Publicystyka filmowa
NICOLAS CAGE – druga część filmografii aktora. Lata 2014-2023
Kończący dziś 60 lat Nicolas wielkimi krokami zbliża się do swoistego kamienia milowego, jakim dla aktora bez wątpienia jest zagranie w 100 filmach. I choć jakość wielu produkcji, w których wystąpił, jest – mówiąc eufemistycznie – nieco dyskusyjna, to nie sposób nie uznać tego za wyjątkowe osiągnięcie.
Gdy blisko dekadę temu zabierałem się do pisania obszernego eseju o filmografii Nicolasa Cage’a, nie mogłem przypuszczać, że przez kolejnych dziesięć lat kultowy aktor dopisze sobie do dorobku dobrze ponad połowę tego, czego udało mu się dokonać przez poprzednich trzydzieści lat kariery. I tak oto w okresie 2014-2023 Nicolas Cage zagrał – i to niemal zawsze w głównej roli! – w 37 tytułach, podczas gdy pomiędzy swoim debiutem w roku 1982 a rokiem 2013 wystąpił w blisko sześćdziesięciu filmach.
Jak nietrudno policzyć, kończący dziś 60 lat Nicolas wielkimi krokami zbliża się do swoistego kamienia milowego, jakim dla aktora bez wątpienia jest zagranie w 100 filmach. I choć jakość wielu produkcji, w których wystąpił, jest – mówiąc eufemistycznie – nieco dyskusyjna, to nie sposób nie uznać tego za wyjątkowe osiągnięcie.
Wielu znanych aktorów miewało w swojej karierze etapy, o których chcieliby zapomnieć – wystarczy wspomnieć nazwiska takie jak Mel Gibson, John Travolta czy Bruce Willis, choć akurat przyczyny obniżenia lotów przez tego ostatniego są czysto medyczne. Casus Nicolasa Cage jest natomiast całkowicie osobny, bowiem aktor ten niemal od początku kariery słynął z niekonwencjonalnych wyborów. Wystarczy wspomnieć tytuły takie jak Czas zabijania (1989), włoski dramat wojenny, czy Śmiertelna pułapka (1993), choć akurat ten wybór wytłumaczyć jest dość łatwo – ten średnio udany kryminał nakręcił brat Nicolasa, Christopher Coppola.
O ile jednak do mniej więcej 2010 roku Cage wybierał projekty z dużym budżetem lub przynajmniej ze znanymi nazwiskami w ekipie, o tyle od roku 2014 zauważalny był już znaczny spadek jakości produkcji, w których się pojawiał. Za kamerami stawali coraz bardziej anonimowi reżyserzy, w obsadzie roiło się od trzecioligowych amatorów aktorstwa, a znaczna część filmów nie trafiała nawet do kin, lecz od razu do bibliotek VOD – i to nie tych premium. W przebogatym dorobku Nicolasa Cage’a co jakiś czas trafiały się jednak perły, na które warto było czekać, ale aby je odszukać, musimy bardzo dokładnie prześledzić filmografię Nicolasa od roku 2014.
2014
W swojej poprzedniej analizie dorobku Cage’a zatrzymałem się na roku 2013, a więc część drugą zacząć muszę od thrillera akcji Tokarev. Zabójca z przeszłości w reżyserii Paco Cabezasa. Spośród reżyserów filmów, w których Nicolas wystąpił w tamtym okresie, Hiszpan wyróżnia się zdecydowanie in plus. Już wtedy miał na koncie kilka udanych produkcji zrealizowanych w ojczyźnie, zaś w swoim anglojęzycznym debiucie na tyle zadowalająco poprowadził Cage’a i spółkę (m.in. Danny’ego Glovera i Petera Stormare’a), że w kolejnych latach miał okazję wyreżyserować m.
in. odcinki głośnych seriali (
Z konwencji kryminalnej Cage postanowił przeskoczyć w świat orientalnej historii – wyreżyserowany przez doświadczonego kaskadera Nicka Powella Banita opowiada o dwóch białych wojownikach wmieszanych w sam środek walki o tron w średniowiecznych Chinach. Z jednej strony trochę rip-off Ostatniego samuraja, z drugiej absolutnie spłycona historia, którą Powel starał się naprędce zamknąć w niespełna stuminutowym metrażu. Cage po kilku latach od premiery Polowania na czarownice przywdziewa zbroję krzyżowca, ale tym razem partneruje mu znacznie mniej utalentowana ekipa, z odwiecznie niespełnionym aktorsko Haydenem Christensenem na czele. Banita na Rotten Tomatoes może “pochwalić się” imponującą notą 4% od krytyków, choć – o dziwo – nie jest to negatywny rekord w dorobku Nicolasa, ale o tym już za chwilę. Film ratują odrobinę sceny batalistyczne, które – jak na ten poziom produkcji – zrealizowano zaskakująco solidnie.
Także w 2014 roku Cage dopisał do swojej filmografii jeden z najbardziej kuriozalnych i najzwyczajniej złych tytułów. Czasy ostateczne: Pozostawieni to kolejna produkcja wyreżyserowana przez zasłużonego kaskadera, Vika Armstronga (dublował m.in. Harrisona Forda w oryginalnej trylogii o Indianie Jonesie), ale to chyba jedyna interesująca rzecz, jaką o tym filmie można napisać. To koszmarnie zrealizowane “widowisko” katastroficzne / science fiction, zbudowane na absurdalnie złych efektach specjalnych, koszmarnym aktorstwie (Cage oczywiście nakrywa czapką wszystkich kolegów z planu, takich jak np.
trzecioligowiec Chad Michael Murray) i idiotycznym scenariuszu. Będące ekranizacją jednej z serii popularnych powieści i opowiadające o nagłym zniknięciu milionów ludzi,
Rok 2014 Nicolas zakończył niewiele lepszym akcentem – Zanim nadejdzie noc, choć nakręcone przez uznanego twórcę Paula Schradera, okazało się produkcyjnym potworkiem. Mimo przyzwoitej obsady (oprócz Cage’a także śp. Anton Yelchin i Irène Jacob) i niezłego pomysłu wyjściowego (zasłużony agent CIA ścigający terrorystów mimo zdiagnozowanej demencji), Zanim nadejdzie noc ucierpiało ze względu na ingerencję studia w ostateczny kształt produkcji.
Schrader i spółka twierdzili, że efekt końcowy, który trafił do nielicznych kin oraz platformy VOD, miał niewiele wspólnego z wizją reżysera, montażysty czy operatora, przez co zarówno ekipa techniczna, jak i obsada filmu nie przyznawali się do niego. I choć Nicolas Cage w roli doświadczonego, ale umęczonego agenta CIA wypadł bardzo solidnie, to ze względu na problemy produkcyjne
2015
Przyjrzałem się w zasadzie niemal wszystkim historiom polityków będących na fali wznoszącej, którzy zostali wyhamowani lub sięgneli dna przez ich własne słabości.
W porównaniu z poprzednimi dwunastoma miesiącami, rok 2015 należy uznać jako wyjątkowo mało “Cage’owy”, bowiem premierę w tym czasie miały tylko dwa filmy z udziałem Nicolasa. Pierwszym z nich był pełnometrażowy debiut fabularny niejakiego Austina Starka, filmowca nawet dziś mocno anonimowego. Kongresmen to klasyczna produkcja telewizyjna, choć mogąca pochwalić się całkiem przyzwoitą obsadą – u boku Cage’a wcielającego się w tytułowego polityka uwikłanego w skandal obyczajowy pojawiają się m.in. Sarah Paulson, Peter Fonda, Connie Nielsen czy Wendell Pierce. Film Starka to typowy film z gatunku “straight-to-VOD”, ale z perspektywy czasu należy stwierdzić, że w zalewie ówczesnych produkcji z udziałem Nicolasa całkiem nieźle radziła sobie z budowaniem politycznego suspensu. Dziś to oczywiście dzieło całkowicie zapomniane, ale choć świata nie zawojował, Kongresmen wstydu Cage’owi nie przynosi.
Nieco inne odczucia można mieć wobec horroru Wrota zaświatów Uliego Edela, twórcy m.in. My, dzieci z dworca Zoo (1981) czy Baader-Meinhof (2008). Nicolas Cage i kino grozy to kombinacja, która sprawdza się rzadko, by nie powiedzieć: nigdy. We Wrotach zaświatów nasz ulubieniec wcielił się w ojca, którego syn znika podczas halloweenowej parady.
No cóż, tytuł “taty roku” chyba się chwilowo oddalił, ale Mike a.k.a. Nicolas nie zamierza pozwolić, by tajemniczy duch (oryginalny tytuł to
2016
Po niezbyt udanych dwunastu miesiącach Nicolas zakasał rękawy i postanowił, że w 2016 nie da swym fanom zapomnieć o sobie. Efektem tych starań było aż pięć filmów pełnometrażowych (oraz jedna gra, w której Nic użyczył głosu, ale my tutaj nie o tym) o, cóż, mocno zróżnicowanej jakości. Alex i Benjamin Brewerowie, ponownie Paul Schrader, Oliver Stone, Mario Van Peebles i Larry Charles – oto filmowcy, z którymi w tamtym czasie współpracował Cage. Wspaniała mieszanka anonimów i uznanych nazwisk będących w nie najlepszym momencie reżyserskiej kariery zaowocowała osobliwym zestawem filmowych dzieł.
U braci Brewerów w kryminale
Odrobinę gorzej było w przypadku filmu Geniusze zbrodni Paula Schradera (rzadkość: świetny, prześmiewczy polski tytuł!), który najwyraźniej miał być amerykańską wersją kryminalno-komediowych historii Guya Ritchiego wymieszaną z Tarantinowskim sosem. Efekt? Mocne kreacje aktorskie (jak rzadko kiedy, świetny Nicolas zostaje przyćmiony przez niepomiernie bardziej szalonego Willema Dafoe) pozostawione same sobie – w scenariuszu autorstwa Edwarda Bunkera i Matthew Wildera panuje chaos i brak spójności, przez co trudno w pełni zaangażować się w historię i kibicować bohaterom.
Wiele scen przypomina bardziej skecze niż nieodzowne elementy większej struktury fabularnej, dlatego choć

Sacha_5338.NEF
Po przygodzie na planie z szalonym Willemem, przyszedł czas na największą premierę tamtego roku w dorobku Nicolasa Cage’a – chodzi o film Snowden w reżyserii Olivera Stone’a, film tyleż (po)ważny, co budzący kontrowersje, podobnie jak jego bohater. W historii Edwarda Snowdena, jednego z najbardziej znanych “whistleblowerów” wszech czasów, Cage wciela się w agenta CIA, który odpowiada za przeszkolenie młodego Edwarda. Nicolas nie miał tu zbyt dużego pola manewru – Hank Forrester to postać typowo funkcyjna, której czas ekranowy służy wyższemu fabularnemu celowi.
Nie odnajdziemy tu pogłębionego rysu postaci ani rozbudowanych motywacji – postać agenta Forrestera ma być jedynie przewodnikiem dla samego Snowdena (Joseph Gordon-Levitt), ale nie zyskuje dość miejsca, by mogła szerzej zaistnieć.
To, że Cage uwielbia grywać mężczyzn w mundurach, nie jest żadną tajemnicą – bywał kapitanem włoskiej piechoty, strażakiem ratującym ocalałych z World Trade Center czy sierżantem policji na amerykańskiej prowincji. W wojennym Ostatnia misja USS Indianapolis Mario Van Peeblesa został natomiast kapitanem tytułowego flagowego okrętu marynarki wojennej USA, zatopionego przez japońską jednostkę podwodną u schyłku II wojny światowej. Ostatnia misja… jest zapisem tej niebywałej tragedii, w której śmierć poniosło ponad 800 marynarzy, a która doprowadziła do upadku kariery kapitana Charlesa B.
McVaya. I choć temat wydaje się być interesujący i bardzo filmowy, wypada żałować, że nie trafił w ręce kogoś bardziej utalentowanego niż Van Peebles – a już na pewno kogoś dysponującego większym budżetem.
Na zakończenie tego jakże pracowitego i różnorodnego zawodowo roku Nicolas zostawił to, co najlepsze. Misja niewykonalna Larry’ego Charlesa – faceta odpowiedzialnego za trylogię z Sachą Baronem Cohenem: Borat, Brüno i Dyktator – to przejaw najczystszego, niczym nieskrępowanego “kejdżyzmu”.
Nasz bohater wciela się tu w Gary’ego Faulknera, ekscentrycznego i cokolwiek niestabilnego psychicznie robotnika, któremu objawia się nie kto inny jak sam Bóg przez duże B (pod postacią Russella Branda). Wszechmocny nie tylko się Gary’emu objawia, ale i powierza mu misję… schwytania Osamy bin Ladena! Szalony protagonista wyrusza więc do Pakistanu, gdzie w niezwykle nieporadny i szalony sposób usiłuje ustalić miejsce pobytu przywódcy Al-Kaidy oraz doprowadzić go przed oblicze sprawiedliwości. Normy absurdu wydają się solidnie przekroczone, a puszczony wolno Cage tworzy tu jedną z najbardziej szalonych ról od dawna. Owszem, sam film raczej do najbłyskotliwszych nie należy, ale dzięki Nicolasowi, a także jego zaskakująco dobrej chemii z Brandem, ogląda się go z nieskrywaną przyjemnością.
2017
W kolejnych miesiącach Cage ani myślał zwalniać tempa. W 2017 roku ponownie ukazało się pięć filmów z jego udziałem, a także przygotowana przez Paula Schradera wersja Zanim nadejdzie noc, która nie wymaga chyba osobnego omówienia. Pierwszym tytułem, który tamtego roku ujrzał światło dzienne, był Pakt krwi Stevena C. Millera, kolejnego z długiej listy anonimowych reżyserów współpracujących z Nicolasem. W swojej recenzji tego tytułu sprzed blisko siedmiu lat tak oto pisałem o filmie Millera: “W tej szalenie niespójnej produkcji, oscylującej gdzieś pomiędzy sztampowym thrillerem a kampowym eksperymentem, Cage jest tym jednym niepasującym elementem – niczym jaskrawa plama na względnie czystej tkaninie albo rysa na płycie, uniemożliwiająca odsłuchanie ulubionego utworu”. Chaotyczny i kampowy – i to nie w dobrym tego słowa znaczenia – jest tu też Nicolas w roli niezrównoważonego gangstera, który udowadnia, że jego aktorskie szaleństwo, choć przez tak wielu cenione, nie jest elementem uniwersalnym i nie w każdym przypadku pasuje do całości dzieła filmowego.
Szczęśliwie kolejnym tytułem w dorobku Cage’a okazał się film nad wyraz solidny i znacznie bardziej spójny niż nieszczęsny Pakt krwi. Mowa o kryminale Historia zemsty Johnny’ego Martina, kolejnego z listy reżyserów anonimowych i kolejnego doświadczonego kaskadera, z którym Nicolas pracował wielokrotnie (m.in. na planie 60 sekund, Szyfrów wojny czy Piekielnej zemsty).
W tej prostej w gruncie rzeczy kryminalnej fabule Nicolas wcielił się w gliniarza o wyjątkowo silnym poczuciu sprawiedliwości – tak silnym, że jego bohater nie cofa się przed niczym, by kilku gwałcicieli spotkała surowa kara za to, co zrobili pewnej samotnej matce.
Kolejną pozycją w filmografii Cage’a została Manipulacja Jonathana Bakera, dla którego był to pełnometrażowy debiut fabularny. Sztampowy thriller psychologiczny zrealizowany z przeznaczeniem na platformy VOD opowiada historię wzorcowej amerykańskiej rodziny, którą rozbija “ta trzecia” – zatrudniona przez szczęśliwe małżeństwo (Nicolas oraz Gina Gershon) z pozoru idealna niania (gwiazdka trzecioligowych filmów Nicky Whelan, znana też ze wspomnianych wcześniej Czasów ostatecznych). Manipulacja to sztampa na całego, choć zrealizowana schludnie i bez większych zgrzytów – debiutowi Bakera trudno zarzucić coś ponad to, że jest całkowicie odtwórczy i nie pozwala aktorom na nic więcej poza odbębnieniem kolejnej chałtury.
Bo choć
Brian jest moim Kurosawą, a ja jego Mifune.
W ten właśnie sposób o współpracy z reżyserem specyficznego horroru Mama i tata Brianem Taylorem wypowiadał się Cage w jednym z wywiadów. Jeśli pamięć mnie nie myli, był to jeden z niewielu wówczas tytułów, za które Nicolas zbierał autentyczne pochwały.
Dość powszechne były opinie, że jego aktorskie szaleństwo wreszcie znalazło odpowiednie zastosowanie, a krytycy pozytywnie opiniowali film Taylora (do dziś legitymuje się on ocenami na poziomie 75% w portalu Rotten Tomatoes, co daje mu status “świeżości”. Tytułowi mama i tata to w filmie Briana Taylora świetnie uzupełniająca się para Selma Blair-Nicolas Cage, którzy przez większość czasu usiłują w brutalny sposób odebrać życie swojej nastoletniej córce i jej młodszemu bratu.
Jak to Nicolas często ma w zwyczaju, świetne wrażenie pozostawione po lepszym występie szybko zmazał kolejnym koszmarkiem ze swojej filmografii. Biuro ludzkości niejakiego Roba W. Kinga (serio, skąd ci anonimowi filmowcy się biorą??) to pokraczny thriller science fiction, w którym Cage wciela się w agenta tytułowej instytucji, odpowiedzialnej za pilnowanie, by obywatele byli “efektywni”. Jest rok 2030, a w wydrenowanej z zasobów naturalnych i ekonomicznych Ameryce obywatele o znikomej efektywności deportowani są do odseparowanej osady zwanej Nowym Edenem.
Koncept oceniania społecznej wartości obywateli jest jeszcze całkiem ciekawy, ale siermiężne wykonanie i liczne niedorzeczności w scenariuszu powodują, że seans
2018
Zgoła inaczej ocenić należy wejście Nicolasa w rok 2018, kiedy to w styczniu na festiwalu Sundance premierę miała dziś już kultowa Mandy Panosa Cosmatosa (reżyser nie mniej kultowego Za czarną tęczą (2010)), utrzymane w klimacie gore kino zemsty. Nasz bohater wciela się w tu w niejakiego Reda Millera, byłego alkoholika, który w okropnych okolicznościach traci ukochaną – tytułową Mandy (Andrea Riseborough).
Nie chodzi jednak o zwykłe morderstwo – w grę wchodzi pewna okultystyczna sekta i siły nadprzyrodzone, które… przyjmują formę siejących śmierć motocyklistów! Już samo to stanowi zachętę do obejrzenia Ekstremalny występ Nicolasa Cage’a, który u Cosmatosa mógł wyzbyć się absolutnie wszystkich zahamowań, jest tu prawdziwą wisienką na torcie. Nic dziwnego, że to kultowe dzieło może pochwalić się oceną 91% uzyskaną od krytyków – jedną z najwyższych w całym dorobku Nicolasa!
Rok 2018 ponownie był bardzo pracowitym okresem w karierze Cage’a – występował nie tylko w filmach aktorskich, ale “zagrał” także swym charakterystycznym głosem w dwóch animacjach. Co ciekawe, po jednej ze świata DC (gdzie – nareszcie! – mógł wcielić się w Supermana) i Marvela i zwłaszcza ta druga produkcja, Spider-Man Uniwersum, spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem pod względem dubbingowych dokonań Nicolasa.
Jednak wzorem poprzedniej części mojego opracowania zdecydowałem nie zgłębiać w tym tekście produkcji animowanych – wszak stanowią one jedynie przyjemny dodatek do tytanicznej pracy, jaką Cage wykonuje w zawodzie aktora. Jeśli zatem chodzi o kolejne występy filmowe Nicolasa w 2018 roku, można podsumować ten czas jako równię pochyłą. Bo o ile O filmie tym można jednak napisać jedynie tyle, że… powstał. Tytuł ten miał być zapewne czymś w rodzaju thrillera psychologicznego, a tymczasem grozy zabrakło tu całkowicie – historia pogrążonego w żałobie małżeństwa nabywającego podupadły motel (Nicolasowi partneruje tu nieco zapomniana Robin Tunney) nie oferuje wystarczającej dawki suspensu, by wzbudzić w widzu zainteresowanie.
Podążając ścieżką o nazwie “słabe filmy z Nicolasem Cagem z 2018 roku”, napotykamy kolejny łatwy do zapomnienia tytuł: Kod 211 wyreżyserowany przez – a jakże – mało znanego reżysera Yorka Shackletona. Doprawdy, w jaki sposób ci anonimowi wyrobnicy nakłaniają do współpracy Nicolasa Cage’a, to już chyba na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą… Tak czy inaczej, pan Shackleton zrealizował produkcję, którą można sklasyfikować jako policyjne kino akcji. Rzecz dzieje się w małym miasteczku w stanie Massachusetts i dotyczy doświadczonego gliny (Cage), który wraz z młodszym partnerem i pewnym czarnoskórym nastolatkiem wplątuję się w strzelaninę rozpoczętą przez grupę najemników napadających na lokalny bank.
Brzmi sensownie? No właśnie. Sam koncept jest nieco groteskowy, a że
Ku rozpaczy oddanych fanów jego talentu, Nicolas Cage dostarczał im w tamtym czasie wielu powodów, by zwątpili w swego idola. Kolejnym po Kodzie 211 mizernym filmem w jego filmografii jest bowiem Powrót z zaświatów, jeszcze jeden film grozy w dorobku Nicolasa. Co ciekawe, jest to też pierwsza w omawianym okresie produkcja wyreżyserowana przez kobietę, Marię Pulerę, równie anonimową jak wielu kolegów po fachu współpracujących z Cagem.
W
2019
W kolejnym roku Cage postanowił wrzucić wyższy bieg – dokładnie to szósty, bo wystąpił wówczas w dokładnie sześciu pełnometrażowych produkcjach. Brzmi imponująco, prawda? Na pierwszy rzut oka być może tak, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że tak naprawdę tylko jeden z tych filmów spotkał się z aprobatą krytyków i widzów, dorobek Nicolasa AD 2019 wypada nieco mniej okazale. Tamten rok rozpoczął się dla niego od kolejnego generycznego kina zemsty – Czas rozliczenia w reżyserii Shawna Ku to sztampowa propozycja z kategorii „Cage wyrównuje rachunki”.
Choć tym razem za kamerą stanął twórca nie całkiem anonimowy (Ku w 2010 roku nakręcił dobrze przyjętego Bonusem dla polskiego widza będzie występ Karoliny Wydry, która w Hollywood swego czasu radziła sobie lepiej niż wymieniona kilka akapitów wyżej i swego czasu niemiłosiernie lansowana Weronika Rosati.
Po raz drugi w 2019 roku można było zobaczyć Cage’a w szalonym Kolorze z przestworzy Richarda Stanleya, ekranizacji opowiadania H.P. Lovecrafta. W pierwszym pełnometrażowym filmie fabularnym Stanleya od ponad 20 lat (jest autorem m.in. kultowego Hardware (1990)) Nicolas mógł czuć się jak ryba w wodzie – tytułowy, obłędnie jaskrawy i intensywny kolor pochodzący od pewnego meteoru stanowi narzędzie, które pozwala aktorom na wyzbycie się wszelkich zahamowań.
Jak pisał
Jeśli spodziewacie się, że po udanym projekcie Nicolas tradycyjnie wziął udział w jakimś filmowym niewypale, muszę was nieco rozczarować. Jego następny film, Podróże z diabłem Jasona Cabella (debiutującego jako samodzielny reżyser), to całkiem przyzwoity thriller kryminalny z niezłą obsadą – Cage’owi partnerują tu m.in. Laurence Fishburne, Leslie Bibb, Cole Hauser, Adam Goldberg, Barry Pepper i Peter Facinelli. Pod względem warsztatowym także wszystko zdaje się być na miejscu: dynamiczny montaż i sekwencje akcji, które nie zdradzają niskiego (zapewne) budżetu sprawiają, że Podróże z diabłem przypominają akcyjniaki produkowane niegdyś taśmowo na VHS.
Próżno szukać tu oryginalności, a Cage – w nietypowej dla siebie roli członka kartelu narkotykowego – nie wyróżnia się tu niczym szczególnym, a jednak na tle wielu gorszych dokonań Nicolasa należy ocenić film Cabella pozytywnie.
Ken Sanzel, Nick Powell (ponownie), Stephen S. Campanelli – oto nazwiska reżyserów trzech pozostałych filmów z Cage’em z 2019 roku i jeśli nazwiska tych panów nic wam nie mówią, nie musicie wątpić w swoją znajomość branży filmowej. Wszyscy trzej panowie na reżyserskim polu, mówiąc dyplomatycznie, oszałamiających sukcesów nie osiągnęli. Także ich dokonania z udziałem Nicolasa, odpowiednio: Domino śmierci, Instynkt pierwotny i W środku burzy, trudno uznać za coś więcej niż filmowe chałtury.
Pierwszy z tytułów to nawet nieźle prezentujący się wizualnie thriller akcji, w którym jednak odtwórcza fabuła o “człowieku z przeszłością” (zgadnijcie, kto go gra!) wplątanym w kryminalną intrygę nie daje absolutnie żadnej frajdy. Znacznie więcej znajdziecie jej w Przyjemnością jest tu jedynie nonszalancki Nic, który zdaje się bawić wyśmienicie – jego “Take it easy with my cat!” powinno przejść do absolutnej klasyki “kejdżowych” cytatów. Najsłabszym z tych trzech tytułów jest bez wątpienia Nicolas jako bardzo podejrzany mąż pięknej kobiety (zjawiskowa, ale aktorsko nieudolna KaDee Strickland) oczywiście uruchamia tutaj tryb “100% Cage’a”, ale nawet w tym czuć sporo fałszu. To dowód na to, że nawet najlepsze przejawy “kejdżyzmu” nie są w stanie przykryć nieudolnej filmowej roboty.
2020
“He’s crazy – like me!”
Rok, w którym wybuchła pandemia koronawirusa, odcisnął negatywne piętno na wielu aktorskich karierach, nawet tych błyskotliwie się rozwijających. Cóż więc miał począć poczciwy Nicolas, który na przestrzeni ostatniej dekady ledwie kilka razy wzniósł się ponad poziom mocno przeciętnych produkcji telewizyjnych? W jego przypadku rok 2020 mógłby zostać wymazany z jego filmografii, gdyż jedynym filmem z jego udziałem (nie licząc dubbingowej fuchy w kontynuacji Krudów) było Jiu Jitsu Dimitriego Logothetisa, człowieka odpowiedzialnego – w roli producenta, scenarzysty czy reżysera – za wiele drugo- i trzecieligowych filmów i seriali. W większości opisywanych w tym tekście filmów Nicolas Cage zagrał główną rolę, ale w Jiu Jitsu pojawia się na drugim planie – wcielił się w wyglądającego na hipisa mentora najlepszych na Ziemi mistrzów sztuk walki, którzy muszą stawić czoła pojawiającemu się na naszej planecie raz na sześć lat kosmicznemu wojownikowi.
Wybaczcie, zdaję sobię sprawę jak bardzo jest to zagmatwane, ale tak – znani gwiazdorzy ekranowych bijatyk, tacy jak pochodzący z Tajlandii Tony Jaa czy pozbawiony jakichkolwiek umiejętności aktorskich Kanadyjczyk Alain Moussi, z jakiegoś powodu muszą słuchać wskazówek Nicolasa Cage’a. Kuriozalność filmu Logothetisa znalazła swoje odzwierciedlenie w ocenach przyznawanych przez użytkowników portalu IMDb, gdzie
2021
Jeśliby zastosować analogię pomiędzy karierą Nicolasa Cage’a a kondycją całego świata, to rok 2020 należałoby uznać za zwycięstwo ciemności, zaś 2021 triumf światła. Gdy ludzkość na całym świecie cierpiała katusze w lockdownach, kariera Cage’a także przeżywała męki; gdy jednak koronawirus nieco odpuścił, także i w życiu zawodowym Nicolasa zaczęło dziać się lepiej. Tak oto świat otrzymał w darze dzieło pod tytułem Więźniowie Ghostland, ostatni jak dotąd film Siona Sono, którego niedługo po premierze oskarżono o molestowanie seksualne, co wyhamowało karierę jednego z najbardziej osobliwych i twórczych japońskich filmowców.
Więźniowie Ghostland, podobnie jak trzy lata wcześniej Mandy, mieli premierę na festiwalu w Sundance i choć nie powtórzyli sukcesu filmu Cosmatosa, wywołali nie mniejszą dyskusję. Oto dwóch pozytywnie zakręconych filmowo szaleńców spotkało się na planie, by zrealizować dzieło wymykające się jakimkolwiek gatunkowym schematom, a raczej – redefiniujące je. Kino samurajskie, filmowa baśń, kino zemsty, western – u Siona Sono jest to wszystko i o wiele więcej.
Nicolas ponownie prezentuje swoją najbardziej szaloną stronę, jednocześnie wywołując w widzach zachwyt i konsternację.
Pomyślałem, że to będzie ciekawe aktorskie wyzwanie – sprawdzić, ile będę w stanie zakomunikować, nie używając słów, a jedynie gestów i mimiki.
Jeśli oglądaliście Pięć koszmarnych nocy, jeden z popularniejszych horrorów 2023 roku, z pewnością błyskawicznie znajdziecie podobieństwa między ubiegłorocznym filmem Emmy Tammi i komediowym horrorem Niewesołe miasteczko Kevina Lewisa z 2021 roku. Choć w teorii zarówno gra, na której oparto Pięć koszmarnych nocy, jak i pomysł leżący u podstaw filmu Lewisa powstały w tym samym czasie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obie te produkcje to nie tak znowu różniące się od siebie warianty tej samej historii. W Niewesołym miasteczku Nicolas Cage wciela się w bezimiennego i – uwaga! – milczącego podróżnika, który na skutek pechowej sytuacji musi podjąć się krótkoterminowej pracy, jaką jest posada woźnego w demonicznym parku rozrywki.
Dla naszego bohatera to idealne okoliczności, bowiem szybko orientuje się, że musi stawić czoła morderczym atrakcjom wesołego miasteczka, opętanym przez dusze seryjnych morderców. Nic pasuje tu jak ulał i choć tym razem pozbawiony jest swojego werbalnego oręża, jego ponadprzeciętna ekspresja nie pozwala widzowi się nudzić.
Trzecim i bodaj najlepszym spośród filmów Nicolasa Cage’a z 2021 roku jest Świnia, kameralny niezależny dramat, w którym nasz bohater wciela się w zapuszczonego samotnika, usiłującego odzyskać swoje ukochane tytułowe zwierzę. Żaden z niego jednak John Wick – Rob to mrukliwy introwertyk z tajemniczą, choć tym razem nie najemniczą przeszłością. Film debiutującego w pełnym metrażu Michaela Sarnoskiego to bowiem nie wybuchowe kino akcji, lecz kameralny dramat o złamanym człowieku. W swojej recenzji z American Film Festivalu pisałem o Świni tak: “Sarnoski jednak nie poszedł na łatwiznę i nakręcił kameralny, spójny i unikający dosłowności film, w którym zasłużony aktor ma możliwość przypomnienia widzom, że ma do zaoferowania coś więcej niż tylko obłęd w oczach”.
To właśnie po premierze
2022
Im bliżej jestem w swoim omówieniu chwili obecnej, tym bardziej dojrzewa we mnie przekonanie, że ostatnich kilkanaście miesięcy w karierze Nicolasa Cage’a należy określić mianem jego zawodowego renesansu. W 2022 roku nasz bohater wystąpił w dwóch produkcjach i obie należy uznać za udane przedsięwzięcia, choć o zupełnie różnej skali. W marcu na festiwalu South by Southwest odbyła się premiera osobliwej komedii Nieznośny ciężar wielkiego talentu w reżyserii Toma Gormicana, filmowca, który wcześniej nakręcił jedynie komedię kumpelską Ten niezręczny moment – a było to dawno, bo w 2014 roku.
Mimo to podjął się wyreżyserowania czegoś, co w filmowych newsach określane było mniej więcej tak: “Nicolas Cage zagra Nicolasa Cage’a w filmie o Nicolasie Cage’u”. Ta historia mogła być całkowitą zgrywą, bezwstydnym pastiszem przeznaczonym przede wszystkim dla licznych fanów talentu aktora, okazała się brawurowo zrealizowaną komedią akcji, w której Cage i Pedro Pascal – na chwilę przed ostateczną erupcją jego olśniewającej sławy – tworzą naprawdę uroczy “bromance”. A to wszystko zrealizowane jest naprawdę znakomicie – nie znajdziecie tu telewizyjnego sznytu, do którego przez lata zdążyły przyzwyczaić nas produkcje z udziałem Nicolasa.
W porównaniu z filmem Toma Gormicana Butcher’s Crossing to produkcja niemal offowa. Wyreżyserowany przez Gabe’a Polsky’ego (ciekawe nazwisko, nieprawdaż?) adaptacja powieści Johna Edwarda Williamsa to surowy western utrzymany w klimacie Zjawy. Nicolas Cage wciela się w Millera, porywczego (i łysego!) handlarza bawolimi skórami, który zgadza się zabrać młodego studenta (znany z Bielma i Kobiety w oknie Fred Hechinger) na niebezpieczne polowanie. Jedną z najmocniejszych stron filmu Polsky’ego są zdjęcia Davida Gallego, operatora m.in. filmów Ciro Guerry (W objęciach węża i Sny wędrownych ptaków), dzięki którym historia opowiedziana w Butcher’s Crossing nabiera magicznego, metafizycznego charakteru.
Nicolas dostaje tu sporo miejsca, by stworzyć demoniczną kreację, co też z powodzeniem czyni. Film, który miał premierę na festiwalu w Toronto w 2022 roku, trafił do amerykańskich kin dopiero trzy miesiące temu i choć box office’u nie zawojował, stał się kolejnym dowodem na aktorski renesans Cage’a.
2023
Wkraczając powoli w czasy teraźniejsze, uświadamiam sobie jak niesamowicie barwnym i urozmaiconym okresem w karierze Nicolasa był miniony rok. Po dość skromnym jak na jego standardy etapie – zaledwie sześć filmów w trzy lata! – Cage zakasał rękawy i w 2023 roku zagrał w pięciu pełnometrażowych produkcjach. I mam tu na myśli wyłącznie te, w których pojawił się osobiście – nie wliczam w to napędzanego przez CGI cameo we Flashu, które stało się spełnieniem marzeń tych fanów, którzy do dziś nie mogą przeboleć, że Nicolas nigdy nie zagrał Supermana u Tima Burtona…
Rok rozpoczął się westernem Stara szkoła w reżyserii Bretta Donowho (czy on naprawdę nazywa się “don’t know who”?) i to chyba pierwszy od dawna przypadek, kiedy Nicolas wystąpił w dwóch filmach tego samego gatunku pod rząd. Trzeba jednak przyznać, że o ile Butcher’s Crossing było czymś w rodzaju surwiwalowej wersji westernu, to Stara szkoła jest dość klasyczną interpretacją kina Dzikiego Zachodu.
W filmie Bretta Donowho Cage wcielił się w niegdysiejszego mistrza rewolweru, który decyduje się ustatkować i założyć rodzinę. Gdy jednak spotyka go rodzinna tragedia będąca konsekwencją jego działań z przeszłości, główny bohater powraca do korzeni i planuje wendettę, w której asystuje mu jego emocjonalnie wycofana córka (świetna rola Ryan Kiery Armstrong).
Chris McKay to może nie absolutny top hollywoodzkich reżyserów, ale w porównaniu z większością innych filmowców, u których przez ostatnie lata występował Nicolas, należy do zupełnie innej ligi. Na różny sposób maczał palce w czterech filmach LEGO, współreżyserował chętnie oglądany serial animowany Robot Chicken, a dla Amazona zrealizował przyzwoite widowisko science fiction Wojna o jutro (2021) z Chrisem Prattem w roli głównej.
Nic dziwnego, że Cage przekazał Drakuli całą demoniczną energię, jaką był w stanie w sobie znaleźć, i po 35 latach od kultowego, memogennego
That’s rude! You’re interrupting me. Don’t.
Oczywiście Nicolas nie byłby sobą, gdyby oprócz produkcji mainstreamowych nie zrealizował kilku niszowych filmów drugiej kategorii. W 2023 roku mogliśmy więc go zobaczyć w kolejnej ekstremalnej kreacji, gdy w ufarbowanych na czerwono włosach wcielił się w… no właśnie, kogo? Diabelska jazda izraelskiego reżysera Yuvala Adlera zdaje się sugerować, że samochód prowadzony przez bezimiennego kierowcę (Joel Kinnaman) porywa sam diabeł pod postacią opętanego Nicolasa, ale w miarę rozwoju fabuły pojawiają się także inne hipotezy.
Thriller Adlera to wzorowe kino środka – duet Cage-Kinnaman wykonuje swoją robotę bardzo porządnie, a ekipa techniczna dba o to, by utrzymać tempo akcji na poziomie gwarantującym zaangażowanie widza. Zaś Nicolas, mogący odśpiewać pasujące tu jak nigdzie “I am the passenger…” Iggy’ego Popa, daje nam to, czego oczekujemy – 100% Cage’a w Cage’u.
Plan emerytalny brzmi jak coś, o czym wspominający o rychłym rozbracie z aktorstwem Nicolas myśli bardzo intensywnie, ale to tylko tytuł komedii kryminalnej w reżyserii jeszcze jednego filmowca-anonima, Tima Browna. Cage wciela się tu w mieszkającego na Kajmanach byłego najemnika, który – niespodzianka! – musi odświeżyć sobie dawne umiejętności, by ocalić niewidzianą od lat córkę i wnuczkę. W filmografii Nicolasa wprost roi się od drugorzędnych produkcji, ale niewiele z nich zrealizowanych było tak amatorsko jak Plan emerytalny.
Błędy montażowe, nieporadnie zrealizowane sceny walk czy strzelanin, toporna praca kamery – to wszystko powoduje, że film Browna ogląda się niełatwo. Dlaczego zatem jednocześnie dostarcza wiele frajdy? Największa w tym oczywiście zasługa Cage’a, ale i drugoplanowych aktorów, m.in. Rona Perlmana czy znanego z
Choć premiera Planu emerytalnego odbyła się kilka dni wcześniej niż ostatniego z omawianych przeze mnie filmów Nicolasa Cage’a, postanowiłem zostawić sobie Dream Scenario Kristoffera Borgliego na sam koniec. Nie tylko dlatego, że ta osobliwa mieszanka komediodramatu z horrorem gości właśnie na ekranach polskich kin, ale też ze względu na to, że to jeden z najlepszych filmów w całym dorobku Cage’a. Dobrze zapowiadający się norweski reżyser, twórca znakomitej Chorej na siebie, stworzył rolę idealną dla Nicolasa – neurotycznego, zakompleksionego profesora biologii ewolucyjnej, który pewnego dnia z nikomu nieznanych przyczyn zaczyna pojawiać się w snach tysięcy ludzi. Paul Matthews z początku bierze to za dobrą monetę, ale szybko przekonuje się, w jak niefortunnym położeniu się znalazł. W Dream Scenario znajdziemy podobieństwa do innego wspaniałego dokonania Nicolasa, Adaptacji Spike’a Jonzego z 2002 roku, ale też do polskiej neurozy spod znaku Adasia Miaczyńskiego.
Jest tu też mnóstwo celnych spostrzeżeń na temat współczesnej popkultury, z jej tendencjami do równie szybkiego wynoszenia na piedestał i strącania z niego swoich idoli. Cage już dziś może czuć się zwycięzcą, bo nie dość, że zdążył zostać nagrodzony przez stowarzyszenie krytyków z San Diego za całokształt ubiegłorocznej pracy aktorskiej (choć, nie oszukujmy się, główna w tym zasługa
—
Tak oto dobrnęliśmy do końca tego obszernego opracowania. W filmografii naszego bohatera z lat 2014-2023 znalazło się 37 pełnometrażowych produkcji aktorskich, z których zdecydowana większość zapewne popadnie w zapomnienie. Jednak w tym okresie Nicolas Cage wykreował także kilka wielce pamiętnych ról, o których widzowie będą rozmawiać latami. Jaka przyszłość czeka jednego z najbardziej wielbionych, a jednocześnie często wyśmiewanych aktorów? Jeśli wierzyć jego wypowiedzi udzielonej magazynowi “Vanity Fair” na początku grudnia 2023, wkrótce zamierza przejść na aktorską emeryturę.
Być może jednak paliwo, którego dostarczy mu sukces odniesiony z
Życzę sobie i wam, bym za kolejną dekadę, na 70. urodziny Nicolasa Cage’a, mógł opublikować trzecią część jego filmografii. Może już nie tak obszerną, ale bez wątpienia pełną niesamowitych zwrotów akcji.
