search
REKLAMA
Szybka piątka

Filmy, które NIGDY nam się NIE ZNUDZĄ

REDAKCJA

9 maja 2020

REKLAMA

Szybka piątka #140

Bywają filmy pozornie doskonałe, które tracą już przy pierwszej powtórce. Bywają takie, które mimo wszystko w końcu nas zmęczą i wynudzą. Na pewno znacie też takie, do których możecie wracać bez końca. Własnie o tych tytułach jest dzisiejsza szybka piątka.

Odys Korczyński

1. Pogromcy duchów – często leci, kiedy pracuję, zwłaszcza teraz, podczas home office (dobrze, że jest Netflix). Delektuję się tym rozłożeniem akcentów przygodowych, stopniowym wciąganiem widza w rzeczywistość pełną niebezpiecznych duchów, ale z drugiej strony tak wkomponowanych w przedstawione wokół bohaterów otoczenie, że nie można do końca się przestraszyć.

2. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia – Peter Jackson perfekcyjnie rozplanował napięcie. Najpierw czujemy się trochę jak w bajce, a potem kurtyna opada i zaczyna się pełna emocji podróż. Mimo że w porównaniu z książką Tolkiena mnóstwo wątków pominięto, nie czuć w historii żadnych braków. Pierwszą część sagi zawsze będę przeżywał jak nowy początek.

3. Seria Harry Potter podobnie jest z magicznym światem J.K. Rowling, chociaż stopień odwzorowania tekstu cyklu powieści w filmach jest o wiele lepszy. Zapewne przez mniejszą ilość wątków i niższej jakości intertekstualność. Niemniej stopniowe wchodzenie w świat przedstawiony na ekranie od lat jest dla mnie podobnie emocjonujące, a na horyzoncie nudy jakoś nie widać.

4. John Wick – film nieco przypomina grę Diablo – dla wszystkich kibiców gatunku hack & slash najbardziej hipnotyzujące są te hordy wrogów wylewających się ze wszystkich kątów, a potem grupowo padających pod wpływem coraz silniejszych umiejętności bohatera. John Wick podobnie wręcz omamia. Padające w filmie zwłoki działają przykuwająco do ekranu, dlatego produkcja nigdy mi się nie znudzi.

5. Łowca androidów – teraz, gdy znam go prawie na pamięć, po każdym seansie oczekuję doświadczenia klimatu – głównie dzięki zdjęciom i muzyce. Dla każdego, kto ceni wizualny artyzm, te dwa elementy nie mogą się znudzić.

Jacek Lubiński

1. Szklana pułapka – nie mogło być inaczej, a wyboru nawet nie muszę tłumaczyć, bo jest oczywisty. 🙂

2. Serenity – znam ten film na pamięć, a mimo to jestem go w stanie włączyć w każdej sytuacji i zawsze dobrze się bawić. Raczej nic się w tym względzie nie zmieni.

3. Coś – atmosfera, bijące z ekranu zimno oraz beznadzieja. Kurt Russell z brodą i w kapelutku. Muzyka. Nie potrafię nie kochać tego wszystkiego i zawsze do seansu siadam z takim samym entuzjazmem.

4. Oryginalne Gwiezdne wojny – prostota historii i jej bohaterowie robią swoje. Odstawiłem co prawda SW już lata temu ze względu na takie, a nie inne traktowanie ich przez Lucasa i brak możliwości dostania filmu w jego podstawowej formie. Ale wcześniej epizody IV–VI oglądałem tyle razy, że nawet puszczając je teraz „w głowie”, nie ma mowy o znudzeniu materiałem, choć przecież został on do cna wyeksploatowany.

5. Filmy Johna Hughesa – zawsze aktualne, zawsze szczere i nadające się nawet na lata spokojnej radości, kiedy to na bida emeryturze i sprzęcie z odzysku człowiek będzie mógł z rozrzewnieniem wspominać młode, lepsze czasy…

Poza tym nigdy nie mów nigdy…

Tomasz Raczkowski

1. Zabójcza broń – wszystkie cztery części widziałem niezliczoną liczbę razy i wciąż nie mam poczucia, że to za dużo. Tetralogia Richarda Donnera to dla mnie świetna rozrywka łącząca solidną akcję i szorstki humor, niesiony charyzmatycznymi kreacjami Gibsona i Glovera. To chyba jedne z nielicznych filmów, które oglądam rzeczywiście regularnie, czasem dla ulubionych scen, a czasem zwyczajnie dla tego poczucia luzu podczas seansu, który zna się na pamięć.

2. Blue Velvet – to chyba najważniejszy (dla mnie) film Lyncha, najlepiej balansujący pomiędzy dziwnością a narracyjnym konkretem. Blue Velvet ogląda się znakomicie (perfekcyjne tempo i trzymająca w napięciu intryga), a przy tym to dzieło złożone, w którym każdorazowo można odkryć coś nowego – i dlatego żaden kolejny seans nie będzie nużący.

3. Siedem czarny kryminał Finchera to rozrywka skrojona na moją miarę, wciągająca, doprawiona mrokiem i ciekawym duetem osobowości. Odsłanianie okrutnego planu jednego z najlepszych antagonistów w historii kina za każdym razem jest tak samo satysfakcjonujące i niepokojące, a konstrukcja całości sprawia, że nawet znajomość rozwiązania zagadki nic nie odbiera filmowi.

4. Ronin – fantastyczne kino sensacyjne, w którym pełna zakrętów intryga i znakomicie nakręcone sceny akcji składają się na świetne, nieostentacyjne widowisko. Dodajmy do tego najwyższej klasy aktorstwo (zestaw: De Niro, Reno, Skarsgård, Pryce w szczycie formy naprawdę robi wrażenie nawet na papierze), malownicze francuskie plenery i mamy ponadczasową doskonałość.

5. Melancholia  ten film Larsa von Triera jest absolutnie wyjątkowy i doskonały w każdym calu – od ostentacyjnego quasi-operowego interludium, przez neurotyczną dekonstrukcję ślubnej ceremonii, senne oczekiwanie na zagładę, aż po epifanię Apokalipsy. Melancholię mogę oglądać w nieskończoność, po kawałku, w przód i w tył – i wątpię, żeby znudziła mi się ona wcześniej niż przed końcem świata.

REKLAMA