Publicystyka filmowa
5 NAJLEPSZYCH filmów SCIENCE FICTION 2019 roku
Odkryj jedne z NAJLEPSZYCH filmów SCIENCE FICTION 2019 roku, które zaskakują świeżością i ciekawym podejściem do gatunku!
Mieliście już okazję zapoznać się z moim zestawieniem rozczarowujących doświadczeń w kinie science fiction kończącego się roku. Teraz pora na pozytywy. Wbrew pozorom to był całkiem udany rok dla sympatyka SF. Można było uświadczyć dużo przeciętności (czego najlepszym wyrazem jest chociażby kontynuacja Godzilli, nienadająca się ani do grupy dobrych, ani jednoznacznie złych filmów fantastycznonaukowych), ale w ogólnym rozrachunku ostało się kilka perełek, które zwróciły moją uwagę ciekawym podejściem do gatunkowych motywów i odświeżającą energią.
Raz jeszcze podkreślę, że brałem pod uwagę głównie filmy, który miały w tym roku premierę w Polsce, czy to w kinie, czy to w domowej dystrybucji. Oto pięć moim zdaniem najlepszych filmów SF 2019 roku. Co dodalibyście do tej listy? Podzielcie się swoimi typami w komentarzach.
Jestem matką
Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do filmu produkcji Netflix. Raz, że popularna platforma strumieniowa już dawno straciła moje zaufanie w kwestii oryginalnych produkcji, a już zwłaszcza z gatunku SF. Jak na razie wypadają one bowiem marnie. A dwa, że podobne podejście mam do występów Hilary Swank, która w moich oczach przestała być wyznacznikiem oscarowej jakości, gdyż od lat boryka się z problemem znalezienia dla siebie odpowiedniego repertuaru. Czym większe było moje zaskoczenie, gdy Jestem matką okazał się bardzo przyzwoitym widowiskiem, solidnie zagranym, sprawnym stylistycznie i interesującym fabularnie, a przy tym twórczo tańczącym z motywami kina SF.
Cyberpunk przenika się tu z postapokalipsą, wciągając widza w bardzo ciekawie nakreślony pomysł wyjściowy, według którego w świecie po katastrofie robot przyszłości mógłby odpowiadać za macierzyństwo. Najlepsza jest jednak rozwijana do finału niejednoznaczność Jestem matką, dzięki której szalenie trudno wskazać tak pozytywną, jak i negatywną postać tej układanki.
Bumblebee
Być może wielu z was już zapomniało o tym filmie, gdyż w Polsce miał on premierę na samym początku roku, dlatego śpieszę z uświadomieniem ważnego faktu – owszem, serię Transformers jeszcze na coś stać. Myślałem, że tematyka została tu tak wyeksploatowana, że kolejny film z uniwersum kosmicznych robotów-zabawek może jedynie wywołać na twarzach widzów zażenowanie.
Bumblebee wzbudził jednak w dużej mierze zachwyt, o czym świadczą przyzwoite wpływy z kinowych kas i dość jednogłośne opinie na Rotten Tomatoes, do których gładko mogę się dopisać. To bowiem świetny przykład filmu, który bazując na sprawdzonym schemacie fabularnym, wcześniej dobrze wykorzystanym chociażbym w Stalowym gigancie czy kultowym E.T., potrafi brzmieć, wyglądać oraz działać wyjątkowo świeżo i energicznie. Takie opowieści o dzieciakach, których to kosmita uczy poczucia więzi, mogę oglądać w nieskończoność. Brawa dla tęgich głów z Paramount Pictures za to, że potrafili ożywić dogorywającą już franczyzę. Twórcy szóstego Terminatora mogliby wziąć od nich lekcję.
Rebelia
Dystrybutorzy do końca nie byli pewni, kiedy i czy w ogóle film wejdzie do polskich kin. Ostatecznie dzieło Ruperta Wyatta trafiło u nas od razu na rynek DVD. Te problemy prawdopodobnie przypieczętuje fakt, iż Rebelia zostanie wkrótce zapomniana. Ubolewałbym nad tym, ponieważ istnieje co najmniej kilka powodów, dla których przeciętny fan SF winien się z filmem zapoznać. Ten najważniejszy wiąże się z tym, że Rebelia, choć realizuje sprawdzony motyw inwazji z kosmosu, podaje go w sposób dalece oryginalny. Brak tu epatowania efektami specjalnymi, brak tu także pędzącej na łeb na szyję akcji, mającej na celu szybkie doprowadzenie bohaterów do finału i rozprawienie się z wrogami.
Jest za to bardzo konsekwentnie rozpisana narracja, powoli odsłaniająca wszystkie karty intrygi, w której wiją się bohaterowie. Podoba mi się w Rebelii to, że realizuje ona to, czym fantastyka kontaktowa w swej tradycji zawsze była – strasząc kosmitami, straszyła tak na prawdę mroczniejszym obliczem człowieka, który nie potrzebuje ingerencji z kosmosu, by sam zadać sobie kłam swym tchórzostwem. Rebelię zapamiętam właśnie za przypomnienie mi o tej metaforze, a także za dobrą rolę Johna Goodmana oraz za rewelacyjną sekwencję podkładania bomby na stadionie. I w końcu – za dość zaskakujący finał historii, dający nadzieję, że nawet największe mechanicznie działające pionki aparatu państwowego mogą mieć i serce, i honor.
High Life
Czas na film z natury tych bardziej sensualnych. High Life zadebiutowało na festiwalu w Toronto we wrześniu 2018 roku, a w Polsce można było je zobaczyć w marcu 2019 roku. Nie znałem wcześniej dokonań reżyserki Claire Denis, ale po seansie tego filmu z pewnością przyjrzę się jej bliżej. Bo to, co stworzyła, jest cholernie nietuzinkowe, zwłaszcza dla gatunku. High Life przyciągało mnie już na etapie minimalistycznej promocji. Pomysł przywdziania kostiumu astronauty przez Roberta Pattinsona wydał mi się wystarczająco intrygujący, z racji wysokiej formy, jaką aktor ostatnio prezentuje.
Kto jak kto, ale facet ma nosa do scenariuszy. Rezultat końcowy bardzo trudno jest mi do czegokolwiek przyrównać, gdyż High Life to film tak bardzo nietypowy, tak szalenie niejednoznaczny, że z miejsca wymyka się oklepanym kategoriom. To duża sztuka wykreować film SF o bardzo powolnej, sennej wręcz akcji, rozgrywający się gdzieś w odległym kosmosie i jednocześnie od pierwszej do ostatniej minuty nie stracić uwagi widza. Nie udało się to twórcom Ad Astra, a udało autorom High Life. Obraz Claire Denis określiłbym mianem filmu, który trudno jest rozumieć, a o wiele łatwiej poczuć. Zwłaszcza za sprawą ukazania próby, jakiej muszą sprostać bohaterowie przebywający w permanentnej izolacji. I to nadrzędne pytanie, zawieszone niejako w próżni: czy liczona w latach świetlnych odległość od Ziemi zmazuje winy z przeszłości na tyle skutecznie, by grzesznik mógł stać się ojcem?
Przepraszam, że przeszkadzam
Film Bootsa Rileya to dla mnie nie tyle największe tegoroczne zaskoczenie w kategorii kina science fiction, ale kina w ogóle. Po pierwsze dlatego, że mamy tu do czynienia z debiutem reżyserskim gościa, który wcześniej z filmem nie miał nic wspólnego, gdyż był zajęty… rapowaniem. Po drugie dlatego, że Przepraszam, że przeszkadzam przemknęło w marcu przez polskie kina niemalże bez echa, trafiając zresztą do nich ze sporym opóźnieniem (tytuł wchodził do kin na świecie w styczniu 2018 roku).
O filmie dowiedziałem się dopiero pod koniec tego roku, w ramach nadrabiania zaległości. Pozytywne opinie zwróciły moją uwagę, zasiadłem do seansu i… bam, niczym obuchem w twarz uderzyła mnie istna jazda bez trzymanki. Riley, trzymając się ważnych społecznie tematów, celując w rasizm i konsumpcjonizm, opowiadał z takim luzem, że podczas seansu byłem jak zaczarowany. Reżyser przykuwa uwagę od pierwszych do ostatnich minut, skrupulatnie i mądrze ujawniając warstwy wiszącej nad bohaterem tajemnicy. Z początku można mieć wątpliwości co do tego, czy film faktycznie należy zaliczyć do kina science fiction.
Scena kulminacyjna, rozgrywająca się podczas pewnej imprezy, nie pozostawia wprawdzie wątpliwości, że rozwiązania, jakie wywołały konflikt w bohaterze, miały swój początek w nauce; osobiście jednak bardziej sytuowałbym Przepraszam, że przeszkadzam obok dzieł stricte surrealistycznych, parabolicznych, klimatem odpowiadających temu, co dał światu niejaki Franz Kafka. Niczego bowiem w filmie Bootsa Rileya nie można być pewnym – wszystko zdaje się mieć ukryty przekaz.
