach
Odkąd filmowcy zachłysnęli się możliwościami CGI, tradycyjne kino na swój sposób obumarło. Dawniej wrażenie robiły (i czasem nadal robią) pojedyncze eksperymenty, w które ładowano kupę czasu, planów i forsy, a które stanowiły prawdziwą wisienkę na torcie danego dzieła. Nierzadko przełomowe efekty były dodatkową wartością, potrafiącą tchnąć więcej życia w opowiadaną historię albo po prostu odpowiednio ją uatrakcyjnić. Obecnie to forma przesłania treść kosztujących krocie superprodukcji. Forsa wyrzucona na komputerowe animki miotające się po sztucznym tle, czasami jedynie uzupełnionym klasycznymi efektami, coraz rzadziej skutkuje przełomami, przed którymi chce się pochylić czoła. Bo choć nie spytamy już o to, jak oni to zrobili (wiadomo, że na kompie), to pojedyncze efekty wciąż potrafią zrobić wrażenie, nawet jeśli nie różnicę. To jednak tylko wyjątki.
Zdecydowaną większość blockbusterów można określić jako kolorowe pierdololo, od którego boli głowa, dupa oraz oczy. Wraz z parciem wielkich studiów na jednolitą, przefiltrowaną przez komputer kolorystykę oraz samplowane ścieżki dźwiękowe każdy kolejny film za „500+” brzmi i wygląda bliźniaczo podobnie. I przez to żaden nie jest już w stanie zadziwić wizualnie. Powoli robi się to męczące. Zwłaszcza że natłok efektów idzie teraz w parze z:
a) coraz dłuższymi, przesadzonymi fabułami;
b) coraz wyższymi kosztami produkcji (które użycie komputera miało ponoć zaniżać).
Odkąd trylogia Władcy Pierścieni i pierwsi Piraci z Karaibów osiągnęli spektakularny sukces, mało który hit kasowy schodzi poniżej (kiedyś magicznego) czasu dwóch godzin. Dziś dwie i pół do trzech godzin staje się standardem – smutnym o tyle, że z reguły to właśnie o te pół można by takie dzieło spokojnie skrócić i niewiele na tym stracić. W nich to twórcy dwoją się i troją, aby nasadzić tych twistów, naszpikować prostą historię idiotycznymi zwrotami akcji, najczęściej pasującymi do głównego wątku jak pięść do nosa, oraz całą masą innych iście lunaparkowych atrakcji.
Standardem są też lecące w górę niczym rakieta Muska finanse. Czasy, w których prasa szumnie rozpisywała się o gigantycznych budżetach 150 milionów dolarów, możemy obecnie wspominać z nostalgią. Teraz jest to suma startowa, a najgorętsze tytuły potrafią kosztować (wraz z promocją, z reguły mierną) po kilka razy więcej. Jeśli więc jakiś letni hit nie przyniesie dziś miliarda zielonych wpływów, to można pisać o spektakularnej klapie. Co się stało z powiedzeniem „mniej znaczy więcej”, chyba nikt już nie pamięta.
VI. Gniew społeczny
Wrażliwość artystów na zmiany świata codziennego to rzecz nieuchronna, a nawet konieczna – w końcu choćby całe lata 70. opierają się właśnie na takim zacięciu, a jest to jeden z najlepszych okresów kinematografii. Jednak co innego ukucie całego nurtu politycznych thrillerów, pomimo poruszania trudnych spraw pozostających doskonałą, trzymającą w napięciu rozrywką, którą rezonująca w kadrach rzeczywistość jedynie rozgrzewa, a co innego jawne odnoszenie się do polityki i tym podobnych problemów tam, gdzie nie ma na to miejsca.
Co innego ukryte komentowanie rzeczywistości za pomocą mniej lub bardziej zmyślnych alegorii spod znaku fantastyki – jak to miało miejsce w latach 50. – lub traktowanie filmów akcji jako radosnej propagandy (lata 80.), a co innego usilne wciskanie trendów w zupełnie niepotrzebnych, a wręcz i oderwanych od fabuły scenach, nawet w najbardziej odległych historiach z innej galaktyki. Co gorsza, filmy XXI wieku nie mają pod tym względem żadnej charakteryzującej je tożsamości, nie układają się w konkretny nurt (za taki trudno wszak uznać spóźnione o kilka dekad feministyczne wyn(at)urzenia).
W końcu, że tak zacytuję klasyka, to tylko parki rozrywki, a nie rozprawka dziejowa. Te aspirujące do miana uniwersalnych i ponadczasowych powinny być zatem, jeśli mogą, wolne od podobnych ozdobników. Albo przynajmniej udawać, że mają one fabularne znaczenie, a nie są jedynie powodującą konsternację próbą łechtania na odległość cudzego ego (patrz też: Chciwość).
VII. Lenistwo fabularne
Ostatni grzech mówi sam za siebie. Skoro na ekranach królują głównie tworzone fabrycznie superbohaterskie uniwersa albo różnego sortu wyciąganie trupów z szafy w postaci remake’ów, sequeli, prequeli, spin-offów, rebootów, ponownych adaptacji książek…, to trudno się dziwić, że dominują odgrzewane historie i pretekstowa treść, która nadrabiać ma przede wszystkim formą lub wykonaniem (z czym też jest czasem problem). Choć takiemu stanowi rzeczy nie są winni scenarzyści, to główną bolączką współczesnych blockbusterów jest nierzadko właśnie scenariusz – pokraczny, bo ulepiony z tysiąca różnych wątków i przepisywany na czas (i na raz) przez trzydzieści różnych osób, w ostateczności nie trzyma się kupy.
Wszelkie oryginalne pomysły z miejsca magluje się bowiem na tysiąc różnych sposobów i usilnie próbuje uatrakcyjnić w taki sposób, że im bliżej premiery, tym bardziej przypominają one kolejny wyprany w Perwollu produkt dla mas – pełen bezpiecznych schematów, przewidywalny, nudny. I oczywiście naszpikowany wszystkimi poprzednimi grzeszkami.
No cóż, jak widać, Hollywood to prawdziwe siedlisko zła. Dobrze, że mamy jeszcze resztę świata…
