Recenzje
AMERYKAŃSKI CYBORG. Kino o robotach to nie tylko „Terminator” czy „Robocop”
Przesłanie Amerykańskiego cyborga to miłość, płodność i nadzieja dla każdego.
Tekst z archiwum Film.org.pl (13.06.2017)
W latach dziewięćdziesiątych roboty i cyborgi miały się dobrze. Fani wideokaset lubili je na równi z twardymi glinami, psychopatami i wojownikami karate. Co miesiąc wychodziły nowe filmy o maszynach wyglądających jak ludzie, ale będących wcieleniem destrukcji. Czy to na skutek programu, usterki czy też buntu, postrzegały człowieka jako wroga. Inna sprawa, że twórcy filmów nierzadko doprowadzali do pomieszania pojęć. Cyborg to istota ludzka z wszczepionymi elementami mechanicznymi. Android – robot stworzony na podobieństwo człowieka. Filmowcy często zapominali o tym rozróżnieniu, tytułując cyborgami byty całkowicie mechaniczne.
Widzom jednak to nie przeszkadzało. Termin „cyborg” elektryzował, być może dlatego, że niektórzy posiadali w domu np. robota kuchennego, ale nikt nie miał tego pierwszego. Półki z kasetami uginały się od okładek z okablowanymi mięśniakami z bronią – na tle wybuchów czy układów scalonych. Słowo „cyborg” – użyte właściwie czy nie – połyskiwało metalicznie. Cyborgi i roboty fascynowały, bo były bezwzględne i skuteczne. Zimne. Nieludzkie. Moda nie zaowocowała jednak sznurem pereł z gatunku SF.
Przypominacie sobie te obrazy o cyborgach/robotach, które uświetniły swym udziałem gwiazdy kina karate? Matthias Hues jako Cyfrowy Człowiek w dziele o tym samym tytule lub Don „The Dragon” Wilson w Elektronicznym łowcy pokazali, jak skopać taką produkcję. Bardzo często maszyny łączyło się też z klimatami postapokaliptycznymi, a więc akcja toczyła się na zdewastowanej ziemi, w świecie zdominowanym przez śmierć i rozpacz.
Zabrali nas do świata niedalekiej przyszłości. Mamy czasy po wojnie atomowej. Ludzie, którzy ją przetrwali, żyją w ruinach zdewastowanych miast, wykańczani przez głód i choroby. Ich egzystencję nadzorują wszechobecne maszyny, które przejęły kontrolę nad światem. Gatunek ludzki nie stanowi już dla nich zagrożenia – jest bezpłodny i wkrótce sam wymrze. Pojawia się jednak Maria – ostatnia płodna kobieta, przy czym jej płód nie rozwija się w brzuchu, lecz w słoiku. W tym świecie to i tak prawdziwy sukces.
Film wypuściła legendarna firma Cannon. To oni odpowiadają za Amerykańskiego ninję, Exterminatora, Cobrę, Krwawy sport – od stosunkowo tanich (częściej) po dość wystawne (rzadziej) tytuły. Cannon celował w proste, rozrywkowe filmy. Gdyby nie oni, życie wielu dzisiejszych trzydziestoparolatków wyglądałoby inaczej. Wiecie już, w co wchodzicie?
Zacznijmy od bohaterów. Maria wygląda jak wcielenie empatii i ma najładniejsze włosy spośród wszystkich w filmie. Duże zęby, oczy, piersi i wargi tworzą w niej całkowicie harmonijne połączenie, zwieńczone wielkim sercem. Jej wybawca to po prostu kolejny wariant Maxa Rockatansky’ego z Mad Maxa, czyli facet, który nie ufa nikomu i po prostu stara się przeżyć.
Zła maszyna nie budzi większej grozy. Cyborg (będący w istocie androidem) ma wąsy i chociaż teoretycznie ma być wyzuty z ludzkich reakcji, to chwilami warczy i widać, że nasza parka bardzo go irytuje. To pan z narzędziowego udający androida. Chyba zna karate i ma system celowania przeszczepiony od Terminatora, ale strzela fatalnie – no, przynajmniej wtedy, kiedy otwiera ogień w stronę Austina i Marii.
W ogóle cały ten film to przeszczep i jako taki musi być traktowany. Świat przedstawiony stanowi koktajl obrazów z Mad Maxa, Cyborga i wielu innych postapo. Mam wrażenie, że i Łowcy androidów można się tu dopatrzeć – te zawilgocone pomieszczenia, te snopy świateł… Najbardziej zadłużony pozostaje jednak u Terminatora i w różnych innych mesjanistycznych historiach.
Aż dziw, że w telewizji nie puszczają tego obrazu w każde Boże Narodzenie. Historia jest pełna dramatyzmu, co dodatkowo akcentuje muzyka. Mamy tu soundtrack zamawiany na metry, a jednak angażujący. Odnajdziemy w nim motoryczne motywy w rodzaju krztuszącego się silnika – taki industrialny brzeszczot – i heroiczny temat przewodni, w którym czuć zarówno poryw ducha, jak i nadzieję oraz żarliwą wolę walki. Poza tym pełne smutku chórki i szarpiące nerwy gitarowe riffy, żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy w naprawdę barwnym muzycznym second handzie.
A jak wypadła kreacja świata postapo? Tereny pofabryczne, trochę gruzu i jakieś ścieki budują tło wystarczająco przekonujące, żebyśmy to wszystko kupili i nie zadawali pytań. Efekty specjalne to ręczna robota – tania, ale przyzwoita. Będzie sporo strzelania, parę wybuchów i właściwie ciągły bieg. Wątek miłosny (tylko nie mówcie, że dla kogoś jest to spojler!) wykluwa się w pędzie. Wąsaty strzela, oni uciekają, coraz bardziej zakochani; dziecko podskakuje w plecaku, plastelinowe jak diabli, ale pełne dziwnego blasku.
Można więc powiedzieć, że pedał kina akcji dociśnięto do dechy. Twórcy zadbali też o kilka niespodzianek i odpowiednią dawkę wzruszeń. Davidson nakręcił wcześniej choćby skrajnie niepoważne Lody na patyku, pełne nagości i niestabilnej hormonalnie młodzieży. Owa szczeniacka komedia, która za czasów VHS rozpalała wyobraźnię widzów do czerwoności, przedstawiała relacje damsko-męskie w sposób płaski, jednoznaczny i mało budujący. Tym razem reżyser dał światu film o uczuciach wyższego rzędu i wyzwaniach większego kalibru niż podglądanie nagich dziewcząt pod prysznicem.
Przesłanie Amerykańskiego cyborga to miłość, płodność i nadzieja dla każdego. Wrażenia po seansie są nader pozytywne. Takiej wiary w proste wartości, takiego pędu w stronę życia, lepszego jutra, takiej nadziei pokładanej w dzieciach nie widziałem od czasu programu pięćset plus, a w kinie od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to filmy nie bały się prostych uczuć i kreowania czystych postaci. Dziś wszystko wygląda inaczej: każdy Bourne, Bond czy Batman musi być mroczny, zaskorupiały i obojętny na cud narodzin.
Propozycja wytwórni Cannon przypomni wam, że niewielki budżet nie oznacza rezygnacji z silnych emocji, a kino o robotach to nie tylko Terminator czy Robocop. Jeśli w trakcie seansu nie poczujesz wzruszenia, pewnie jesteś maszyną.
Za seans dziękuję Michałowi.
korekta: Kornelia Farynowska
