search
REKLAMA
Recenzje

WYJDŹ ZA MNIE. Typowy muzyczny przeciętniak

W moim przekonaniu Wyjdź za mnie to podróbka kultowego klasyka Notting Hill.

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

20 lutego 2022

wyjdź za mnie 1
REKLAMA

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się zbyt wiele po tej produkcji, choć muszę przyznać, że obsada na pierwszy rzut oka jest niezwykle zachęcająca. Dotyczy to również głównego motywu, w którym nauczyciel matematyki przypadkiem zostaje mężem gwiazdy światowego formatu. W teorii i praktyce pomysł ten wydawał się czymś bezpiecznym, a jednocześnie intrygującym. Po seansie jestem jednak przekonana, że to typowy okołowalentynkowy skok na kasę, a wady zdecydowanie przewyższają zalety filmu. Niestety liczba trzech scenarzystów potwierdza stare porzekadło, że im więcej osób, tym marniejsza historia. Co ciekawe, podstawą scenariusza była opowieść graficzna o tym samym tytule, więc naprawdę nie wiem, co poszło nie tak. Jednak okres walentynek ma swoje prawa i film niekoniecznie musi być wybitny, aby miło spędzić przy nim romantyczny wieczór we dwoje. Czy Wyjdź za mnie to jednak dobry sposób na spędzenie czasu ze swoją drugą połówką w kinie?

W moim przekonaniu są produkcje dużo lepiej skrojone pod walentynkowy czas. Choć film z Jennifer Lopez w roli głównej pod pewnymi względami się wyróżnia. Po pierwsze podoba mi się, jak piosenkarka nabija się w nim ze swoich licznych ślubów i tego, że nie uczy się na błędach. A ma ona za sobą trzy małżeństwa, z czego pierwsze trwało niecały rok, do czego nawiązuje w filmie. Nie mówię tego w złej wierze, gdyż każdy ma prawo do popełniania błędów, także tych w miłości. Podoba mi się, że twórcy kreują postać gwiazdy światowego formatu – świadomie czy też nieświadomie – nawiązując do prawdziwych wydarzeń z życia głównej aktorki, przez co postać ta zyskała dodatkowy aspekt realności.

marry me 1

Tym, co mnie totalnie zachwyca, jest fakt, iż twórcy pokazują, że starsze kobiety działające w branży muzycznej mogą osiągać sukcesy. Dowodzi tego sama Jennifer Lopez, która przekroczyła granicę 50 lat, a mimo to dalej występuje na scenie, gra w filmach i nic nie zapowiada tego, by miała odejść na emeryturę. Jest to dość ciekawy głos w dyskusji na temat tego, że aktorki w pewnym wieku nie otrzymują już tyle ofert pracy, niż jak były młode. Daje nadzieje, że twórcy filmowi są świadomi tego problemu, ukazując, że wiek to tylko liczba. Ostatnimi czasy wiele gwiazd – w tym Andie MacDowell czy chociażby Sharon Stone – pokazuje, że mimo lat dalej są piękne i dalej potrafią świetnie grać. Dlatego takie pozytywne przesłanie zasługuje na wszelkie pochwały. Jednocześnie jednak pojawia się wątek, w którym Kat, czyli główna bohaterka, dostaje nominację do Grammy, bo nagrała piosenkę ze swoim byłym partnerem. A liczyłam, że twórcy pokażą, jak dostaje nagrodę za swoją własną autorską piosenkę. Było to dość dziwne, bo w filmie często padają opinie, iż jest przecież świetna w tym, co robi, i nie potrzebuje nikogo więcej, by osiągnąć sukces.

Ewidentnie natomiast nie podoba mi się brak należytego wykorzystania świetnej obsady. Sama Lopez, jak i partnerujący jej Owen Wilson nieraz udowodnili, że grać potrafią. Ale z racji tego, że to komedia romantyczna, mogłabym to przemilczeć. Gorzej, że pomiędzy tą dwójką nie ma absolutnie żadnej chemii. Kwestia, czy „poleciałabym” na Charliego, czyli głównego bohatera, jest dyskusyjna, bo każdemu podoba się co innego. Jednak nie ma w nim nic naprawdę intrygującego. Wiemy, że jest dobry z matematyki, ale jakoś nie widziałam, by popisywał się posiadaną wiedzą. Oczywiście to miły facet, który dba o córkę, psa, dom, ale nie ma w sobie tej iskry, która sugerowałaby, że związek tej pary się uda. Działa on głównie na zasadzie przeciwieństw, Charlie bowiem jest nudziarzem, a Kat pełną energii kobietą, on nie umie odebrać maila, a ona jest królową social mediów.

Tym bardziej smuci niewykorzystanie potencjału komediowego Sarah Silverman, której talent aktorski i przede wszystkim komediowy wręcz uwielbiam. W produkcji wciela się ona w postać lesbijki, przyjaciółki Charliego. Ten sam zarzut dotyczy Johna Bradleya-Westa, znanego z roli Samwella Tarly w hicie Gra o Tron, który nie ma zbyt dużo do zagrania. Dziwi natomiast promowanie Jimmy’ego Fallona, którego nieśmiesznych żartów nie jestem w stanie znieść. Myślę, że można by zatrudnić do filmu kogokolwiek innego w roli prowadzącego talk-show.

Twórcy na siłę chcieli też potępić media społecznościowe, pokazując, że świat kreowany przez ich użytkowników to totalna fantazja, ale finalnie nie do końca to wyszło. Zostało to ukazane w sposób wręcz ekstremalny, główna bohaterka bowiem nie wie, jak kupić bilet lotniczy, nie nosi ze sobą dokumentów ani nie wie, jak przygotować smoothie. Jest portretowana jako osoba całkowicie bezradna, która nie zna prawdziwego życia. A z tego, co opowiadają na temat jej przeszłości pozostali bohaterowie, nie jest to prawdą. I tak z jednej strony wszystko, co Kat robi w swoim życiu, to budowanie marki, ale z drugiej strony, oglądając gwiazdy w sieci, nie oczekujemy, że zobaczymy rzeczy, które sami robimy na co dzień. Chcemy wkroczyć do świata, do którego normalnie nie mamy dostępu. Dlatego komentarz twórców na temat życia sławnych i bogatych uważam za zupełnie nietrafiony.

Ponieważ w projekt zaangażowana była Jennifer Lopez, liczyłam na świetną ścieżkę dźwiękową. Nie ukrywam, że pokładałam w artystce duże nadzieje. Niestety zawiodłam się. Większość piosenek albo szybko znika z pamięci albo jest tak niesamowicie irytująca, że gdy w filmie chyba z pięć razy słyszałam różne wariacje tytułowego „przeboju”, miałam autentycznie dość. Jedynie utwór zatytułowany On my way to dla mnie absolutny hit i pisząc tę recenzję, kilka razy nuciłam go pod nosem. Piosenkarka w jednym z wywiadów opowiadała, jak bardzo cieszyła się na stworzenie płyty z muzyką do filmu, ale nie leżała ona nawet obok jej największych hitów. Może to moje czepialstwo, ale naprawdę spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Wielka szkoda i wielka niewykorzystana szansa na pokazanie, że Lopez dalej liczy się w branży muzycznej.

W moim przekonaniu Wyjdź za mnie to podróbka kultowego klasyka Notting Hill, który opiera się na tym samym założeniu i niestety bije na głowę „nową” wersję. Myślę, że szkoda tracić czas na tę produkcję, dużo lepiej zrobić sobie powtórkę Kiedy Harry poznał Sally. Zresztą do tego ostatniego twórcy Wyjdź za mnie nawiązują w scenie końcowej. Nie sprawi to jednak, że film stanie się kultowym klasykiem. Wielka szkoda, że nie wyniknęło z tego nic więcej aniżeli totalnie poprawny i przewidywalny rom-com.

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje ją poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane. Wielka fanka kina klasy Z oraz Sherlocka Holmesa. Na co dzień uczestniczka seminarium doktoranckiego (Kulturoznawstwo), która marzy by zostać żoną Davida Lyncha.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA