Szybka piątka
Filmy, które NIGDY nam się NIE ZNUDZĄ
Filmy, które NIGDY nam się NIE ZNUDZĄ to zestawienie tytułów, do których powracamy z niegasnącym entuzjazmem i radością.
Szybka piątka #140
Bywają filmy pozornie doskonałe, które tracą już przy pierwszej powtórce. Bywają takie, które mimo wszystko w końcu nas zmęczą i wynudzą. Na pewno znacie też takie, do których możecie wracać bez końca. Własnie o tych tytułach jest dzisiejsza szybka piątka.
Odys Korczyński
1. Pogromcy duchów – często leci, kiedy pracuję, zwłaszcza teraz, podczas home office (dobrze, że jest Netflix).
Delektuję się tym rozłożeniem akcentów przygodowych, stopniowym wciąganiem widza w rzeczywistość pełną niebezpiecznych duchów, ale z drugiej strony tak wkomponowanych w przedstawione wokół bohaterów otoczenie, że nie można do końca się przestraszyć.
2. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia – Peter Jackson perfekcyjnie rozplanował napięcie. Najpierw czujemy się trochę jak w bajce, a potem kurtyna opada i zaczyna się pełna emocji podróż. Mimo że w porównaniu z książką Tolkiena mnóstwo wątków pominięto, nie czuć w historii żadnych braków. Pierwszą część sagi zawsze będę przeżywał jak nowy początek.
3. Seria Harry Potter – podobnie jest z magicznym światem J.K. Rowling, chociaż stopień odwzorowania tekstu cyklu powieści w filmach jest o wiele lepszy. Zapewne przez mniejszą ilość wątków i niższej jakości intertekstualność. Niemniej stopniowe wchodzenie w świat przedstawiony na ekranie od lat jest dla mnie podobnie emocjonujące, a na horyzoncie nudy jakoś nie widać.
4. John Wick – film nieco przypomina grę Diablo – dla wszystkich kibiców gatunku hack & slash najbardziej hipnotyzujące są te hordy wrogów wylewających się ze wszystkich kątów, a potem grupowo padających pod wpływem coraz silniejszych umiejętności bohatera. John Wick podobnie wręcz omamia. Padające w filmie zwłoki działają przykuwająco do ekranu, dlatego produkcja nigdy mi się nie znudzi.
5. Łowca androidów – teraz, gdy znam go prawie na pamięć, po każdym seansie oczekuję doświadczenia klimatu – głównie dzięki zdjęciom i muzyce. Dla każdego, kto ceni wizualny artyzm, te dwa elementy nie mogą się znudzić.
Jacek Lubiński
1. Szklana pułapka – nie mogło być inaczej, a wyboru nawet nie muszę tłumaczyć, bo jest oczywisty. 🙂
2. Serenity – znam ten film na pamięć, a mimo to jestem go w stanie włączyć w każdej sytuacji i zawsze dobrze się bawić. Raczej nic się w tym względzie nie zmieni.
3. Coś – atmosfera, bijące z ekranu zimno oraz beznadzieja. Kurt Russell z brodą i w kapelutku. Muzyka. Nie potrafię nie kochać tego wszystkiego i zawsze do seansu siadam z takim samym entuzjazmem.
4. Oryginalne Gwiezdne wojny – prostota historii i jej bohaterowie robią swoje. Odstawiłem co prawda SW już lata temu ze względu na takie, a nie inne traktowanie ich przez Lucasa i brak możliwości dostania filmu w jego podstawowej formie. Ale wcześniej epizody IV–VI oglądałem tyle razy, że nawet puszczając je teraz „w głowie”, nie ma mowy o znudzeniu materiałem, choć przecież został on do cna wyeksploatowany.
5. Filmy Johna Hughesa – zawsze aktualne, zawsze szczere i nadające się nawet na lata spokojnej radości, kiedy to na bida emeryturze i sprzęcie z odzysku człowiek będzie mógł z rozrzewnieniem wspominać młode, lepsze czasy…
Poza tym nigdy nie mów nigdy…
Tomasz Raczkowski
1. Zabójcza broń – wszystkie cztery części widziałem niezliczoną liczbę razy i wciąż nie mam poczucia, że to za dużo. Tetralogia Richarda Donnera to dla mnie świetna rozrywka łącząca solidną akcję i szorstki humor, niesiony charyzmatycznymi kreacjami Gibsona i Glovera. To chyba jedne z nielicznych filmów, które oglądam rzeczywiście regularnie, czasem dla ulubionych scen, a czasem zwyczajnie dla tego poczucia luzu podczas seansu, który zna się na pamięć.
2. Blue Velvet – to chyba najważniejszy (dla mnie) film Lyncha, najlepiej balansujący pomiędzy dziwnością a narracyjnym konkretem. Blue Velvet ogląda się znakomicie (perfekcyjne tempo i trzymająca w napięciu intryga), a przy tym to dzieło złożone, w którym każdorazowo można odkryć coś nowego – i dlatego żaden kolejny seans nie będzie nużący.
3. Siedem – czarny kryminał Finchera to rozrywka skrojona na moją miarę, wciągająca, doprawiona mrokiem i ciekawym duetem osobowości. Odsłanianie okrutnego planu jednego z najlepszych antagonistów w historii kina za każdym razem jest tak samo satysfakcjonujące i niepokojące, a konstrukcja całości sprawia, że nawet znajomość rozwiązania zagadki nic nie odbiera filmowi.
4. Ronin – fantastyczne kino sensacyjne, w którym pełna zakrętów intryga i znakomicie nakręcone sceny akcji składają się na świetne, nieostentacyjne widowisko. Dodajmy do tego najwyższej klasy aktorstwo (zestaw: De Niro, Reno, Skarsgård, Pryce w szczycie formy naprawdę robi wrażenie nawet na papierze), malownicze francuskie plenery i mamy ponadczasową doskonałość.
5. Melancholia – ten film Larsa von Triera jest absolutnie wyjątkowy i doskonały w każdym calu – od ostentacyjnego quasi-operowego interludium, przez neurotyczną dekonstrukcję ślubnej ceremonii, senne oczekiwanie na zagładę, aż po epifanię Apokalipsy. Melancholię mogę oglądać w nieskończoność, po kawałku, w przód i w tył – i wątpię, żeby znudziła mi się ona wcześniej niż przed końcem świata.
Maciej Niedźwiedzki
1. Wesele – korowód zdarzeń, konfliktów, zdrad i aferek. Splot interesów, interesików, licytacji i mordobić. Przegląd tak podobnych, ale też różnych od siebie charakterów. Magnetyczny Marian Dziędziel, zawrotne tempo, zjawiskowo napisane i wykonane dialogi. Za każdym razem objawienie. Nie zliczę, jak wiele razy wracałem do filmu Wojciecha Smarzowskiego. To wciąż najlepsza produkcja w jego dorobku.
2. W głowie się nie mieści – przy każdej powtórce odkrywam w animacji Pixara nowy niuans, nowy detal. Film przełomowy narracyjnie, światotwórczo i dramaturgicznie. Przygodówka i kino rodzinne z psychoanalitycznym zacięciem, przekuwającym abstrakcyjne pojęcia w konkret. Fascynujące.
3. Gladiator – krystaliczne kino motywacyjne i podnoszące na duchu. Wielopłaszczyznowy konflikt doskonale napisanych postaci: posągowy Maximus, refleksyjny Marek Aureliusz, przerażona Lucilla i rozstrojony emocjonalnie Commodus. A wszystko to w nieanonimowej audiowizualnej oprawie. Zapada na długo w pamięć.
4. Mroczny rycerz – kilkadziesiąt seansów za mną, a ja wciąż szukam odpowiedzi, kim jest Joker. Może umknęło mi jakieś słowo czy spojrzenie, które zdradziłoby zagadkę jego pochodzenia (choć ta niewiedza świadczy też o wyjątkowości kreacji tego bohatera). Wzorowy kryminał z konsekwentnie podnoszoną stawką, kilkoma perfekcyjnymi sekwencjami o większej realizacyjnej skali (napad na bank) przeplecionymi kameralnymi, nie mniej emocjonującymi scenami (przesłuchanie Jokera).
5. Egzorcysta – bardzo niepokojący, satanistyczny horror, ale przede wszystkim studium charakterów w obliczu spersonifikowanego Zła. Damien Karras to bez wątpienia jedna z najbardziej frapujących postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się w kinie a jego poświęcenie w finale oddziałuje na tylu płaszczyznach, że za każdym razem daje przeogromny materiał do dyskusji.
Filip Pęziński
1. Powrót Batmana – jeden z filmów mojego najwcześniejszego dzieciństwa (obok pierwszego Batmana, Maski i… RoboCopa), a jednocześnie ten, do którego wracam najchętniej i to z niezwykle prozaicznej przyczyny – świątecznego klimatu, który czyni każde święta doskonałą okazją do powtórki.
2. Gwiezdne wojny (1977) – mógłbym wpisać tu tak naprawdę każdą część serii, bo do wszystkich, nawet tych najmniej udanych, wracam niepokojąco wręcz regularnie. Wyróżnię jednak pierwszą odsłonę sagi i w moim odczuciu najważniejszy film w historii popkultury. Film, który znam na pamięć i który chętnie wciągnąłbym po raz setny chociażby teraz.
3. Zabójcza broń 4 – tak, właśnie część czwarta. Nie wiem, skąd u mnie wyjątkowe umiłowanie do tej akurat odsłony, ale do niezwykle zabawnego, wciągającego i wzruszającego finału serii mógłbym wracać bez końca. Żaden film nie kojarzy mi się tak mocno z beztroskimi dniami, gdy czekaliśmy, aż ulubione filmy pojawią się w ramówce którejś ze stacji telewizyjnych.
4. Charlie i fabryka czekolady – może ostatni film, który wzbudził we mnie tak pozytywne, zarezerwowane dla dziecięcych przeżyć odczucia. Kocham i zawsze chętnie wracam – film Tima Burtona każdorazowo potrafi skutecznie sprawić, że zapominam o wszystkich problemach i troskach.
5. Kocha, lubi, szanuje – chyba mają to do siebie najlepsze komedie romantyczne, że chętnie i często lubimy do nich wracać. Jak akurat do tej.
