search
REKLAMA
Recenzje

PREZYDENT – MIŁOŚĆ W BIAŁYM DOMU

Jacek Lubiński

28 stycznia 2019

REKLAMA

Pamiętacie aferę seksualną Billa Clintona? Ta wyszła na jaw niemal dokładnie dwadzieścia lat temu. Prezydent zupełnie pogrzebał wtedy zarówno siebie, jak i swoistą niewinność Białego Domu w oczach opinii publicznej, będącej świeżo po płomiennych przemowach z Dnia Niepodległości i właśnie poetyckiej wizji głowy państwa, tak ładnie przedstawionej w dziele, które w oryginale nazywa się po prostu The American President. 

Gdyby datowany na 1995 rok film Roba Reinera powstał nieco później, mógłby więc w niczym nie przypominać współczesnej baśni z polityką w tle (w stylu nieco starszego Dave’a z Kevinem Kline’em i Sigourney Weaver), tylko gorzką rozprawkę rodem z pochodzącego z tego samego okresu Nixona Olivera Stone’a. Te wszystkie tytuły łączą nie tylko tematyka i zbliżone daty premiery, ale także ta sama, niezwykle szczegółowa scenografia prezydenckiego biura, ponoć będąca idealnym odbiciem oryginału. W tym także swój udział miał Clinton, który pozwolił filmowcom swobodnie plątać się po swoim śnieżnobiałym domu i zbierać dane. Dziś to rzecz nie do pomyślenia. Podobnie jak nastrój oraz ton samego filmu – niemal do cna wyzbytego światopoglądowej agitki czy prób forsowania poprawności, nie tylko tej politycznej (choć od polityki bynajmniej nie stroni). To czysta magia kina, zadziwiająca także w tym ostatnim względzie, gdyż jako jedno z nielicznych dzieł hollywoodzkich dumnie dzierży przystępną klasyfikację wiekową pomimo wyraźnie słyszalnego w dialogach naginania zasad nieprzejednanego MPAA.

Znamienne zresztą, że te wyszły spod ręki napędzanego wówczas kokainą Aarona Sorkina, który tym samym zainspirował swój późniejszy serial Prezydencki poker (oryg. The West Wing, co odnosi się do tej części budynku, gdzie znajdują się najważniejsze pomieszczenia – w tym służący za miejsce większości akcji słynny Gabinet Owalny). Żeby było śmieszniej, na małym ekranie w głównodowodzącego USA wcielił się Martin Sheen, który u Reinera jest… szefem sztabu, najbliższym doradcą i przyjacielem prezydenta o twarzy i z werwą Michaela Douglasa.

Patrząc na obie te role, można bez złośliwości przyznać, że są to niemalże bracia. I zarazem prezydenci idealni, bo mają wszystko: charyzmę, wygląd, charakter i potrzebną na tym stołku twardą rękę, która bynajmniej nie odbiera im sympatii oraz człowieczeństwa. Aż szkoda, że istnieją tylko na filmowej taśmie, bo stanowiliby idealną odtrutkę na dwóch takich, co ukradli księżyc (a po drodze kilka innych rzeczy), tudzież na tak bardzo znienawidzonego za oceanem Trumpa. Co ciekawe, ten filmowy urząd objąć miał pierwotnie Robert Redford, czyli złoty chłopiec Ameryki. Ostatecznie jednak Douglas junior wydaje się idealnie skrojony do tej roli – także wiekowo, gdyż grając prezydenta, miał dokładnie pięćdziesiąt lat.

Nie byłoby jednak całej tej, generalnie dość błahej i odrobinę naiwnej historii, osnutej wokół nieoczekiwanego romansu owdowiałego Andrew Shepherda (nie powiem, idealne nazwisko dla przywódcy stada), gdyby nie kradnąca mu – i nam – serce Annette Bening jako szczerze słodka aktywistka ekologiczna Sydney Ellen Wade. Chemia pomiędzy tą dwójką jest na tyle silna, że łatwo uwierzyć w tę typową dla Hollywood romantyczną opowieść z morałem – a właściwie to bez jego jakiejś większej dawki. A sama Bening jest tak niesamowicie rozkoszna w momentach swych niezręcznych wpadek, iż łatwo dostrzec, czemu zdołała uwieść zarówno głowę państwa, jak i – w prawdziwym życiu – Warrena Beatty’ego. W dodatku tego pierwszego potrafi też równie łatwo wprowadzić w stan skrępowania, gdy z czasem przechodzimy do konkretów, o jakich na co dzień marzy niejeden tabloid, a nawet i poważny „The Washington Post” (pojawiający się zresztą w kilku kadrach w takiej właśnie roli „skandalicznego donosu”).

Trochę szkoda, że związek ten poprowadzony jest całkowicie po bożemu i od linijki. Nie brak mu szczerości i naturalności emocjonalnej, lecz pozbawiony jest większej głębi oraz skomplikowania. Podobnie zresztą wyzbyty z takich ambicji pozostaje cały film, wszelkie ekologiczne hasełka i polityczne niesnaski traktując jako niezobowiązujące tło dla generalnie wystarczająco przekonującej i realistycznej, ale jednak wyraźnie cukierkowej, umownej formy. Wszystkie konflikty napędzają tu akcję, lecz łatwo się rozwiązują i nie zostają na tyle rozwinięte, by nawet na chwilę podać w wątpliwość chociażby przyszłe losy Shepherda na prezydenckim wakacie, o jego dalszym życiu z panną Wade nie wspominając. Happy end jest nieunikniony, tak samo jak wyliczone co do minuty zwroty akcji i wejścia w kadr poszczególnych postaci, z których niemal każda jest równie sympatyczna i zaopatrzona w cięte riposty na każdą okazję.

Szczęśliwie twórcom udaje się uniknąć przesłodzenia i/lub popadania w nieznośny patos, jakiego można by się było spodziewać już po samym tytule (w polskiej wersji lekko kiczowatym) oraz po niezwykle dostojnych, skąpanych w patriotyzmie napisach początkowych. Wychodzi to tej produkcji na dobre, gdyż ani razu nie testuje ona naszej cierpliwości. Pozostaje prostą, poprawiającą samopoczucie rozrywką, która uchyla drzwi do prezydenckiego gabinetu na tyle szeroko, że można się o tym niełatwym fachu czegoś dowiedzieć. I jednocześnie na tyle przystępnie, że nie grozi nam ból głowy od nadmiaru skomplikowanych informacji i wewnętrznych relacji rządowych, w których można by się było pogubić.

To zgrabne, doskonale wyważone kino z doborową obsadą (drugi plan uzupełniają m.in. David Paymer, Samantha Mathis, Richard Dreyfuss, śp. John Mahoney, „nasza” Nina Siemaszko oraz Michael J. Fox w roli wzorowanej na doradcy Clintona, dobrze znanego fanom sitcomu Przyjaciele George’a Stephanopoulosa), którą zamknięto w korytarzach Białego Domu na zjadliwe dwie godziny seansu i opatrzono ciepłą fakturą zdjęć Johna Seale’a oraz nominowaną do Oscara muzyką Marca Shaimana.

Mariaż ten wystarczył, aby w chwili premiery zjednać sobie oklaski widzów (stówka w box offisie pękła, acz nie był to hit na miarę Pretty Woman czy wspomnianego już Dave’a, który przy relatywnie mniejszym budżecie zebrał podobną kasę), krytyków (poza wspomnianymi laurami dla kompozytora było jeszcze pięć nominacji do Złotych Globów), a nawet i… prawdziwych urzędników państwowych, wciąż chętnie sięgających po niektóre filmowe kwestie w swoich przemówieniach.

To połączenie świata wielkiej polityki z prywatnymi, przyziemnymi problemami sercowymi jednostki sprawia, że do dziś Prezydent… zbiera bardzo dobre recenzje. Trudno się dziwić, bo jest to niezwykle kunsztowne, stylowe, zrobione z pasją i wyczuciem kino, które potrafi do siebie przekonać nie tylko entuzjastów tematu. Może i trąci banałem, ale przekonuje włożonym w nie sercem. Ten prawdziwie inspirujący wyrób fabryki snów jest jak niespełniona kampania prezydencka. Głosowałbym. A wy?

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA