Publicystyka filmowa
6 FILMÓW DO OBEJRZENIA W ŚWIĘTA zamiast „Kevina samego w domu”
Odkryj świeże tytuły, które umilą świąteczny czas! Zamiast „KEVINA SAMEGO W DOMU”, wybierz zabawne i zaskakujące filmy!
Musimy porozmawiać o Kevinie. Nie on jeden na tym świecie zapewnia rozrywkę i moc wrażeń. Kto połknął przynętę i nie umie odstąpić od corocznego seansu, może chociaż – dla kontrastu – włączyć potem coś z naszej listy. Kto Kevina ma dość i chce wejść w świat mniej klasycznych atrakcji filmowych, znajdzie tutaj szereg smaczków, które nieco rozproszą pluszowo-cukierkowy klimat telewizyjno-reklamowej rzeczywistości. Przed wami tytuły zabawne, zadziorne, pokręcone i nieco zapomniane, a zapewniające kawał soczystej rozrywki. Niewykluczone, że odnajdziesz tu filmy, o których istnieniu zdążyłeś zapomnieć. Uwaga, klną i biją! Dodatkowo – destrukcja oraz zachowania nieobyczajne!
Klasa 1999 (Class of 1999, 1990), reż. Mark L.Lester. Młodzież już nie ta
Niedaleka przyszłość. Zdeprawowana, agresywna młodzież staje się problemem społecznym. Pewna korporacja produkuje rozwiązanie: cyborgi mają zastąpić ludzkich nauczycieli. Do trudnej szkoły zostaje oddelegowana trójka pedagogów – sprawnych, twardych, zaprogramowanych na utrzymanie dyscypliny. Każdy oporny uczeń dostanie teraz lekcję życia.
Film nakręcony przez twórcę hitu Komando z Arnoldem Schwarzeneggerem i obrazu Klasa 1984 z 1982 roku, będący tematyczną kontynuacją tego ostatniego. O ile jednak w tamtej Klasie starał się Lester trzymać względnego realizmu – dość chropawego zresztą – to tutaj popuszcza cugle wyobraźni. I chyba jest to jego bardziej szczere oblicze. Już w poprzednim tytule widać było, że ponad obyczajowe scenki rodzajowe i socjologiczny komentarz przedkłada twórca epatowanie przemocą i niezłą zadymę, ale dopiero tutaj przypomina nam, że fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego.
Szkielet SF opina więc brutalne kino akcji i historyjkę o młodzieży. Dzieciaki są tu faktycznie trudne, ale chce im się kibicować, za to prawdziwą petardę stanowią syntetyczni nauczyciele. Panią od chemii gra Pam Grier (Jackie Brown), nauczyciela W-Fu Patrick Kilpatrick (“zła twarz” drugiego planu) historyka – John P. Ryan (wyłupiastooki weteran ekranowej psychopatii; choćby Siła pomsty). Aktorski sos doprawiają Malcolm McDowell i Stacy Keach. Kto nie chciałby chodzić do takiej szkoły? A trzeba dodać, że androidzie oblicza są – jak na kino małego budżetu – miłe dla oka i wiarygodne. Ten film sprawia radość. Jest bezpretensjonalny, ostry i pełen akcji. Szorstki jak papier ścierny klimat pozwoli wam zapomnieć o inwazji życzeń i magii świąt.
Sajgon (Off Limits, 1988), reż. Christopher Crowe. Wojna w Wietnamie, psychopata i przeklinający Willem Dafoe
Wietnam, rok 1968. Dwóch policjantów wojskowych prowadzi śledztwo w sprawie okrutnych morderstw popełnianych na prostytutkach.Wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest wojskowa szycha ze strony amerykańskiej. Im głębiej wchodzą w tę sprawę, tym niebezpieczniej się robi.
Ten film to jakby serial JAG – Wojskowe Biuro Śledcze podrasowany sążnistą dawką przemocy i wulgaryzmów. Tak, w Sajgonie język jest nader “uliczny”, a wojna jest tylko tłem (bardzo efektownym) dla dochodzenia. Mamy tu pozycję bez większych ambicji, za to kapitalnie podaną. Spluwy, testosteron, tajemnice i sporo napięcia, podbijanego solidną muzyką Jamesa Newtona Howarda – oto atuty Sajgonu. Odznaki, trupy, helikoptery, raporty, groźne miny, prostytucja – wszystko podane na serio i na surowo, na tle miasta kipiącego od niepokoju.
Cudowna mila (Miracle Mile, 1988), reż.Steve De Jarnatt. Requiem dla ejtisów
Harry, everyman około trzydziestki, zakochuje się. Jednak nie dane mu będzie poznawać Julie w komfortowych warunkach, bo mężczyzna dowiaduje się o nadchodzącej zagładzie nuklearnej. To, co miało być randką, zamieni się w dziką ucieczkę przed zagrożeniem.
Ten tytuł przypomina nieco Po godzinach Martina Scorsesego, ale jest od niego znacznie mniej popularny. Niesłusznie. Cudowna mila stanowi – pomimo porównań – pozycję cholernie oryginalną i rzucającą duży czar. Ciężko określić jej gatunek, trudno też przewidzieć rozwój wydarzeń. Dość powiedzieć, że obraz uwodzi kapitalnym klimatem. Jest jednocześnie tajemniczo, groźnie i w zgodzie z duchem epoki “ejtis”. Nie ma tu wielkich gwiazd, ale w zamian dostajemy twarze, które znamy z drugiego planu wielu ikonicznych pozycji.
Jest sierżant z Robocopa, zbir z Kobry, psychiatra z Terminatora czy aktorka znana z serialowego Star Treka. Głównego bohatera kreuje Anthony Edwards, znany jako Goose z Top Gun. Nastrój niepewności wzmaga ścieżka dźwiękowa Tangerine Dream, zespołu, który jak mało kto czuł puls epoki. ? Lubicie filmy nieoczywiste? Sądziliście, że Melancholia von Triera to najbardziej dziwaczna zagłada, jaką widziało kino? Cudowna mila wciąż czeka na odkrycie.
Galaktyka grozy (Galaxy of terror, 1981), reż. Bruce D. Clark. Galaktyka skojarzeń
Na planetę Morgantus przybywa ekipa ratunkowa, mająca sprawdzić, co się stało ze statkiem, który wcześniej tam zniknął. Ekipa odkrywa piramidę, która ma niezwykłą właściwość: materializuje najgłębiej skrywane lęki każdego człowieka.
Uwaga, zaskrzy się od grubych nazwisk! Film wyprodukował legendarny Roger Corman, a przy scenografii pracował James Cameron, późniejszy “król świata” i spec od hitów, które roznoszą w pył wszelką konkurencję. Nazwiska te przytaczamy nie tylko z kronikarskiego obowiązku, ale dlatego, że silnie naznaczyły tę pozycję. Duch Cormana wyraża się w B-klasowym tchnieniu całości, z udziałem nadrzędnej zasady “musi być przemoc i cycki”, a tego drugiego – poprzez patenty scenograficzne, które powrócą potem zarówno w Obcych – decydującym starciu, jak i Terminatorze. Dość powiedzieć, że Morgantus – choć zbudowana niewielkimi środkami – przykuwa naszą uwagę. To samo można powiedzieć o tym niezbyt oryginalnym i trochę pokracznym filmie. Zobaczymy w nim kilka niezłych scen na tle surrealistycznej scenografii (jedna z nich naprawdę szokuje i jednocześnie w dziwaczny sposób koresponduje z motywem z Obcego, z którego zresztą zrzyna się tu na metry) i – jakimś cudem – poczujemy tchnienie NIEZNANEGO.
Ambulans (The Ambulance, 1990), reż. Larry Cohen. Eric Roberts, komiksy i karetka śmierci
Josh Baker rysuje komiksy i pała entuzjazmem do dziewczyny, którą często mija na ulicy. Kiedy próbuje z nią porozmawiać, ta zostaje zabrana do szpitala. A przynajmniej na to wygląda – aż do momentu, kiedy okazuje się, że tak naprawdę rozpłynęła się w powietrzu. Josh postanawia ją odnaleźć.
Scenarzysta Maniakalnego gliniarza i reżyser Substancji dobrze wykorzystał lęk, jaki potrafią wzbudzać ambulanse. Znany spec od kina klasy B tym razem nie zachlapał ekranu szlamem i paranormalną czy kosmiczną inwazją, co nie znaczy, że zaproponował nam jakąś Listę Schindlera. Ambulans to tytuł o walorach relaksacyjnych. Eric Roberts jest tak nadekspresyjny i ma tak złą fryzurę i ciuchy, że nikt na pewno nie zaśnie. James Earl Jones – głos Dartha Vadera – jako doświadczony glina, który wciąż je chipsy, wnosi na pokład odpowiednią dawkę charyzmy. W epizodzie pojawia się Stan Lee – twórca komiksowego imperium. Poza tym rządzi tutaj tytułowy pojazd (świecący w środku złowieszczym zielonym światłem), który wygląda efektownie i budzi niepokój. Całość za to ma rys charakterystyczny dla czasów kasetowego boomu. Muzyka i zdjęcia są takie sobie, ale jako lekki thriller z paroma niezłymi gagami rzecz prezentuje się naprawdę zacnie.
Inwazja na USA (Invasion U.S.A, 1985), reż. Joseph Zito. Rosyjska agresja i kontratak Chucka
Komuniści terroryści – za forsę z handlu narkotykami – organizują masowy atak na USA. Wysiadają w nocy z łodzi na plażach, gdzie przesiadają się do ciężarówek, i ruszają siać zniszczenie i chaos. Nie dość, że uderzają w okresie bożonarodzeniowym, to jeszcze szargają wszelkie inne świętości: atakują kościół, centrum handlowe, karuzelę i przyozdobione światełkami domy zwykłych rodzin. Zabijają też kolegę Chucka Norrisa. Ten ostatni, jako były spec CIA i odwieczny wróg hiper psychola terrorysty, ruszy odbić kraj.
Nie jestem fanem filmów z Norrisem, ale Inwazja zbiera, kondensuje i podkręca wszystko to, co kochamy w kinie akcji. Jest to więc złoty strzał w dziesiątkę wśród obrazów o herosach. Pruje się tu tyle, że Szklana pułapka zdać się może jakimś zwiewnym haiku. Chuck z pomocą dwóch Uzi naraz broni kapitalizmu, reklamując stanowczość, dżinsy i hetero. Doprawia one-linerami. Fajni są bad guye Inwazji: Richard Lynch i Billy Drago, ugębieni od lat w tego typu postaciach, a dzięki temu budzący natychmiastową nostalgię.
Technicznie film jest ledwie poprawny, ale kto by się tym przejmował, oglądając propagandową operę z partiami na granatniki, czołgi i szorstką swojskość Chucka? Za tę dziką jazdę odpowiada wytwórnia Cannon, znana z przenoszenia na ekran snów 12-latków.
