Connect with us

Recenzje

TO: ROZDZIAŁ 2. Życie, mordercze klauny i cała reszta

TO: ROZDZIAŁ 2 to emocjonująca kontynuacja walki z morderczym klaunem, w której dorośli muszą stawić czoła przeszłym koszmarom.

Published

on

Z ekranizacjami horrorów Kinga jest ten podstawowy problem, że bez problemu można się na nich wygrzmocić na twarz, co idealnie pokazują lata kolejnej walki z dziełami mistrza. Zresztą dopiero co dostaliśmy pokraczną adaptację pierwszego tomu Mrocznej wieży i nowy, równie nieudolny, Smętarz dla zwierzaków. Jasne, zdarzają się wyjątki od reguły – Lśnienie (znienawidzone przez Kinga) czy Carrie – ale ogólnie walka z dorobkiem grozy Kinga to zazwyczaj zapowiedź spektakularnej wpadki.

Advertisement

I dwa lata temu jakimś zrządzeniem losu swieżakowi Andy’emu Muschiettiemu udało się z tego boju wyjść z tarczą – pierwsza część To znakomicie balansowała obyczajowe i horrorowi aspekty powieści, młodociana obsada robiła wrażenie, a jej kolejne spotkania z wymalowanym na biało Billem Skarsgardem przyprawiały o dreszcze. Teraz reżyser powraca z domknięciem historii klauna z koszmarów, wchodząc w etap zdecydowanie trudniejszy, bo ma w rękach grupę dojrzałych, połamanych życiem ludzi, którzy muszą po latach powrócić do domu, gdyż horror się jeszcze zdecydowanie nie skończył.

Największy problem kontynuacji To leży w materiale źródłowym i szamotaniu się z jego narracyjnym ogromem. W książce, rozbuchanej na ponad tysiąc stron, King mógł sobie pozwolić na skrupulatne rozwijanie historii każdego z bohaterów i żonglerkę płaszczyznami czasowymi. Gdy jeszcze pierwszy film był klarowny, ponieważ nie stało za nim spiętrzenie wątków – ot dostaliśmy kapitalne zespolenie młodzieżowego kina z lat 80. w równej proporcji z nadnaturalnym horrorem, tak tutaj dochodzi cały bagaż konsekwencji tych wydarzeń. Twórcy musieli dopowiedzieć rzeczy pominięte w poprzedniej odsłonie (które zwiększyły jej klarowność, ale narobiły kłopotu kontynuacji), zarysować zmiany w życiu każdego z bohaterów, skonfrontować ich z demonami przeszłości i na dokładkę jeszcze podsumować wątki wszystkich zebranych oraz dopakować to toną mitologii związanej z narodzinami Pennywise’a.

Advertisement

Prowadzi to do sporego rozwarstwienia drugiego aktu opowieści, gdy przeskakujemy z wątku na wątek, a Muschietti podchodzi do książki Kinga z takim pietyzmem, że chcąc zachować z niej jak najwięcej, wpada często na adaptacyjne problemy – gdy obyczajowe rozważania można w książce przeciągnąć, tak w wersji filmowej wydają się czasami po prostu wlec, szczególnie, że mimo zróżnicowania w prezentowaniu np. konfrontacji bohaterów z koszmarami, widz szybko zauważa schemat i w pewnym momencie czeka aż wszyscy „zaliczą” swój etap, a główny wątek ruszy do przodu. I na tym poziomie odbiorca zupełnie wsiąknie w ten świat (jak ja) bez zerkania na zegarek albo po dwóch godzinach jednak zacznie zwracać się w jego stronę.

Reżyser dwoi się i troi żeby wyciągnąć jak najwięcej z bryku Kinga, ale po prostu ciężko było uniknąć problemów konstrukcyjnych – a te są widoczne na pierwszy rzut oka: nawał retrospekcji, zgrzyty na poziomie kompozycji, gdy czasami zbyt slapstickowy żart podsumowuje jakieś twarde porypaństwo ze strony Pennywise’a; momenty, gdy jednak dobrze byłoby coś wyciąć, czy zdecydowanie zbyt długi, poszarpany finał, co jednak było zapowiadane przez cały seans (bo sam King ma spore problemy z zakończeniami). Ale to wszystko ostatecznie składa się i tak na uczciwe oraz pomysłowe domknięcie spraw z pierwszego filmu. To: Rozdział 2 jest po prostu dobrą produkcją, która nie stoi twardo na własnych nogach, ale w połączeniu z jedynką tworzy jednolitą świetną całość, przesiąkniętą kingowskimi fascynacjami.

Advertisement

Zresztą gdy tylko film się potyka czy zaczyna snuć, to w ryzach trzyma go absolutnie kapitalnie dobrana obsada. Casting dorosłej wersji klubu przegrywów jest jednym z najlepszych, jaki w tym wieku zaprezentowało nam Hollywood – aktorzy czują, co stanowi o unikalności każdego z dzieciaków, budują swoje role na osiągnięciach młodszych kolegów z poprzedniej części i wiedzą, jakie demony siedzą w głowach bohaterów. Szczególnie robi wrażenie przedstawienie ich wszystkich w pierwszym akcie, gdzie proste zarysowanie tego, że popełniają podobne błędy (np. dzieciak, który był zahukany przez nadopiekuńczą matkę, teraz jest sfrustrowanym pantoflem), nie jest prostackie.

Zresztą Muschietti widocznie daje tutaj dużo wolności aktorom i pozwala im wykorzystać naturalne umiejętności – McAvoy jest odpowiednio dramatyczny, Jessica Chastain kumuluje w sobie urok Beverly, który sprawił, że chłopaki byli w nią wpatrzeni jak w obrazek; w wyrzeźbionym jak młody bóg Jayu Ryanie cały czas widać delikatnego dzieciaka przy kości, który przeszedł sporą drogę w życiu, a Bill Hader, chyba najbardziej zaskakujący w swojej roli, znakomicie łączy komiczny dorobek (przed którym nie musi uciekać) z wewnętrznym rozdarciem Richiego. Dawno zresztą nie widziałem tak umiejętnego zespolenia grozy z humorem – który, w odpowiedniej dawce, jest niezbywalnym elementem gatunku.

Advertisement

Aktorsko króluje tu samo dobro, wyraźnie ukrywające niedociągnięcia obrazu na innych polach – widz chce po prostu z tymi bohaterami być, przeżywać, przetrawiać pewne wydarzenia, bo wszystko wychodzi tutaj niezwykle naturalnie – cały zespół odpowiadający za film wyraźnie czuje, że ten horror u Kinga zazwyczaj był tylko pewnym kompozycyjnym wytrychem, mającym otwierać drzwi obyczajowych rozterek. I właśnie w opowieściach o ludziach i ich wewnętrznych demonach tkwi prawdziwa siła tej prozy. I ja ją w dziele Muschettiego czułem na każdym kroku.

Dodatkowo reżyser braki scenariuszowe nadrabia stroną wizualną – Pennywise nadal jest przerażający, chociaż powtórki jego akcji nie mają już tego efektu zaskoczenia jak za pierwszym razem (chociaż stawka jest mocno podkręcona i niektóre sekwencje – szczególnie te z dziećmi czy starymi ludźmi – wpijają się w głowę naprawdę mocno), ale dodatkowo mamy dużo zabaw ujęciami, kolorami, przestrzenią, dostajemy też jedną naprawdę miłą chwilę narkotyczną. Gdy już akcja się dzieje, to potrafi utrzymać uwagę odbiorcy, a całość wybija się z natłoku innych horrorów – widać coraz bardziej, że Muschietti wyrabia swój styl, w czym pomaga mu odpowiadający za zdjęcia Checco Varese. I tylko szkoda, że Derry jako lokacja straciło po 27 latach trochę z tego swojego przerażającego sielskiego uroku, a CGI często wygląda zwyczajnie paskudnie.

Advertisement

Pierwsze To było filmem lepszym, bo działało znakomicie na własną rękę i miało mniej do przetworzenia. W kontynuacji widać brak dwójki scenarzystów (Chase’a Palmera i, szczególnie, Cary’ego Fukanagi) i lepić opowieść z dobrodziejstw Kinga musiał sam Gary Dauberman, przez co wyraźnie brakuje tutaj kogoś, kto by mu zwrócił uwagę na kilka rzeczy oraz pomógł trzymać opowieść w ryzach na poziomie konstrukcyjnym. Ale dzięki kapitalnemu zgromadzeniu aktorów cała historia pozostaje naprawdę zgrabną opowieścią o przyjaźni, gdzie elementy horrorowe nie są już tak intensywne i zaskakujące, ale w sumie nie o to tutaj chodziło.

Muschietti chciał opowiedzieć wszystko, co w oryginale. Może mógł jednak trochę rzeczy pominąć, podejść do prozy Kinga z mniejszym pietyzmem. Film na pewno podzieli widzów, bo prezentuje się inaczej niż pierwsza część – ale tak być musiało, bo bohaterowie są na innym etapie życia, w zupełnie innej mentalnej pułapce. Nie było tu już miejsca na taką ilość uroku i blasku młodych bohaterów, bo życie weszło im zbyt mocno. A na tym poziomie dojrzali aktorzy naturalnie odnaleźli się w swoich rolach. Nie jest to idealne domknięcie historii morderczego klauna – potyka się i walczy z formą może o kilka razy za dużo – ale bez wątpienia na lata pozostanie jednym z najpiękniejszych przedstawień filmowej przyjaźni.

Advertisement

To: Rozdział 2 jest pełną uroku, sercowo uczciwie ckliwą i po prostu piękną opowieścią o dorastaniu, która – jak King w źródle – kładzie nacisk na obyczajówkę, a horror jest narzędziem, żeby to uwypuklić. Ale groza też nadal tu działa. Bez wątpienia w tej wszechobecnie panującej śmierci jest życie. Płynąłem sobie przez film jak ta łódeczka z papieru i doznawałem go tak czyściutko, jak bracia Lumiere przykazali, mimo wad.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *