Connect with us

Recenzje

BRÜNO. Houston, mamy problem z kakao!

W filmie BRÜNO Sacha Baron Cohen odkrywa absurdalność amerykańskich norm społecznych, prowadząc do szokujących i komicznych sytuacji.

Published

on

BRÜNO. Houston, mamy problem z kakao!

Co łączy gwiazdy formatu Arnolda Schwarzeneggera, Harrisona Forda albo Johna Travolty? Wszyscy oni są hetero (no, może z wyjątkiem tego ostatniego). Takiego odkrycia dokonuje Brüno (Sacha Baron Cohen), główny bohater mockumentu Larry’ego Charlesa.

Advertisement

Musi więc odłożyć swoje ambitne plany zrobienia „doktoratu w obciąganiu pały” i zostać psiochmistrzem. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza w konserwatywnym moralnie społeczeństwie USA. Ale czy naprawdę jest ono takie sztywne? Tego sformułowania lepiej przy Brünonie nie używać, bo może się to skończyć gwałtownym atakiem na zwieracze. I tak można by bez końca flirtować z językiem alter ego Cohena. Lepiej jednak wiedzieć, że ma to jakiś realny cel. Zakładam, że dla reżysera produkcji Brüno było to wyśmianie kulturowych stereotypów naszego świata. Obawiam się jednak, że skutek jest marny, jeśli obscenicznych żartów, nad znaczeniem których trzeba co chwilę myśleć, okazuje się być zbyt dużo. Szkoda, bo z filmu inteligentnie piętnującego dwulicowość ludzkiej kultury zrobiła się beka dla gimbazy.

Zacznijmy od tego, że z pewnością Brüno nie jest filmem dla miłośników kabaretowych dokonań Jana Pietrzaka albo Studia YaYo. Nie ten poziom seksualnej abstrakcji. To tak, jakby porównywać trąbę słonia z pyskiem mrówkojada, chociaż naprawdę mi przykro, że niewiele to zmienia w mojej ocenie sensowności filmu Larry’ego Charlesa jako całości. Oglądając dość odjechanego Borata, widziałem, że jest w tym chaosie jakiś cel. Tutaj go nie za bardzo dostrzegam, mimo że jako miłośnik fekalnego żartu staram się ze wszystkich sił. Po prostu nie robi na mnie żadnego wrażenia porównanie Hamasu do hummusu, Bliskiego Wschodu do wzwodu, golenie odbytu, powieszenie czarnego dziecka na krzyżu czy też wkładanie sobie instrumentów dętych do srajewa.

Advertisement

Żeby to wszystko miało większy sens niż tylko publiczne robienie z siebie „przekręconej cioty” przez głównego bohatera, potrzebny jest inteligentnie wprowadzony do scenariusza wspólny mianownik tych wszystkich wygłupów. Niestety tego zabrakło. Tym samym film najlepiej trafia do nastolatka, który śmieje się za każdym razem, gdy pokaże mu się goły tyłek, wystawi język i zrobi minę z zezem.

Poza tym spora część tych „ekscesów” albo wydarzyła się kiedyś w udokumentowanej historycznie rzeczywistości, albo była obecna w szeroko pojętej sztuce, albo sam ją już sobie kiedyś wyobraziłem, np. pisząc któryś ze swoich tekstów. Zakładam jednocześnie, że większość z nas, dorosłych ludzi, jest świadomych radykalnej wolności myśli człowieka, które nie trzymają się żadnych granic ani tym bardziej systemów moralnych. I tu cały jest ambaras, jak przy tak daleko posuniętej odwadze współczesnego krytykanctwa umieć w ten sposób przekazać w dosadnych żartach wartościową racjonalnie treść, żeby nie pozostało wrażenie robienia taniej beki z jakiegoś bardziej konserwatywnego odbiorcy.

Advertisement

Przychodzi mi tu na myśl jedna ze scen, w której asystent Brünona, Lutz (Gustaf Hammarsten), pedałuje na rowerku z przypiętym do niego gumowym dildem. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby od strony członka znajdował się wypięty tyłek Sachy Barona Cohena. A tak pozostaje jakiś taki niesmak, kiedy widzę, że wielki fallus popycha kołyskę z dzieckiem. Członek i dziecko, dziecko i członek. Wyraźnie czuję, że zapaliła mi się czerwona lampka ostrzegawcza. Tak, wiem doskonale, że właśnie dałem się złapać w sidła mojej pseudoliberalnej kulturki. Zareagowałem zgodnie z zamierzeniem reżysera.

Odczułem niesmak. Postawił mnie przed niebezpiecznym wyborem, czy wolę oglądać dildo posuwającego anus Cohena, czy stykającego się z łóżeczkiem dziecka? Wybór jest oczywisty, bo za pedofila się nie uważam. Skoro tak, to być może nie powinienem być tak pewny swojej orientacji seksualnej, podobnie zresztą jak wszyscy zajadli krytycy homoseksualizmu. Zastanawiam się tylko, po co to wszystko. Żebym ponownie odkrył granice moralności, w których mieści się moja seksualna osobowość?

Advertisement

Rozumiem podprogowy mechanizm tego gagu. Przeszkadza mi jednak rozbuchana forma. Cały czas się zastanawiam, czy trzeba aż tak niesmacznego porównania, bo cel skeczu z dildem i kołyską jest dla mnie przecież jasny – przeciętny homofob tak sobie wyobraża opiekę nad dzieckiem w gejowskim związku.

Takich przykładów można by jeszcze wymienić parę, jednak nie o to mi chodzi, by za wszelką cenę udowodnić bezsens wszystkich poczynań Brünona. Z drugiej strony ta jego kontrowersyjna zabawa z widzem w pewnym sensie odnosi skutek. Sam tego doświadczyłem, widząc gumowego penisa szturchającego kołyskę O.J.-a. A wszystko przez tzw. stawianie publiki wobec niezwykle wąskiego i jednocześnie nacechowanego emocjonalnie wyboru. Przy tym każdy z członów tej quasi-moralnej alternatywy jest postrzegany jako zły w sensie społecznym, stereotypowym i kulturowym. No bo co bym ja biedny zrobił, oglądając kołysanie dziecka dildem? Gdybym na przykład był homofobem, a chciał myśleć w granicach prawa, musiałbym wejść do analnego bagienka, które mnie przecież tak obrzydza. Całkiem skuteczny jest ten psychologiczny chwyt Barona. Żeby było jasne, co dokładnie mam na myśli, weźmy jeszcze inny przykład.

Advertisement

Np. kiedy Brünon jako samotny ojciec-gej bierze udział w talkshow w Dallas, kierowany swoją ciotowską wizja świata, zupełnie nie przypuszcza, że lepiej by było nie przyznawać się do swoich poglądów, i to przed czarną publicznością. Takie stwierdzenia jak: „dziecko to znakomity lep na chuje”, „w Afryce mieszkają Afroamerykanie” albo prezentacja fotografii, na której czarny O.J. wisi na krzyżu, a otaczają go białe dzieci w przebraniach rzymskich legionistów, w takim stanie jak Teksas muszą skończyć się interwencją opieki społecznej.

I o ten właśnie moment mi chodzi. Film jest tak zmontowany, żeby ograniczyć percepcję widza do wyboru podanego jak na tacy przez reżysera. To żerowanie na atawizmach, bo jakikolwiek by nie był Brünon, patrzenie na jego szamotaninę z ochroniarzami skonstruowane jest technicznie tak, żeby wyglądało na odbieranie dziecka rodzicowi, który je kocha. Reżyser wraz z Sachą Baronem Cohenem szydzą z moich emocji, równocześnie nie pozostawiając pola do wyboru. Mam albo zaakceptować to, że Brünon to paskudny zboczeniec, albo wzruszyć się nad jego losem ojca, któremu zabrano ukochane dziecko.

Advertisement

Tak na marginesie, co to w ogóle za połączenie – rolę purytanów grają w talkshow czarnoskórzy, a akcja ma miejsce przecież w Teksasie, gdzie wciąż segreguje się nawet zmarłych na cmentarzach.

Strategia mistrza

Cenię film Brüno za ten sposób manipulacji widzem. Przesada jednak okazuje się w tym wypadku wcale nie kontrowersyjna, a po prostu nudna. Po pierwszych trzydziestu minutach filmu widok tych wszystkich gumowych członków już nie działa. Ileż można przecież gadać o ataku na „kakao” albo wybielaniu odbytnicy, jakby cały świat kończył się na anusie. Poza tym kto w praktyce stara się głębiej analizować film, skoro to komedia?

Advertisement

Produkcja Larry’ego Charlesa jest tak napakowana obscenicznymi uwagami, że moim zdaniem zatraca się nawet prześmiewczy cel, który pewnie Baron miał. Chciał obśmiać kulturowy szowinizm, naiwność celebrytów, ich płytką motywację w ratowaniu Trzeciego Świata, od wieków święte symbole, które tak naprawdę wcale nie do tego zostały stworzone, o czym myślą wierzący. Chciał pokazać agresję heteroświata wobec gejów, zdemaskować bezsens konfliktu izraelsko-palestyńskiego i obłudę Amerykanów, czarnych i białych, generalnie degrengoladę wszystkiego, co go otacza, i czego sam jest częścią. Nie za dużo w tym worze? A najgorsze jest to, że niewiele zostaje z mięsistej fabuły, gdyby odessać te wszystkie gejowskie wygibasy.

Co jest nie tak? Kiedy problemy Brünona się kończą? Wtedy, gdy pozostaje sobą, czyli gejem. Odrzuca pozory i zaczyna „pedałować” na swój własny sposób. Paradoksalnie to również dobra rada dla całego filmu. Mniej szamotaniny z gumowymi członkami, a więcej inteligentnej treści. Po co ciągle stawać okoniem, udając błazna, który próbuje zgwałcić wszystko, co się rusza. Czasem lepiej więcej sugestywnie mówić, pozwolić widzowi na refleksję, a tyłek wypiąć do kamery tylko w ostateczności. Może świat faktycznie byłby inny, gdyby Brünon wraz ze swoim religijnym terapeutą dla gejów pragnących stać się hetero, doszli do zgodnego wniosku, że ich usta nadają się zarówno do sławienia imienia Chrystusa, jak i obciągania.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *