Recenzje

GODZILLA 2: KRÓL POTWORÓW: Godzilla wspaniały, tylko ludzie nudni

Potwory zacnie potworne, ludzie – pokraki. Warto przeboleć ten scenariusz i łyknąć trochę wizualnej orgii.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Wesele w Atomicach

Kampania reklamowa drugiej części na nowo zamerykanizowanej Godzilli to piękny potok czyściutkiej niezwykłości. Po dosyć chłodno przyjętej pierwszej odsłonie w reżyserii Garetha Edwardsa – gdzie mimo swojej bezsprzecznej potwornej elegancji wielki jaszczur był dawkowany jednak zbyt mocno, a lwią część widowiska zajmowali snujący się po różnorakich zgliszczach ludzie – tutaj marketing zapowiadał już maksymalną jazdę bez trzymanki: bo ludzie w zwiastunach głównie komentowali walki potworów, które wyglądały już w tych urywkach maksymalnie widowiskowo, nuklearne promienie przecinały niebo, a budynki padały pod siłą ogromnych cielsk jak patyki. No i cały przekrój klasyki wpakowano już na poziomie zapowiedzi: MOTHRA! KRÓL GHIDORAH! GODZILLA!

I wszystko fajnie, wszystko na bogato, ale niestety finalny produkt jak zawsze popsuli ludzie.

Bo ludzie zawsze wszystko psują.

Godzilla 2: Król potworów to dziwny miks, który zapewnia widzowi sinusoidalną jazdę emocjonalną i rozrywkową. Jest jednocześnie najlepszym filmem lata, w swoich najbardziej udanych sekwencjach uciekającym nawet finałowi sagi z Avengers, ale też i jednym z najgorszych, gdy zajeżdżające największą scenopisarską taniochą wątki ludzkie zabierają czas tym potwornym i przypominają rodzinny dramat z TV4, który w niedzielę po kościele oglądają jeszcze te trzy babcie, które to łapie za serce. I fajnie, ale po co to ładować do filmu, gdzie król jaszczur sprzedaje fangę w nos trójgłowemu smokowi z kosmosu?

Na początku jeszcze to aż tak nie męczy, gdy reżyser Michael Dougherty rozstawia pionki. Widzimy świat pięć lat po tym, jak Godzilla przeszedł przez San Francisco. Opinia publiczna wie o Tytanach (jak tutaj nazywa się klasyczne kaijū), wie o Kongu, wie też o organizacji Monarch – S.H.I.EL.D. tego świata – która bada przedwieczne lewiatany. I jest w tym momencie swojej działalności, że bada je może aż za bardzo, bo doktor Emma Russell (Vera Farmiga) skleciła urządzenie, które pomaga jej w pewien sposób wpływać na Tytanów, ustanawiając z nimi pomost komunikacyjny. I gdy tak siedzi razem z córką (Millie Bobby Brown), zerkając na tajemniczą superlarwę, do ośrodka wpada nagle ekoterrorysta (Charles Dance), który porywa kobietę razem z urządzeniem, bo ma cwany plan, żeby wybudzić po kolei wszystkie skitrane po świecie potwory (a namierzono ich już siedemnaście) i przywrócić światu naturalny system odpornościowy, mający wyplenić zarazę ludzkości. Wtedy do akcji wbija Mark Russell (Kyle Chandler), poprztykany z żoną i zwerbowany przez Monarch, który rusza na ratunek. A obok tego mamy jeszcze na szczęście Godzillę, który wyczuł, że kroi się konkretna chryja, bo jednym z pierwszych przebudzonych Tytanów jest jego odwieczny wróg.

I ta część potworna jest wprost kapitalna, pięknie blockbusterowa i przygotowana z niesamowitym szacunkiem dla elementów, które zadecydowały o popularności wielkich potworów. Godzilla wypada tu, o dziwo, najbardziej ludzko, w końcu otrzymując więcej miejsca ekranowego – przypomina w pewien sposób charakterologicznie Konga, jest robiącym wrażeniem samcem alfa, konkretnym zadaniowcem, który w kilku wspaniałych scenach wykazuje więcej czystych emocji niż Vera Farmiga przez cały seans. Zresztą wystarczy, że po prostu sobie idzie na spotkanie z przeciwnikiem i już można zmieniać majciochy. I tak jest zresztą ze wszystkimi potworami – King Ghidorah jest dzikim popaprańcem, nieprzewidywalną siłą natury, a Mothra to słownikowa definicja elegancji, kradnąca każdą scenę, robiąca potworne wrażenie swoim pięknem. Widać tutaj praktycznie na każdym kroku w scenach z monstrami, że Dougherty zna się na horrorze i kocha to japońskie wariactwo. Skala zniszczeń, zdjęcia, choreografia walk – wszystko tutaj gra i buczy, nie nuży i chce się tego po prostu więcej. Nawet ta pretekstowa fabuła ma w tym wypadku sens, klarownie wyłożone zostają elementy determinujące zachowanie potworów, bitkę na arenie świata ogląda się po prostu wybornie.

I wtedy, bang bang, przebitki na ludzi. Na gadających ludzi. Na ludzi tłumaczących fabułę. Na ludzi robiących ludzi w konia. Na ludzi, którzy coś tam, po coś. Na ludzi, którzy muszą przetrawić swoje problemy. Na smętnych ludzi. Na ludzi ratujących ludzi. Na ludzi ratujących więcej ludzi.

Nuda. Emocjonalna taniocha. Męczenie buły przez większą część filmu.

Mam świadomość, że dwugodzinna bitka potworów też by pewnie potrafiła znużyć, ale z niecierpliwością czekam na wydanie tego filmu pod kino domowe, bo może i stracę wielkoekranowe emocje, ale przynajmniej będę mógł sobie skakać po filmie z potworami, a nie pokracznie napisanej historii do kotleta. Bo jeszcze sam wstęp tutaj działa, gdy dostajemy przegląd świata po tragedii i powoli śledzimy sprawę z odkrywaniem na świecie kolejnych lewiatanów, ale gdy tylko Tytani znikają z pola widzenia, to film zaczyna się rozłazić na poziomie lichego scenariusza, źle napisanych postaci i raniących uszy dialogów. Nie ma tutaj ani jednej interesującej postaci, chociaż niektórzy próbują szamotać się z danym im materiałem (jedna ładna scena z Kenem Watanabe). Rodzinka Russellów to absolutna strata czasu: Vera Farmiga zalicza wybitnie żenującą rolę, Millie Bobby Brown jest tu doklejona tylko przez darmową reklamę na fali Stranger Things, a Kyle Chandler gra tak bardzo papierowego naukowca na drodze do odkupienia, że zaczynam tęsknić za Aaronem Taylorem-Johnsonem z jedynki. Do tego mamy jeszcze „tego złego numer 8234” od Charlesa Dance’a, który zainkasował czek i leci na autopilocie, a reszta obsady to zlana w jednolitą masę gadająca głowa. Można to sobie było darować, bo chociaż czynnik ludzki jest potrzebny w tego typu kinie, to niech będzie chociaż minimalnie angażujący – w Kongu: Wyspie Czaszki też nie było to szczególnie udane, ale przynajmniej nie nudziło, wytracając dodatkowo ze śledzenia starć potworów.

Ten film to taki realizacyjny potwór sam w sobie – na części pochylającej się z pietyzmem nad dorobkiem kaijū bawiłem się naprawdę dobrze, zaciskając pięści jak dzieciak, trzymając kciuki za Godzillę, swojego gadziego ziomka. Wygląda to wszystko prześlicznie, multum ujęć wychodzi poza typową blockbusterową padakę, czuć tutaj majestatyczność monstrów, skalę zniszczenia, siłę każdego uderzenia i muzycznych kombinacji (wejście nuty z klasycznych Godzilli wyrywa z butów). Gra to i buczy jak nowe Ferrari. Ale jest też ten zupełnie nieudany czynnik ludzki, zalew scenopisarskiej ślamazarności, bolesnej schematyczności, zapychającej waty fabularnej.

Koniec końców jednak potwory wygrywają – chociaż z trudem, po nierównej walce – i warto przeboleć te człowiecze bzdury, żeby zobaczyć najpiękniejsze wrestlingowe starcia może i ostatnich paru lat. Jest jeszcze siła w tej amerykanizacji, tylko niech ktoś tam przed starciem Godzilli z Kongiem wyciągnie sporo nauki z przestrzelonych pomysłów i da w końcu potworom potworzyć, a ludzie niech sobie pozostaną tak zupełnie z boku, tacy malutcy.

 

Ostatnio dodane